Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

VANGELIS - Mask

 

(1985 Polydor; Remaster: 2012 Universal)

Autor: Włodek Kucharek

 

vangelis-mask

1.Movement 1 (10:18)
2.Movement 2 (3:26)
3.Movement 3 (6:38)
4.Movement 4 (8:41)
5.Movement 5 (10:00)
6.Movement 6 (4:22)
 
Skład:
Vangelis Papathanassiou (instr. klawiszowe/ instr. perkusyjne)
English Chamber Choir
 
„Mask” to jedno z najbardziej fascynujących, ambitnych przedsięwzięć Vangelisa, muzyka nie poddająca się klasyfikacjom, dlatego nie mam pojęcia, czy powinno się o niej dyskutować w kategorii „rock”, czy może „muzyka poważna”, albo „sztuka eksperymentalna”. Muszę się przyznać, że to dzieło Vangelisa wprost uwielbiam, ale to wcale nie znaczy, że gdy inny słuchacz nie znający jego twórczości podąży moimi śladami, nie poczuje się po wysłuchaniu „Mask” głęboko rozczarowany. Ale jak już wspominałem przy okazji innych tekstów odnoszących się do płyt tego greckiego multiinstrumentalisty, takie zawahanie bądź niejednoznaczność w ocenie jego dorobku, należy do cech charakterystycznych „vangelisowego” dzieła. Ponieważ w przypadku muzyki tego geniusza olbrzymią rolę odgrywają indywidualne preferencje słuchacza, jego wrażliwość, wyobraźnia, poczucie estetyki, reakcje na różnorodne formy brzmieniowe, akceptacja pewnych rozwiązań melodycznych. Nie ma pod tym względem dwóch idealnie równych typów ludzkich, dlatego różne rozumienie jego muzyki. To nie są banalne, prościutkie, kiczowate piosenki na granicy prymitywizmu artystycznego w stylu łubudubu, łubudubu, bang bang…, z wykorzystaniem elektronicznych zabawek z mnóstwem przycisków, lecz wielopłaszczyznowe, złożone tematy „ubrane” w niezwykle bogatą szatę dźwięków, tworzone bez hamulców czasowych dla poszczególnych kompozycji. Vangelis to Artysta instytucja, niekwestionowany Autorytet, a każdy, kto spróbuje te zasady podważyć , wyjdzie na publicznego dupka. Imponująca jest charyzma tego artysty i jego dorobek, bo jak prześledzimy losy tylko studyjnych dokonań, stwierdzimy, że Vangelis wydaje kolejne albumy z regularnością szwajcarskiego zegarka. A w zasadzie powinienem napisać w czasie przeszłym „wydawał”, gdyż ostatni album będący owocem pracy w studio nagraniowym to „Mythodea” z roku 2001. Później ukazały się dwa soundtracki („Alexander” 2004 i powtórka „El Greco” 2007) i jakieś kompilacje, zresztą składanek Vangelisa krąży po świecie tyle, że on sam stracił nad nimi kontrolę. Od początku nowego Millenium kompozytor z Hellady znacznie ograniczył swoją aktywność. Ale on nikomu nic nie musi udowadniać, a jak ponownie znów coś stworzy, to wyłącznie z własnej potrzeby serca i duszy. Zawsze zastanawiałem się, skąd u Vangelisa takie zasoby kreatywności, że przez skromnie licząc trzy dekady praktycznie rok po roku nagrywał i upubliczniał rezultaty swojej pracy artystycznej, a czytając kolejne pozycje w jego dyskografii od ich mnogości dostać można przysłowiowego „oczopląsu”. Być może pomagała mu w procesie twórczym rozpiętość jego zainteresowań, wszechstronność i wizjonerstwo w tworzeniu sztuki muzycznej, niesamowity potencjał umiejętności oraz konsekwentne podążanie własną drogą artystyczną, bez oglądania się na mody, trendy, kierunki, branżowe doniesienia, krytykę. Ta filozofia doprowadziła Vangelisa, stroniącego od szumu medialnego, życia celebrytów i stąpania po czerwonych dywanach, na sam szczyt autonomii twórczej, która przyniosła sporą popularność. Można oczywiście w tym miejscu dostrzec pewien dysonans między określeniem „popularność” a wartością dźwiękowych pejzaży Vangelisa, ponieważ autor nie splamił się nigdy dążeniem do schlebiania tanim gustom, nie ugiął się nigdy przed komercyjnymi oczekiwaniami wydawnictw płytowych, budując sobie już za życia wielgachny obelisk z napisem „AUTORYTET”. Być może znajdą się wśród ewentualnych czytelników tego tekstu tacy, którzy popukają się znacząco w czoło, twierdząc, że tym biznesem rządzi wszechobecna mamona i nie ma na nią odpornych i nieprzemakalnych. Zapewniam, że się mylicie, bo Vangelis nigdy nie przeliczał srebrników za wydanie płyt, gdyby tak było takie publikacje jak „Beaubourg”, „Soil Festivities” czy omawiana „Mask” nigdy nie ujrzałyby światła dziennego.
Ale powróćmy do meritum i skoncentrujmy się na zawartości stricte muzycznej albumu „Mask”. Jedynym instrumentalistą jest Vangelis, którego klawiaturowe wariacje uzupełniają często wokalizy English Chamber Choir, po łacinie, oraz w „Movement 4” męska partia wokalna, której wykonawca nie został z nazwiska uwzględniony w informacjach zawartych na okładce longplaya lub w książeczce dysku kompaktowego. Dopiero kilka lat później w jednym z wywiadów Vangelis ujawnił, że walory swojego głosu przed mikrofonem prezentował Guy Protheroe, brytyjski muzykolog, dyrygent i śpiewak. G. Protheroe występował jako dyrygent chóru w suicie „Heaven And Hell” z roku 1975. Oczywiście odpowiedzialność za całościowe wykonanie partii instrumentalnych oraz brzmienie ponosi autor albumu we własnej osobie. Dla fanów jego muzyki to nic dziwnego, że kreuje on ogół dźwięków, ale na ścieżkach „Mask” artysta poszedł o krok dalej, wykorzystując różnorodne „talenty” syntezatorów i aranżując bardzo intensywne sekwencje smyczkowe i partie instrumentów dętych blaszanych. Nasza „Pan zrób to sam” przygotował także cały zbiór tonów perkusyjnych, sięgając do brzmienia potężnych bębnów kotłowych (timpani) oraz werbli (snare drum/ side drum) i dołączając do niego całe multum sampli. Proszę pamiętać, że sampling zaczęto stosować dopiero w połowie lat 60-tych, po wyprodukowaniu pierwszych melotronów, dlatego z tego punktu widzenia Vangelisa można określić jako jednego z pionierów tej techniki, którą rozwinął w następnej dekadzie, kiedy na rynek „weszły” komercyjne samplery oparte na technice cyfrowej. Przyznam, że „Mask” to jedno z moich ulubionych dzieł greckiego kompozytora, ponieważ lubię emocjonalnie frazy muzyki nie tylko rockowej, które w swojej stylistyce zbliżają się do granic hymnu, z dosyć powolnym tempem, ale wręcz miażdżącego swoim brzmieniem. Tak dzieje się w przestrzeni tej płyty, gdy zestawienie wstawek chóralnych z kumulacją brzmienia klawiatur, smyków, dęciaków i perkusjonaliów w ramach jednego utworu tworzy potężną ścianę dźwięków wywołującą pokorę słuchacza przed gigantyczną lawiną, która przetacza się przez receptory osobnika z drugiej strony głośnika paraliżując go. Tak wiem, że ten opis brzmi jak zapisy apokalipsy, zbliżającego się inferno, jakiegoś kataklizmu. W takich chwilach natężenie impulsów muzycznych rośnie gwałtownie osiągając błyskawicznie punkt kulminacyjny, by za moment szybko złagodnieć, pozostawiając na „placu boju” tylko niewielką część wcześniejszego dźwiękowego tsunami. Istotnym czynnikiem jest fakt dbałości o zachowanie w takich chwilach reguł melodyczności. Praktycznie tematy melodyczne porządkują strukturę poszczególnych części albumu, wyznaczają jej kontury, wydają się skończone i zaprojektowane od początku do końca i może to herezja, ale odważę się napisać, że niektóre z tych wątków nadają się nawet do nucenia, zapadając głęboko w pamięć i wywołując miłe asocjacje. Z pozoru wydaje się absurdem konfrontacja powagi zagwarantowanej sztuce muzycznej w dziedzinie kultury wysokiej z melodyjnością i atmosferycznością pozwalającą na duchową relaksację słuchacza, ale moim zdaniem jest to niezaprzeczalny walor „Movements 1- 6”. I kolejna rada dla debiutantów, którzy do tej pory nie mieli okazji poznać dzieła Vangelisa, przygotujcie sobie odpowiednie warunki do duchowej konsumpcji tych magicznych dźwięków, bo wręcz nie wolno ich słuchać byle jak i byle gdzie. Chcąc zrozumieć całe piękno „Mask” należy odizolować się na te 40 kilka minut od wszelkich bodźców zewnętrznych, ideałem byłoby wykorzystanie słuchawek wieczorową lub nocną porą. Wtedy pozytywne fluidy vangelisowych czarów docierają do naszej wyobraźni niezakłócone i pełną mocą, odbiór jest pełniejszy, „szerokopasmowy” i dostajemy gwarancję, że nic z tych delikatesów nam nie „ucieknie”.
„Movement 1” budzi się wolno ze stanu uśpienia uderzeniami w kotły, po czym następuje ciągła eskalacja dynamiki, aż do połączenia wysiłków możliwości, potencjału przebogatego instrumentarium i zjednoczonych sił śpiewaków. Kolejny etap nazwałbym stabilizacją rozbuchanego brzmienia, barokowego rozmachu i przepychu, w czasie którego syntezator w roli „harcownika” podejmuje co rusz próby „ucieczki” inspirując szaleńczy cykl rytmiczny i rywalizując z władzą chóru. Walka dwóch żywiołów o dominację kończy się krótko przed 5 minutą, aby ustąpić pola wyraźnemu spowolnieniu za sprawą klawiszowego pejzażu i ślicznej żeńskiej wokalizy. Co za klimat! Nostalgia i melancholia opanowują tron! Główna linia melodyczna naszkicowana partią syntezatora i równolegle przebiegające, dostojne partie chóralne tworzą niepowtarzalnie przestrzenny, malarski krajobraz z całą paletą dźwiękowych odcieni. W finale powraca repryza z pewnymi modyfikacjami fragmentu początkowego z jednostajną frazą syntezatora tworzącego podbudowę dla chóralnej różnorodności. Wspaniałe, piękne 10 minut programu w reżyserii Mistrza. „Movement 2” tworzy łagodną nastrojowość, z delikatnie rozmytymi obrazami, bez ekstrawagancji i ekstremalnych ingerencji, z syntezatorową orkiestracją i echem wieloosobowego wokalnego ensamble. W „Movement 3” drastycznej zmianie ulega aura, którą wypełniają akcenty grozy i skrupulatnie budowanej tajemniczości. Nagle przed upływem 2 minuty nastrój jak po liftingu wypiękniał, stał się subtelny, trwając tak aż do następnego punktu granicznego, od którego Vangelis miesza dźwiękami jak w „tyglu czarownic”. Raz artysta eksponuje dynamikę intensywnej syntezatorowej orkiestracji, innym razem śliczny wątek melodyczny z finezyjnymi dzwonkami, a za chwilę ekspresyjną partię chóru. „Movement 4” wprowadza ślady egzotyki nawiązujące do Dalekiego Wschodu- czyżby reminiscencje albumu „China”?-, budujące tło dla wokalnej „mszy” Guy Protheroe, który przejmuje także funkcję „przewodnika” chóru, dyktując tempo powtarzanych jak echo fraz łacińskich. Jednorodny profil rytmiczny jako pole dziwnych, improwizowanych tonów o konotacjach azjatyckich. Ostatnia minuta to genialny popis chóru tworzącego magiczny spektakl na głosy.
10-minutowy „Movement 5” podbija od samego wstępu krzywą dynamiki duetem syntezator- bębny oraz prawdziwą „szermierką” na głosy. Szybciej, coraz szybciej, aż do krawędzi obłędu, wytyczonej dokładnie w punkcie radykalnej przemiany 3:56. Teraz świat Vangelisa zza założonej „Maski” wygląda zupełnie inaczej, nie tak groźnie, szaro i upiornie jak pierwotnie, nabiera barw, pogodnej ilustracyjności, jasnej i optymistycznej. Ale utwór ciągle oparty jest na kanwie dialogu klasycznych głosów oraz syntezatorowo- perkusyjnych wibracji. Ostatnia minuta tworzy dźwiękową kaskadę, gdzie miejsce krystalicznie czystych kropel wody zajmują dźwięki ginące powoli w krainie ciszy. Epilog „Movement 6” brzmi jak ilustracja wrażeń pod wpływem obrazu z uwiecznionym rajskim pejzażem. Tak jakby człowiek stanął na „dachu świata” i podziwiał w niemym zachwycie widok „nie z tej Ziemi”.
„Mask” to błyszczący diament w kolekcji Vangelisa i kanonu muzyki. Tak, jak nie potrafiłem do końca zrozumieć awangardowych wizji na płycie „Beaubourg”, tak albumem „Mask” zachwycam się od jego narodzin. Zdaję sobie sprawę, że to niełatwe, wymagające zadanie dla słuchacza, który potrzebuje przede wszystkim czasu, aby docenić klasę tego dzieła. Tylko jedno przesłuchanie mija się z celem i nie pozwoli w żadnym wypadku na wyrobienie sobie trafnej opinii o jego wirtuozerii, 2 do 5 spotkań z ”Maską” to marna namiastka na drodze do poznania, więcej jak 5 przesłuchań, choć to żadna gwarantująca skuteczność recepta, rozciągniętych w czasie umożliwi w miarę obiektywną ocenę. Zapewniam, że owoce takiego emocjonalno- intelektualnego wysiłku są niezwykłe, dojrzałe i smaczne.
Ocena 6/ 6
Włodek Kucharek
 

141_evil158x600.gif 144_hmpbanner.jpg 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3753075
DzisiajDzisiaj265
WczorajWczoraj613
Ten tydzieńTen tydzień4218
Ten miesiącTen miesiąc2816
WszystkieWszystkie3753075
54.227.97.219