Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 66sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

impallers plakath m

wasp plakatt m

anathema plakat m

ulcerate plakatt m

epicak m

mad fest vol1 posterf m

mastodon plakatb m

mad lion fest vol3 posterf m

airbourne plakatf m

the sisters of mercy plakatb m

knock out on toura m

illusion plakatf m

wasp plakat m

helloween plakat z logo hmp m

morbid angel plakats m

threshold plakat m

dirkschneider plakat m

dio returns plakato b

stevenseagullsh m

merry christless plakatd m

kreator plakatk m

accept plakath m

IRON BUTTERFLY - Ball/ Metamorphosis

 

(2015 BGO Records)

Autor: Włodek Kucharekironbutterfly-ball m

Tracklist:
„Ball” (1969 Atco/ 2015 BGO Records)
In The Time Of Our Lives
Soul Experience
Lonely Boy
Real Fright
In The Crowds
It Must Be Love
Her Favorite Style
Filled With Fear
Belda-Beast
  
SKŁAD:
Erik Brann (gitary/ wokal)
Doug Ingle (organy/ wokal)
Lee Dorman (bas/ wokal)
Ron Bushy (perkusja)
     
„Metamorphosis” (1970 Atco/ 2015 BGO Records)
Free Flight
New Day
Shady Lady
Best Years Of Our Life
Slower Than Guns
Stone Believer
Soldier In Our Town
Easy Rider (Let The Wind Pay The Way)
Butterfly Bleu
   
SKŁAD:
Doug Ingle (organy/ wokal, Tracks: 1-3, 5-8)
Lee Dorman (bas)
Ron Bushy (perkusja)
  
GOŚCIE:
Mike Pinera (gitara/ wokal, Tracks; 3,4,6,9)
Larry „Rhino” Reinhardt (gitara)
Richard Podolor (sitar/ gitara 12-strunowa)
Bill Cooper (gitara 12-strunowa)
   
Rzadko zdarza się, żeby grupa debiutantów na polu muzyki rockowej stworzyła w niespełna sześć miesięcy (22.01.- 14.06.1968) dwa pełnowymiarowe longplaye studyjne, z których drugi- według wielu fachowców druga płyta długogrająca, jak to w zamierzchłych czasach mawiano, weryfikuje skutecznie klasę artystyczną muzyków- stał się prawie natychmiast legendą, którą wśród fanów rocka album ten pozostał na wieczność. W związku z powyższym rockmanom z amerykańskiego bandu Iron Butterfly przyszło już na początku kariery zmierzyć się z wielkością albumu „In-A-Gadda-Da-Vida”, dziełem ponadczasowym, przynależnym od początku do kanonu rocka, który po dziś dzień nic nie stracił ze swojego blasku. Niedowiarkom podam kilka faktów, choć płyta o identycznym tytule jak utwór ze strony „B” tradycyjnego winyla, nigdy nie potrzebowała adwokatów, gdyż prezentuje poziom zjawiskowy. A fakty mówią , co następuje: po publikacji płyty przez wytwórnię Atco w 1968 roku sprzedano nakład w wymiarze ponad 4 milionów egzemplarzy, album utrzymywał się przez ponad rok (!!!) na liście Top Ten, stanowiąc milowy krok w rozwoju awangardowego rocka, niczym nieujarzmionego, swobodnego grania, niesamowitej jakości partii instrumentalnych, z których długaśne solo perkusyjne z tego ponad 17- minutowego molocha na trwałe zapisało się w kronikach muzyki rockowej.
Ale nie o „In-A-Gadda-Da-Vida” będzie mowa, więc powróćmy do meritum, czyli wydawnictwa BGO z roku 2015 obejmującego dwie, kolejne pozycje studyjne z dyskografii Iron Butterfly, wydane rok po roku, „Ball” i „Metamorphosis”. Presja na stworzenie materiału pretendującego chociaż poziomem nagranej muzyki musiała być niesamowita, przynajmniej tak wygląda ta kwestia z perspektywy czasów współczesnych. Jak już raz grupa „wdrapała” się na piedestał, to chciałaby na wyżynach pozostać. W tekście spróbuję przedstawić argumenty, które odpowiedzą na dosyć banalne pytanie, czy to się udało?
Słuchacze oczekujący powielenia pomysłów z poprzednika i ukierunkowania na złożone struktury kompozycyjne musieli poczuć się rozczarowani, gdyż longplay „Ball” zawiera dziewięć dosyć krótkich utworów, posiadających wyraziste brzmienie, klarowną linię melodyczną i przeważnie piosenkowy charakter. Wiele z tych fragmentów pretendowało do miana przeboju, a niektórym, „In The Time Of Our Lives” i „Soul Experience” powiódł się „atak” na listę Billboardu, na której oba wymienione kawałki zostały odnotowane, ale na dosyć dalekich pozycjach. Całościowa  ocena jakości programu longplaya jest utrudniona, ponieważ tak do końca trudno pozbyć się magnetyzmu zjawiskowego albumu „In-A-Gadda-Da-Vida”. Nie ma jednak co ukrywać, że LP „Ball” przynosi wiele pozytywnych skojarzeń, całą gamę znakomitych pomysłów brzmieniowych i melodycznych, a psychodeliczny „touch” nie pozostawia wątpliwości, że autorem jest „Żelazny Motyl”. Muzycy zrezygnowali z bardzo skomplikowanych, rozłożystych partii solowych, skoncentrowali się na wyjątkowo zwięzłej konfiguracji dźwięków, a świetnemu odbiorowi albumu wśród słuchaczy sprzyjały także bardzo dobra produkcja, oraz zaprojektowane precyzyjnie i inteligentnie aranżacje, które nadając utworom ostateczny kształt uwzględniały psychodeliczny charakter muzyki grupy, zdefiniowany na ścieżkach pierwszych publikacji fonograficznych. Te dopracowane komponenty sprawiają, że nawet po grubo ponad czterech dekadach od premiery album brzmi znakomicie, choć fachowcy BGO włożyli sporo wysiłku, żeby techniczny lifting przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii spowodował, że brzmienie zbliży się do współczesnych standardów. I to się w pełni udało, a „wyczyszczone” brzmienie gitar, czy wspaniałych Hammondów, ale bez wpadania w manię ulepszania, nadało muzyce młodzieńczej werwy i świeżości, pozwalając zapomnieć o fakcie, że sztuka muzyczna spod szyldu Iron Butterfly wielkimi krokami zbliża się do jubileuszu 50-tych urodzin. Śmiem twierdzić, że zupełnie inaczej muzykę z płyty „Ball” odbierają wieloletni fani Iron Butterfly (niżej podpisany ma zaszczyt należeć do ich grona), którzy dysponują pewnym zasobem oczekiwań wobec tej wytrawnej muzyki, a zupełnie inaczej podchodzą do tej kwestii pokoleniowo młodsi sympatycy rocka, dla których to wydawnictwo okazać się może pierwszą konfrontacją z artystycznymi dokonaniami kwartetu. Jednak na jednych i na drugich wielkie wrażenie stwarza klimat tych muzycznych fascynacji, trochę odrealniony, „rozmyty”  jak ogon komety we Wszechświecie, raz słabo widocznej, zamglonej, o nieostrych konturach zbioru dźwięków, innym razem, gdy to ciało niebieskie zbliży się do Ziemi na odległość naszej percepcji wzrokowej, klarownych, stabilnych, o określonych kształtach, precyzyjnie rytmicznych. Wielką zaletą warsztatu artystycznego Iron Butterfly były i są partie instrumentalne, które przechodzą przez różne transformacje, od rozrzuconych w przestrzeni krajobrazów, malowanych swobodnie jako sieć luźno powiązanych dźwięków, aż po konkretne odcinki o precyzyjnie ustalonej rytmice, gitarowym riffie, czy organowym pasażu. Trudno wskazywać instrument jednoznacznie dominujący, ale to zwykle organy w kooperacji z gitarą decydują o profilu brzmieniowym kompozycji. Jednakże taka opinia nie powinna zaciemniać obrazu całości, gdyż przekrój instrumentalny jest wszechstronny i wielowymiarowy, a wszystkie parametry instrumentalne tworzą perfekcyjną symbiozę. W tym zakresie muzycy postawili na zespołowość. Nie wolno przy tej analizie zapominać o stronie wokalnej, gdyż to głos wielokrotnie rozdaje karty, głęboki, naturalnie nostalgiczny, smutny, niespokojny, z odcieniem „lamentu”. Repertuar albumu „Ball” jest jakościowo bardzo równy, trzymający wysoki standard zdefiniowany na poprzednich czarnych krążkach, ale w tym towarzystwie znajdziemy prawdziwe perły, jak wydany na singlu „Real Fight”, piękny, chwilami bluesujący, chwilami soulowy i chwytliwy „It Must Be Love”, czy mocno psychodeliczny i odjazdowy „Belda- Beast”. Do kategorii utworów słabszych zaliczyłbym „Lonely Boy”, głównie ze względu na ckliwy wokal na początku i dosyć kiczowate chórki w tle, choć po kilku przesłuchaniach potrafimy się przyzwyczaić i także ten song zaakceptować jako integralną część albumu. Otwierający program płyty „In The Time Of Our Lives” wprowadza słuchacza trochę w błąd, ponieważ jego nasączone efektami brzmienie (jakieś pogłosy, odjeżdżający pociąg, horrorowate szepty),  oraz wejście na wstępie dosyć ciężkich gitar sugerują raczej podróż psychodeliczno- hard rockową w mroczne zakamarki duszy. To istna kumulacja gęstych dźwięków, z których niespodziewanie wyłania się pogodny temat melodyczny zapowiadający wokalno- instrumentalną normalizację, która jednak nie następuje, gdyż zarówno wokal manewrujący na granicy intensywności swojej ekspresji, jak też gęste pasaże organowe we współpracy z akordami gitary fundują nam znacznie bardziej wielowarstwowe widowisko, niż można było sądzić na początku. Jednak ten przeżywający liczne zmienności prolog albumu stanowi dosyć trafną definicję pozostałej zawartości. Raz bywa bardziej popowo, „Soul Experience” wydany na singlu, innym razem psychodeliczny mrok zapada nad strukturą utworów. Mówiąc o przebojowości nie mam na myśli atrybutu stylu o wymiarze negatywnym, gdyż piosenkowa chwytliwość Iron Butterfly to działanie świadome, nie należące do kategorii taniego kiczu pod szyldem jakiejś rozgłośni radiowej. To raczej przedstawiciele tzw. „inteligentnego popu”, który doczekał się na różnych łamach wielu fachowych analiz i opracowań. Także zwykłe songi, oparte na schemacie zwrotka- refren, w wykonaniu omawianej grupy, należą do sfery muzyki popularnej, ale to nie znaczy, że prymitywnej, bądź pozbawionej ambicji, jak to często ma miejsce w wielu przypadkach. „Osobowość” tych utworów wyróżnia się całą paletą wartościowych cech, między innymi doskonałą instrumentacją z Hammondami w roli głównej, które jako wiodący instrument w rocku w latach 80-tych zaczęły tracić na znaczeniu, ale od kilku lat przeżywają istny renesans. Grać na takich organach nie należy do obciachu, tym bardziej, że wielu klawiszowców nie potrafi sobie poradzić z ich skomplikowanym charakterem, a dawni mistrzowie występują często w roli nauczycieli. Także pomysły melodyczne członków zespołu nie są podróbkami ze sztancy, lecz rozwiązaniami autorskimi, mniej lub bardziej udanymi. Wydany na małej, winylowej płytce „Soul Experience” być może nie powala lotnością struktury, ale posiada w swoim DNA kilka takich pierwiastków, które łatwo go identyfikują. Nośne brzmienie, krótkie, dosyć jednorodne i soczyste partie instrumentalne, na które „wygospodarowano” stosowne miejsce, pomimo faktu, ze kompozycja trwa tylko niespełna trzy minuty. Bonusem przyciągającym uwagę są zmiany intensywności brzmienia oraz zwroty rytmiczne, które czynią formułę tego kawałka urozmaiconą. W drugim singlowym „posłańcu” longplaya, „Real Fight”, „pachnie” miejscami jazzem, a gitara basowa wciela się w rolę rasowego kontrabasu, organy epizodycznie zepchnięte na drugi plan snują swoje wizje, natomiast perkusyjne beaty i gitarowe akordy wypełniają treść songu. Podobnie spektakularny, wręcz klasyczny jest „It Must Be Love”, z przyjemną melodią, dyskretnymi chórkami w tle, gitarowymi wistami (partia solowa po drugiej minucie jest szorstka i surowa, tnąc przestrzeń jak skalpelem) i plamkami dźwiękowymi Hammondów ugruntowują możliwości kwartetu. Z kolei „Belda- Beast”, najdłuższe nagranie na płycie, najsilniej nawiązuje do psychodelicznego wizerunku grupy, odnosząc się do hipisowskich czasów rockowego Woodstocku. Niepowtarzalny, magiczny wręcz klimat, stanowi solidny fundament do prezentacji perkusyjno- gitarowo- organowych, kreowanych we wnętrzu kompozycji, uzupełnionych pogłosami i atmosferą kosmicznej niesamowitości.
Druga część edycji BGO, płyta „Metamorphosis”, chronologicznie czwarta w dorobku fonograficznym Iron Butterfly, powstawała w zmienionych warunkach personalnych. Rozbieżności artystyczne spowodowały, że skład opuścił gitarzysta Erik Brann, a w zastępstwie pojawiło się czterech muzyków sesyjnych. Te roszady wywarły wpływ na stylistyczny image muzyki, przy powstawaniu której „Nowi” mieli swój głos, z czego skorzystali między innymi gitarzysta i wokalista Mike Pinera, o konotacjach bluesowych, oraz drugi gitarzysta Larry „Rhino” Reinhardt. Oficjalnie autorem albumu nie był z nazwy cały zespół, lecz twór nazwany Iron Butterfly with Pinera & Rhino. Premierowy album przyniósł jeszcze dwie dobre wiadomości. Po pierwsze wydany na singlu „Easy Rider (Let The Wind Pay The Way” wspiął się na 66 miejsce listy Billboardu, a to oznaczało, że stał się największym hitem zespołu od czasów kultowego „In-A Gadda-Da-Vida”, po drugie muzycy formacji prawdopodobnie jako pierwsi zastosowali urządzenie zwane „talkbox”, które umożliwiało modyfikację brzmienia instrumentu, poprzez zmiany częstotliwości. Stylistycznie płyta nie odbiega od „Ball”, ale w niektórych utworach zaznaczają się wpływy bluesa. Spiritus movens albumu jest zdecydowanie, zamykający płytę, z mojego punktu widzenia rewelacyjny, w wielu miejscach, jak na tamte czasy innowacyjny i eksperymentalny , 14- minutowy „Butterfly Bleu”, w którym obok kapitalnej linii melodycznej pojawia się część środkowa stanowiąca totalną improwizację i awangardę w muzyce rockowej. Ktoś może zapytać, a co wynika z tych gęstych dźwięków, pogłosów, szumów, strzępków głosów, tygla tonów kompletnie nieuporządkowanych? Odpowiedź brzmi, nic! Ale według mnie to poszukiwanie nowych dróg w historii rocka, testowanie możliwości brzmieniowych, wprowadzanie form atonalnych, z których nieco później całymi garściami korzystali wielcy rockowego świata. Podobnie jak niektóre patenty Pink Floyd wykreowane na albumie „Ummagumma” z 1969 roku. Longplay „Metamorphosis” dzieli się jakby na dwie skrajności, jedna to osiem songów ze strony ”A” i częściowo „B” tradycyjnego winyla, oraz finalizujący całość, suitowy „Butterfly Bleu”. Ten podział ma charakter stylistyczny, to znaczy, że osiem kompozycji krótszych odbiega na różnych polach porównywalności od finałowego longtracka. Nie ma co ukrywać, że „Butterfly Bleu” silnie nawiązuje do „Rajskiego Ogrodu”, zarówno pod kątem rozpiętości czasowej, jak również możliwości wydzielenia kilku różniących się od siebie faz. Ramy zewnętrzne, silnie nasączone psychodelią zostały ozdobione wyraźną linią melodyczną, ich struktura tworzy uporządkowany, według recepty zespołu, konglomerat dźwięków, natomiast część środkowa balansuje na granicy eksperymentu, tworząc chwilami kakofoniczny ciąg tonów, o nieokreślonych kształtach tworzonych w wyniku improwizacji. Sporo w tym dziele elektroniki, skłonności do awangardy, sporo „zabawy” technicznymi gadżetami brudzącymi brzmienie. Zwraca także uwagę silny głos, jako wokal prowadzący, Mike’a Pinery, oraz współpraca dwóch Gibsonów i organów Hammonda. Długimi fragmentami wykonanie przypomina jam session na podłożu bluesa, rocka i space rocka. Świetnie wypada także singlowy, wybitnie rockowy „Easy Rider”, z pięknie ułożonymi partiami na dwie gitary elektryczne oraz organy. Wzorcowe rozwiązanie! Spory potencjał energii wykazuje także „Stone Believer”. Nie jest to może nakręcanie szaleńczego tempa, czy epatowanie siłą brzmienia, ale sporo w tym kawałku gitarowego „gadania”, także perkusista Ron Bushy ma co robić. Profil songu nie jest w żadnym razie jednowymiarowy i płaski, przeżywa kilka zmian rytmicznych, notujemy kilka „kopnięć” dynamiki, autorzy wprowadzili także akcenty bluesowe, a temat melodyczny być może nie porywa urodą, ale pozostaje w pamięci. Swoje „trzy grosze” wrzuca także Mike Pinera, który przejmuje stery wokalne. Z kolei piosenka „Slower Than Guns” pretendować może do „dyżurnej” ballady, kojąc spokojem, delikatną, wręcz intymną partią wokalną, przewagą akustyki w sferze instrumentalnej, ze szczególnym uwzględnieniem gitary akustycznej. Co by jednak nie powiedzieć o składnikach repertuarowych albumu „Metamorphosis”, to jeden element jest poza wszelką dyskusją, a mowa o dominacji „Butterfly Bleu”, który wywarł na albumie wyraziste piętno, nawiązując do sztandarowego dzieła, suity „In-A-Gadda-Da-Vida”. Jest to w pewnym sensie udana kontynuacja, oparta na podobnej strategii postępowania, z odlotową psychodelią, potencjałem tajemniczości, jednością pracy instrumentalistów, licznymi spowolnieniami i przyspieszeniami. Jak już wspomniałem powyżej, trwa ponad 14 minut, ale mnogość różnorakich rozwiązań w zakresie rytmu, brzmienia, efektów specjalnych nie pozwala się nudzić. I choćby dla tego jednego eposu , warto poznać kompletną zawartość „Metamorphosis”.
Bardzo pozytywnie oceniam inicjatywę BGO Records w akcji przypomnienia klasyki, bo twórczość Iron Butterfly do tej kategorii należy. Inną zaletą tego wydawnictwa jest zburzenie świadomości wielu słuchaczy, przekonanych , że „Żelazny Motyl” to grupa jednego albumu. Po wysłuchaniu obu płyt tej edycji takie przeświadczenie okazuje się nieprawdą. Nie będę się rozwodził nad jakością techniczną tego opracowania fonograficznego, bo jest to w dobie współczesnych technologii „oczywista oczywistość”. Staranność wydania powoduje, że przyjemnie je wziąć do ręki, a i oczy przeżywają radosne chwile. A że i główny aktor spektaklu czyli  muzyka okazuje się ponadczasowa i wybornie zaprojektowana, można z faktu ukazania się zestawu „Ball/ Metamorphosis” czerpać wyłącznie satysfakcję.
Ocena 4.5/ 6
Włodek Kucharek

125_dio_156x600.gif 128_bullet-raid_baners_b.gif 124_banerMOSHERZ.jpg 122_beastinblack_158x600px_eu.gif 126_threshold-158x600px-eu.gif 123_bg_158x600px_eu.gif 121_destruction_158x600px_eu.gif 127_paenzer_158x600px_euv_b.gif

Goście

807928
DzisiajDzisiaj858
WczorajWczoraj1549
Ten tydzieńTen tydzień10406
Ten miesiącTen miesiąc32756
WszystkieWszystkie807928
54.80.60.91

fates warning plakatn m

cradle of filthf m

magnum2018 new m

korpiklaani plakath m

40-lecie toto w tauron arenie krakwt m

black label society plakatf m

roger waters plakatu m

camel ebiuletynf m

deeppurple posterb1e m