Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

ANDERSON, BRUFORD, WAKEMAN, HOWE - Anderson, Bruford, Wakeman, Howe

 
(1989 Arista; 2014 Esoteric Recordings/ Cherry Red Records)
Autor: Włodek Kucharek

abwhm

Tracklist:
CD 1
1. Themes
i) Sound
ii) Second Attention
iii) Soul Warrior
2. Fist Of Fire
3. Brother Of Mine
i) The Big Dream
ii) Nothing Can Come Between Us
iii) Long Lost Brother Of Mine
4. Birthright
5. The Meeting
6. Quartet
i) I Wanna Learn
ii) She Gives Me Love
iii) Who Was The First
iv) I’m Alive
7. Teakbois
8. Order Of The Universe
i) Order Theme
ii) Rock Gives Courage
iii) It’s So Hard To Grow
iv) The Universe
9. Let’s Pretend
 
CD 2
1. Order Of The Universe (Long Edit)
2. Brother Of Mine (Long Edit)
3. Vultures In The City
4. Quartet (I’m Alive) (CD Single Edit)
5. Order Of The Universe (Short Edit)
6. Brother Of Mine (Single Edit)
 
Skład:
Jon Anderson (wokal)
Bill Bruford (perkusja)
Rick Wakeman (instr. klawiszowe)
Steve Howe (gitara)
 
Goście:
Tony Levin (bas/ stick)
Milton McDonald (gitara rytmiczna)
Matt Clifford (instr. klawiszowe/ orkiestracje/ wokal)
Deborah Anderson (wokal)
Tessa Niles (wokal)
Carol Kenyon (wokal)
Frank Dunnery (wokal)
Chris Kimsen (wokal)
Emerald Community Singers, Montserrat (wokale)
 
Spoglądając na nazwę zespołu, a właściwe cztery nazwiska architektów projektu, przeciętnie osłuchany fan rocka progresywnego, a myślę, że także generalnie muzyki rockowej, dostaje „gęsiej skórki” z podniecenia. Mając na względzie dorobek artystyczny tego kwartetu panów chce się krzyknąć „Wow!”. Co artysta, to ikona i niekwestionowany autorytet. Jon Anderson, facet z falsetem, bo to on tak naprawdę wprowadził na rockowe salony tę barwę głosu. Także twórczość legendy Yes kojarzy się jednoznacznie z gościem przed mikrofonem. A duety z Vangelisem? A solowe dokonania? A przygotowywany projekt z Jean Luc Pontym, genialnym francuskim skrzypkiem jazzowym, a w zasadzie muzyki fusion? A może prześliczna muzyka kameralna w duecie z Rickiem Wakemanem? Dla wybrednych może kapitalna płyta z Kitaro „Dream” z roku 1992? Możnaby tę wyliczankę kontynuować bez końca. Drugi bohater wieczoru, Bill Bruford, jeden z najlepszych perkusistów świata, facet, który na bębnach zagra wszystko, od metalu, rocka, jazzu, muzyki poważnej, etnicznej. Przy wymienianiu nazw zespołów, w składzie których grał epizody bądź długoletnie tury czapka spada, no bo to same sławy, Yes, King Crimson, Gong, Genesis, United Kingom (UK). Znany w kręgach profesjonalnych muzyków z nienagannej, innowacyjnej techniki gry na instrumentach perkusyjnych. A może znajdą się w szeregach Czytelników osoby, które przypadkiem nie znają Ricka Wakemana? W tym miejscu powiem pas, ponieważ garść faktów z biografii tego wirtuoza podałem przy okazji recenzji jego albumów solowych przedstawionych na łamach HMP. Jest jeszcze ten czwarty do brydża, Steve Howe, gitarzysta guru, gra na wszelkiego rodzaju gitarach i innych instrumentach strunowych. Był pierwszym guitar player w historii umieszczonym w „Guitar Player Hall of Fame". Starsi fani rocka zapewne pamiętają genialne solo na gitarze hiszpańskiej w kompozycji „Innuendo” (1991) grupy Queen. Yes, Asia, GTR, albumy solowe, dorobek jak się patrzy. A gdy zajrzeć do środka książeczki to nasz „mózgowy GPS” wypatrzy sympatycznego „łysola” Tony Levina, mistrza gry na basowym sticku, a lista jego współpracowników wywołuje u niektórych basistów burzę w mózgu.
Co było powodem, że tak zacne grono „skrzyknęło” się, żeby wspólnie popracować?
 
Na tropie powstania zespołu
 
Lata 80-te nie należały do najwspanialszego okresu działalności grup należących do szeroko pojmowanego nurtu rocka progresywnego. Złożyło się na to kilka zdarzeń , między innymi inwazja punk rocka, który dosyć, że prezentował dosyć proste figury kompozycyjne, to jeszcze niejako na dodatek w swoich deklaracjach programowych walił wszystko wokół w czambuł jako przestarzałe, archaiczne, mało przejrzyste, przeintelektualizowane. Jasnym jak słońce jest fakt, że w porównaniu do ubogich akordów gitarowych punka, oferta gitarzystów zaliczanych do kierunku rockowej progresji to istny high life muzyki. Oczywiście każdemu wolno tworzyć dźwięki, tak jak potrafi i jeżeli znajdzie swoich odbiorców, to jego wygrana i nic do tego innym słuchaczom. Ale przedstawiciele tego odłamu stylistycznego byli na tyle bezczelni, że kwestionowali cały dorobek klasyków rocka. Żaden twórca rockowy, tworzący wielowymiarowe, złożone kompozycje nie miał raczej szans w oczach punkowców. Dzisiaj, ze współczesnej perspektywy  postrzegamy te trendy kulturowe w nieco innym świetle, ale wówczas była to regularna wojna na słowa i dźwięki. Błędem niektórych progrockowców starszego pokolenia była w tamtym czasie chęć przypodobania się młodym gniewnym, co znajdowało swoje odzwierciedlenie w rekonstruowanym na siłę repertuarze. Znacznie uproszczony przekaz, uboższe aranżacje, jednowymiarowy banał melodyczny i prostackie rytmy wkradły się pod hasłem nowoczesności do twórczości wielu zespołów. Także macierzysta grupa scharakteryzowanych na początku artykułu artystów, Yes podjęła próby flirtu z piosenkową przebojowością i w pewnym sensie banałem rytmiczno- melodycznym, które to pierwiastki były do tej pory dla Yes „ciałami obcymi”. Owszem, nieliczne fragmenty w przeszłości traktować można było jako piosenki , ale były to epizody na „mapie” fonograficznej Yes, dodatkowo konceptualnie ściśle powiązane z globalną zawartością płyt. Wprawdzie w roku 1983 opublikowany znacznie lżejszy w odbiorze album „90 125”, z którego najbardziej znany kawałek, postrzegany do dzisiaj jako absolutny hit, „Owner Of A Lonely Heart” był miłym dla ucha wyjątkiem, ale szybko został wręcz „zakatowany” przez stacje radiowe. Niektóre rozgłośnie, jak się „dorwały” do tych czterech minut z sekundami muzyki powtarzały całość na okrągło, aż do znudzenia, przez co zohydziły tę w sumie przyjemną piosenkę wielu odbiorcom i sympatykom Yes. Ale najgorsze było to, że najwartościowszy fragment tego albumu, przepiękny „Hearts” zepchnięto na zupełny margines, chyba dlatego, że przy nim pląsać nie wypadało. Koalicja rozrywkowej przebojowości w ówczesnym składzie grupy, z wiodącymi postaciami jak Trevor Rabin i Tony Kaye poszła dalej tym śladem, wydając cztery lata później denny, choć z oddali minionych lat można stępić nieco pazurki krytyki, „Big Generator”, po czym żelazny skład praktycznie poszedł w rozsypkę. Frakcja „starych” członków kapeli postanowiła uciec z pokładu „Yesowskiej fregaty”, od tych niewyszukanych dźwięków, ale ponieważ prawa do nazwy „YES” posiadał śp. Chris Squire, który nie zamierzał ingerować w poczynania „najemników”, Jon Anderson i Steve Howe, dwóch wybitnych artystów rockowych, zostali niespodziewanie dla opinii publicznej banitami. Nie biegali po lasach jak Robin Hood, ale zostali osieroceni i samotni na scenie rocka. Taki stan biernego zawieszenia trwał na szczęście krótko i nie namyślając się długo powołano do aktywności nową formację, w której miejsce znaleźli obok duetu wymienionych nieco wyżej muzyków także starzy „wyjadacze” z okresu hossy na muzykę Yes z lat 70-tych, Bill Bruford i chodzący własnymi ścieżkami i opromieniony solowymi sukcesami Rick Wakeman. Inicjatorem rozłamu w koalicji Yes był wokalista, sfrustrowany kierunkiem artystycznych wyborów oraz znacznym ograniczeniem jego roli jako decydenta w kwestii kierunku rozwoju artystycznego. Pierwszym, z którym Anderson nawiązał kontakt i nakreślił kontury swojego projektu był Bill Bruford. Plan zaakceptował także Steve Howe, który namówił do udziału w projekcie szanowanego i doświadczonego w roli sidemana basistę Tony Levina. Howe był także autorem, co miało duże znaczenie, większości materiału na debiutancki album. Band podpisał kontrakt z wytwórnią Arista Rcords, a następnie spędził pięć tygodni w Paryżu, poświęcając czas na naukę nowego materiału. Po etapie przygotowawczym muzycy udali się na wyspę Montserrat, aby zarejestrować utwory na płytę w studio byłego producenta The Beatles, George’a Martina. Początkowo mieli zamiar wykorzystać do swojej promocji nazwę Yes, ale Chris Squire przy prawnym poparciu firmy płytowej Atlantic zastopował ich zamiary, grożąc procesem sądowym. Problem polegał na tym, że nowy zespół zaplanował koncerty pod tytułem „An Evening Of Yes Music Plus…” , a europejski promotor wydrukował już plakaty o tej treści. Żeby uniknąć awantury zawarto kompromis i nowy twór wystartował pod nazwą „Anderson, Bruford, Wakeman, Howe”. Debiut fonograficzny ukazał się oficjalnie w czerwcu 1989 z załączoną krótką dokumentacją pt. „In The Big Dream” w formie wideo, gdzie muzycy udzielili wywiadów milcząc o meandrach prawnych, akcentując natomiast wartość artystyczną nowego projektu. ABWH powrócił do etosu Yes i postawił sztukę muzyczną ponad komercję. Koncepcję okładki stworzył „nadworny” grafik Yes w latach 70-tych, Roger Dean. Wszystkie podjęte kroki miały uświadomić opinii publicznej, że jedynym, prawdziwym spadkobiercą dzieła Yes jest Anderson, Bruford, Wakeman, Howe.
 
 
Muzyczny świat ABWH
 
Stylistycznie album rzeczywiście jest spektakularnym powrotem do dziedzictwa legendarnej formacji, ale nie z okresu pierwszych siedmiu wydawnictw, do „Relayer” włącznie, raczej do ery albumu „Going For The One” (1977), który stanowił pewien przełom w poczynaniach artystycznych zespołu. Technicznie odnowiony debiut ABWH zawiera prawie godzinę premierowego materiału, w wielu akapitach czaruje wręcz magicznymi rozwiązaniami. Może z wiekiem staję się sentymentalny, ale uważam, że song „The Meeting” paraliżuje skumulowanym potencjałem piękna, pomimo skromności wykorzystanych środków instrumentalnych. Kameralna, delikatna piosenka praktycznie duetu Anderson- Wakeman, tylko głos i fortepian na tle łagodnych syntezatorowych pasaży. Od początku chwyta za serce i nie puszcza do ostatniej sekundy. Każde wypowiedziane słowo, każdy dźwięk, szlachetne i eleganckie, paraliżują intymną atmosferą, a piękno „wylewa” się szerokim strumieniem. Nastrój, minimalistyczna warstwa instrumentalna i wokalny magnes pozwalają zrozumieć, dlaczego Yes przez dekady potrafił uczynić z uczuć i emocji słuchaczy swoich niewolników. Przez te cztery minuty z sekundami odczuwam podobne wzruszenie jak w czasach, gdy w finale suity „The Gates Of Delirium” z albumu „Relayer” (1974), Anderson śpiewając „Soon oh soon the light, Pass within and soothe the endless night” powoduje, że zatrzymują się serca, zalega głucha cisza, wszystko po to, aby nie uronić nawet podmuchu dźwięku z tej cudownej, kapitalnej partii wokalnej. Magia!!! Podobnie emocjonalny jest moim zdaniem znakomity „Birthright”, szczególnie w chwili, gdy następuje przełom, a Jon intonuje swoją doskonałą partię wokalną po trzeciej minucie, „This place is theirs by their birthright”. Wspaniały rozdział płyty. Takich mocnych punktów, które zaintrygują wielu odbiorców, jest w tym wydawnictwie znacznie więcej. Należy też uczciwie zaznaczyć, że bywa też nieco gorzej, może nawet banalnie, przykładowo w kawałku „Quartet”. Owszem, można polubić przewodni motyw melodyczny, ale wydaje się, że ten piosenkowy wątek posłuży wykonawcom jako punkt wyjścia do przekształcenia frazy w bardziej złożony, generujący nowe impulsy instrumentalne utwór. „Kwartet” natomiast oprócz orkiestracji powiela w kilku wariantach ten sam temat, jakby „wycięto” go z solowej płyty wokalisty. Nie jestem przekonany do jakości tego aktu. Nie rozumiem także wolty stylistycznej w siódmej minucie, kiedy porzucono dotychczasowe wątki na rzecz balladowej kontynuacji, która zwyczajnie nie pasuje do pozostałych sekwencji, budząc swoim klimatem, łagodnym, mocno elektronicznym brzmieniem, fortepianową intymnością skojarzenia z etapem współpracy Andersona z greckim wirtuozem klawiatur, Vangelisem. 
Otwarcie albumu należy do „Themes”, utworu, który choć nie wyróżnia się specjalnie długością, niecałe sześć minut, podzielono na cztery akapity i jest to podział uzasadniony.
Etap I: „Sound”- buduje napięcie, instrumentalnie przebiega pod dyktando Wakemana, którego rozedrganemu, pozornie nieco nerwowemu i chaotycznemu fortepianowi towarzyszą syntezatorowe „malowidła” w tle.
Etap II: „Second Attention”- charakteryzuje się kaskadą perkusyjnych beatów, brzmiących jak automatycznie sterowany werbel lub salwa karabinu, wprowadza niepokój poprzez zastosowany elektroniczny efekt perkusyjny, a po nim do akcji włącza się w spiesznym tempie głos.
Etap III: „Soul Warrior”- inauguruje wejście syntezatorowe Wakemana i absolutną przemianę tempa i rytmu w punkcie czasowym 4:13, gdy swoje akordy dokłada bas Levina, oraz ujawnia się drapieżnie i surowo brzmiąca gitara Howe’a. Bruford w dalszym ciągu masakruje przestrzeń perkusyjnym powerem, gdzieś tak od połowy kompozycja bazuje wyłącznie na sile instrumentarium, prezentującym walkę żywiołów, jeżeli tak potraktować klawisze, bas, gitarę i bębny. Zakończenie jest tyle niespodziewane, co zaskakujące, bo całość urywa się gwałtownie jak ucięta nożem.
„Fist Of Fire” to mroczny, nieco tajemniczy i rytmicznie hipnotyzujący łącznik pomiędzy otwarciem a najdłuższym fragmentem na płycie, ponad 10-minutowym „Brother Of Mine”. Jego intro w formie przejmującego „So giving all the love you have, never be afraid to show your heart” Andersona ma bardzo podniosły, patetyczny charakter, z fortepianowymi wstawkami oraz pięknymi akcentami gitary po trzeciej minucie. Krótko przed 4:30 tempo zostaje radykalnie zredukowane, natomiast powraca motyw wokalny z prologu. W drugiej części tej mini suity sporo do „powiedzenia” w swoim występie solowym mają elektryczne struny wzbudzane palcami Steve’a Howe. Kolejny radykalny zwrot notujemy około 6:40, gdy utwór wyraźnie przyspiesza, pojawia się instrumentalny pojedynek gitara- klawisze, ale cały czas o zmianach rytmicznych i regulacji tempem decyduje wokalista. „Brother Of Mine”, bogaty, przygotowany z rozmachem, momentami monumentalny progrockowy song, który nie pozwala się nudzić. „Birthright” od początku stwarza wrażenie jednostajnego, mrocznego i nieprzyjaznego, ale jego intensywność systematycznie rośnie, Anderson wzmacnia siłę wokalu, a początkowe zadanie gitary akustycznej przejmują struny elektryczne ze zwięzłym, ale wyrazistym riffem i w takim podobnym tempie kompozycja zmierza w magnetycznym rytmie do końca. O balladzie „Meeting” z klarownym, „jasnym” głosem Andersona kilka ciepłych słów już wygłosiłem.
Ponad 9-minutowy „Quartet” składa się z czterech części, od niezwykle, optymistycznego początku, „wyciętego” pod kątem brzmienia jakby z yesowskich ram, z subtelną, łagodną gitarą i ślicznym motywem melodycznym. W środku do dzieła przystępuje Wakeman ze swoimi klawiaturami, upodabniając sekwencję dźwięków do partii trąbki, później szpinetu (4:30) i dzwonków różnistych. Najwspanialszy wydaje się jednak być akt czwarty „”I’m Alive”, gdy wokalista lirycznie wypowiada słowa „Only when you looked, did i realise…”, otacza nas mgła emocji i wzruszeń, a w niej zapalają się przytulne, atmosferyczne płomyki odbijające się świetlnymi refleksami w oczach słuchających. Magiczny to moment, który na długo pozostaje pamięci. Jednak muzyka dosyć szybko burzy ten nastrój, a „Teakbois” według mojej opinii niezbyt trafnie wpasowuje się w wytworzony klimat. Ni stąd ni zowąd wciągnięci zostajemy do zabawy na karaibskiej plaży na wyspie Montserrat, rytm fiesty, odrobinę egzotyki, jakieś bongosy, wyspiarskie bębenki, niekoniecznie na taką letnią i słoneczną atmosferę liczyli odbiorcy. Cóż zrobić, wypada się chyba tylko wyrozumiale uśmiechnąć i przemilczeć te ponad siedem minut beztroski. Jak dla mnie to najsłabszy punkt programu. Tym bardziej, że dalej w „Order Of The Universe” jest poważniej, wielowątkowo, pojawia się chór, „gęste” brzmienie syntezatorów, gitara, tworzące razem klimat ostrzejszego, bardziej dynamicznego rockowego „widowiska”. Szczególnie gitara „wywija” różne figury, a w pewnym momencie wiodący riff ociera się o manierę wejścia w „Owner Of A Lonely Heart”. Wszystko byłoby dobrze zaprojektowane, gdyby nie natrętne wrażenie chaosu, nadmiaru różnorodności i zgiełkliwych, piskliwych synthies Wakemana. Jako finał słyszymy uspokajającą, skromnie zaaranżowaną i melodyjną balladę.
Remaster Esoteric Recordings/ Cherry Red Records „dokłada” drugi dysk, obejmujący inne wersje utworów z płyty podstawowej, najczęściej nieco skrócone, przygotowane na potrzeby edycji singlowych ( z tzw. 12” calowych singli). Jedynym nowym składnikiem jest „Vultures In The City” (oryginalnie zatytułowany „Vultures”), wcześniej dostępny tylko na stronie „B” singla „Brother Of Mine”. Jest to 6-minutowy, utrzymany w spokojnej tonacji song, w którym obok Andersona kluczową rolę dla jego charakteru odgrywa Wakeman, który wykonuje niejako dwa zadania, tworzy nieco ilustracyjne tło, a na pierwszym planie eksponuje partie fortepianu. Senna otoczka kompozycji nabiera epickiego charakteru po 4:20 za sprawą partii klawiszowych.
Próbując obiektywnej oceny zawartości albumu „Anderson, Bruford, Wakeman, Howe” jesteśmy po trosze w „kropce”. Jeżeli weźmiemy pod lupę dorobek Yes, licząc longplaye od debiutu do „Relayer” włącznie, bo od takich porównań się nie uwolnimy, to pierwsza płyta ABWH nie zdoła nawet „doskoczyć” do wysoko ustawionej poprzeczki. Jeżeli zadowolimy się materiałem muzycznym również spod szyldu Yes, ale nieco młodszym, czyli „urodzonym” po roku osiemdziesiątym, obejmującym „90 125”, „Big Generator”, także „Union”, to stwierdzimy, że premiera ABWH wygrywa tę rywalizację o kilka długości. Reasumując na pewno mamy do czynienia z albumem lepszym niż średnim. Stąd wynika poniższa ocena.
Ocena 4/ 6
Włodek Kucharek
140_fatum-158x600-singiel.png 144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 142_sepultura158x600.gif

Goście

3753120
DzisiajDzisiaj310
WczorajWczoraj613
Ten tydzieńTen tydzień4263
Ten miesiącTen miesiąc2861
WszystkieWszystkie3753120
54.227.97.219