Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

accept nowa datadaw m

 

VOTUM - Ktonik

 

(2016 Inner Wound Recordings)
Autor: Włodek Kucharek
votum-ktonik
Tracklist:
1.Satellite
2.Greed
3.Spiral
4.Blackened Tree
5.Simulacra
6.Prometheus
7.Horizontal
8.Vertical
9.Last Word
 
SKŁAD:
Bartosz Sobieraj (wokal/ gitara akustyczna)
Piotr Lniany (gitara)
Adam Kaczmarek (gitara)
Zbigniew Szatkowski (instr. klawiszowe)
Bartek Turkowski (bas)
Adam Łukaszek (perkusja)
 
Votum, sekstet rockowy z Warszawy, działa na polu ambitnego rocka grubo ponad dziesięć lat. Jego fonograficzne konto obejmuje cztery pełnowymiarowe albumy, licząc najnowszą publikację „Ktonik”, której premierę zaplanowano na koniec lutego. Ktoś, kto nie zna przekroju stylistycznego muzyki tworzonej przez Votum i sięgnie do internetowych źródeł informacji, poszukując zwięzłej charakterystyki, znajdzie wskazówki odnoszące się głównie do heavy metalu i metalu progresywnego. Tę opinię potwierdza obecność recenzji płyt grupy na stronach promujących muzykę metalową. Znam twórczość Votum od debiutu „Time Must Have A Stop” z roku 2008 i nie jestem do końca przekonany, czy powyższa klasyfikacja jest zgodna ze stanem faktycznym i priorytetami twórczymi członków zespołu. Uważam , że byłoby uzasadnione pociągnąć „grubą krechę”, oddzielając pierwsze trzy wydawnictwa, czyli od debiutu do „Harvest Moon” (2013), od czekającego na oficjalną premierę album „Ktonik”. Wyjaśnienie takiego poglądu jest jedno, mianowicie trzy pierwsze longplaye tej kapeli wymykają się skutecznie jednoznacznym definicjom. Zaryzykuję nawet tezę, że heavy metal występuje na nich śladowo, a te mocniejsze akcenty pochodzą raczej z progresywno- metalowej bajki „Teatru Marzeń”. Trudno także zignorować na pierwszych trzech dyskach „rozpychające się łokciami” hard rock i rock progresywny. Ba, z tego bogactwa dźwięków można także „wyłowić” fragmenty art rockowe, a nawet ślady jazzu czy muzyki fusion, których mistrzami był niezapomniany band Mahavishnu Orchestra. Dodam jeszcze, że ten konglomerat najrozmaitszych dźwięków stanowił do tej pory, moim skromnym zdaniem, siłę napędową stylu grupy, coś, co nakazywało uważnemu słuchaczowi „zawiesić ucho” na muzyce szóstki niebanalnych artystów, bo ta muzyka nawet po pobieżnym, powierzchownym przesłuchaniu wzbudza zainteresowanie, intryguje. Nie wolno także zapominać, że Votum świetnie czuje się w historiach koncepcyjnych, których sztandarowym i chyba najbardziej udanym przedstawicielem jest „Harvest Moon”, a tzw. koncept- albumy to cecha charakterystyczna rozwiniętej i inteligentnej progresji.
Ten wstęp miał na celu wzmocnić moją wypowiedź w kontekście najnowszego „produktu” Votum zatytułowanego „Ktonik”. Dlaczego wzmocnić? Gdyż tym razem zespół poszedł w nieco innym kierunku, zmieniając dosyć wyraźnie swoje oblicze stylistyczne. Mniej na najnowszej płycie delikatności, mniej czarowania odcieniami klimatycznymi, więcej rockowego ognia, metalowych „zadziorów”, masywnego brzmienia obarczonego gitarowym ciężarem i dynamiką, więcej mroku i instrumentalnej agresji. Dwa „osobowościowe” atrybuty muzyki grupy Votum, które od debiutu przypadły mi do gustu, pozostały na swoim miejscu. Jednym z tych czynników jest melodyjność. Muzycy udowadniają, że nawet z niezwykle intensywnej, gęstej, nasączonej tajemnicą i specyficzną dramaturgią nastrojowości w każdej chwili wyłonić się może „piękna panna” obrazująca spektakularną i urokliwą melodię, ze szczególnym uwzględnieniem refrenów. Przykłady? Proszę bardzo. Weźmy „na tapetę” „The Spiral”, który od pierwszych taktów zachowuje się jak rozszalały żywioł, serwując takie „dmuchnięcie” dźwiękiem, że czapka spada. Ale już po chwili okazuje się, że twórcy kompozycji nie mają zamiaru hołdować zasadzie „głośno, równo, prosto”, ponieważ po 25 sekundach na arenę wkracza zupełnie inny powiew klimatu, wręcz intymny i melancholijny. Po pierwotnym „rąbnięciu” decybelami gitar i bębnów, następuje kompletne odwrócenie sytuacji, a ze słuchaczem pozostają tylko głos i akompaniujące klawisze i w tle subtelna akustyka gitary. Przestrzeń wypełniają delikatne, malarskie krajobrazy i liryzm wokalu. Już w tym momencie każdy uważny odbiorca zadaje sobie pytanie, a teraz to w jakim kierunku? Odpowiedź nadchodzi po pół minucie. Ciszę rozbijają w proch i w pył swoją salwą gitary i perkusja. Ale jednocześnie z tej gęstwiny tonów wyłania się kontur linii melodycznej, za moment rozbity kolejnym ciosem gitarowym. I tak jak w zaprojektowanym logicznie cyklu kolejne upływające kilkadziesiąt sekund przynosi powrót do kameralnej nastrojowości fraz początkowych. Ale urodę melodii prowadzonej przez Bartosza Sobieraja w pełni docenimy po 2:20, wyeksponowanej na pierwszy plan. A później następna erupcja rockowego wulkanu, potężny „masaż zmysłów” heavy metalowymi riffami. I taki ten utwór pozostaje do końca, cyklicznie zmienny, w pojedynku wyrafinowanej uczuciowości z uderzeniami bezkompromisowych gitar. Konfrontacja bez rozstrzygnięć, ale na pewno intryguje. W poszukiwaniu nośnych tematów melodycznych krok drugi. Powala swoją atmosferą „Last Word”, niepokojący, z wykwitnie zaznaczonymi przez klawisze smugami orkiestracji, rozwijający się w spokojnym tempie, kompozycja, którą przy odrobinie tolerancji nazwać można balladą, która w części drugiej wysuwa ostre brzmieniowe pazurki. Najdłuższy na płycie „Prometheus” (6:45) przez pierwsze dwie minuty przypomina muzykę z logo wytwórni 4AD (sprawdźcie jakie sławy po koniec lat 70- tych odkrył boss Ivo Watts- Russell), dopiero później „wyzwala” się z klimatycznych pasaży wokalno- instrumentalnych tnąc przestrzeń gitarową „brzytwą” po 2:20. Chociaż z tła wyraźnie dochodzą klawiszowe pasaże, stanowiące istotne urozmaicenie przekazu. Jest także melodia świetnie prowadzona przez wokal. Całkowite wyciszenie emocji serwuje śliczny, zamykający zestaw „Blackened Tree”, chwilami nawet oniryczny, ilustracyjny i bardzo filmowy.
Drugi ważny składnik, który pozostał na rockowym terytorium „zarządzanym” przez Votum, znany z poprzedników fonograficznych „Ktonik”, to operowanie kontrastami. Myślę, że muzycy doskonale zdają sobie sprawę, w jaki sposób zrobić profesjonalny użytek z umiejętności projektowania takich zestawień, a efekt jest wyśmienity, powodując, że „dźwiękowe wody” każdego utworu pozostają ustawicznie wzburzone, intrygując raz niesamowitą delikatnością, by za minutę wywołać sztorm. A gdy potężne tąpnięcie rockowej lawy, dynamicznie i z pasją próbuje słuchacza sparaliżować i pomieszać mu myśli, to czyni to dlatego, aby za moment czarować zaskakująco intymną atmosferą w do maksimum złagodzonym brzmieniu. Taka „dwubiegunowość” w strukturze kompozycji posiada jeszcze jedną zaletę, mianowicie czyni przebieg utworu w pewnym sensie dla słuchacza nieprzewidywalnym, skutecznie koncentrując jego uwagę na kolejno postępujących frazach. A piszę te słowa już po kilkukrotnym wysłuchaniu propozycji Votum. Normalnie bywa tak, że rejestrując dźwięki składające się na treść muzyki, przy którymś tam razie oswajamy się z nimi oraz akceptujemy kształt otoczenia, które tworzą. Ale w przypadku „Ktonik” takie zachowanie wydaje się bezcelowe, bo gdy już nam się wydaje, że wszystko wiemy, że poukładaliśmy sobie kolejne sekwencje w głowie, nadchodzi niespodzianka. Bach! I już trzeba weryfikować swoje nastawienie do konkretnego kawałka, bo kolejny jego fragment zmienia kompletnie warunki artystycznej ekspozycji, jak w klasowym i pasjonującym spektaklu. Nagle muzyka zakręca w nieoczekiwanym i nieznanym kierunku, zupełnie w innym tempie, na innej skali rytmicznej, z innymi parametrami brzmienia, zupełnie według nieprzewidywalnej recepty. Pomimo takich zwrotów akcji struktura kompozycji pozostaje jednak uporządkowana, niejako pod kontrolą muzyków, a każda sekcja instrumentalna zna swoje miejsce i zakres działania, począwszy od gitar, poprzez sekcję rytmiczną, klawiszowe pasaże, no i wokal sterujący w wielu miejscach kursem kompozycji. Wypisywanie tytułów w tym punkcie, wspierających tezę o zmienności i kontrastowości struktury zawartości albumu jest bez sensu, gdyż praktycznie każdy jego rozdział zawiera takie balansujące na granicy różnych odłamów stylistycznych rozwiązania. Dlatego dyskusja o „Ktonik” w kategorii jednoznaczności stylu jest chyba nie na miejscu, ponieważ muzycy dosyć swobodnie poruszają się po wielu polach, przemierzając najczęściej szlaki muzyczne z etykietką „heavy”, choć „wrzucanie” całości do heavy metalowego worka to spore uproszczenie. Podam jeszcze jeden przykład potwierdzający przedstawioną opinię. Mój serdeczny kolega z radia Pomorza i Kujaw zachęca od jakiego czasu do „lektury” płyty Votum, prezentując album po kawałku z 9- utworowej całości. A symptomatyczny jest fakt, że niektóre fragmenty trafiają zupełnie słusznie na „fale” autorskiej audycji „Poeci Rocka”, ale inne przeznaczone zostają do emisji w ramach cotygodniowego programu „Rock Around”. I z całą odpowiedzialnością mogę napisać, że w tym postępowaniu nie ma ani „grosza” sprzeczności, bo taka jest natura muzycznej kolekcji z albumu „Ktonik”. Dlatego wracając do myśli rozpoczętej nieco wyżej, a odnoszącej się do kontrastów, poszukiwanie dobrych przykładów popierających takie stwierdzenie to „bułka z masłem”. Wystarczy „odpalić” CD- playera od pozycji jeden i przykłady nadchodzą lawinowo, czarując różnorodnością.
Chciałbym także zwrócić uwagę na jeszcze jeden czynnik, na intensywność brzmienia. Nie wiem, może mi się tylko wydaje, ale ja po pierwszym przesłuchaniu tych 50 minut „wysiadłem”, to znaczy nie byłem w stanie podejść do próby numer dwa, bo zwyczajnie odczuwałem zmęczenie i przesyt intensywnością przekazu. A biorąc na poważnie credo, że słuchanie muzyki powinno przynosić przyjemność, a nie prowokować do odhaczenia następnej „zaliczonej” płyty, w przypadku „Ktonik” wskazane jest odczekanie, „znormalizowanie”, reset emocji, aby ponownie ruszyć na randez vous. Bo ta muzyka nie pozostawia nawet szczeliny na umysłowy oddech, jest w swoim charakterze niezwykle konkretna, bez wypełniaczy treści, absorbując koncentrację.
Godnym wzmianki jest także klimat prezentacji. Ale jego źródeł należy doszukiwać się chyba w Skandynawii. Album zrealizowano w szwedzkiej wytwórni Inner Wound Recordings, a do współpracy zaproszono Davida Castillo, który produkował ostatnie dokonania szwedzkiej Katatonii, ale także Opeth i Jamesa LaBrie, oraz Tony’ego Lindgrena, który w swoim zawodowym katalogu ma pracę dla Paradise Lost, Kreatora czy Leprous. Dosyć często w publikacjach na temat rockowych formacji pochodzących ze Skandynawii wspomina się o nordyckich klimatach, czyli z jednej strony ciężar, mroczna tajemnica i depresyjna ciemność, a z drugiej strony melancholia, dawka nostalgii, intymnego smutku, „listopadowego” liryzmu.
Reasumując spróbuję krótko odpowiedzieć na pytanie, jaka jest nowa płyta Votum o tytule „Ktonik”, spoglądając na jej „wnętrze” przez pryzmat sympatyka progresji.
Pierwsze określenie, które mi się nasuwa to zaskakująca. Głównie dla kogoś, kto , co jest swoistym paradoksem, zna wcześniejsze rezultaty pracy twórczej Votum. Docierały medialne przecieki, że będzie inaczej, bardziej mrocznie, heavy metalowo, z ciężkim brzmieniem. Akceptowałem te doniesienia, choć z poprawką, że informacje wstępne należy przyjąć z pewnym dystansem, bo nie zawsze są do końca wiarygodne. Tym razem okazało się, że ta zwięzła charakterystyka jest trafna i obiektywna. Ponieważ nie byłem na taki obrót sprawy przygotowany, po pierwszym przesłuchaniu poczułem się zagubiony. Pomyślałem nawet, ja stary trep a dałem się wkręcić. No ale było minęło, czyli przystąpiłem do mozolnego przyzwyczajania się do odnowionego wizerunku Votum, a w nim braku tych złożonych, rozbudowanych, dwucyfrowych kompozycji. Wprawdzie w historii bandu nie było ich bez liku, ale na każdym poprzednim albumie pojawiały się zapisy dźwięków wielowymiarowych, wątków splecionych jedną koncepcją. Ta płyta, takie mam wrażenie, prezentuje materiał bardziej jednorodny, spójny i zwięzły. Ale trudno oczywiście traktować taką ocenę w kategoriach krytyki. Absolutnie nie! Muzyka na „Ktonik” jest po prostu inna i należy chyba akceptować ten fakt jak krok w rozwoju grupy, która postanowiła zabrać się za eksplorację nieco innych źródeł. Czy to trwała tendencja, zgodna z założeniami artystów, przekonamy się za jakiś czas, gdy Panowie obwieszczą narodziny kolejnego wydawnictwa studyjnego. A więc należy uzbroić się w cierpliwość na, jak mniemam kilka lat.
Cieszą świetne pomysły melodyczne, bo świadczą o kreatywności kompozytorów. Nie trudno zbudować ścianę dźwięków jazgotliwych, bez ładu i składu. Trudno poukładać dźwięki logicznie, inteligentnie, mając wizję końcowego rezultatu. To także moje przypuszczenie, ale wydaje mi się, że „Ktonik” to praca przemyślana, dopracowana pod wieloma względami, brzmienia, sztuki wykonawczej, oraz dojrzała. Debiutancka trema poszła w siną dal. Pozostało doświadczenie i świadomość celów, do których się dąży. Także do kwestii wykonania trudno się przyczepić, natomiast warto podkreślić, że chłopaki z Votum zadbali o bardzo proporcjonalne rozłożenie akcentów wykonawczych i każdy ze składu dostał szanse na zaprezentowanie swoich umiejętności.
Chciałbym być do końca szczery, dlatego postanowiłem podzielić się jeszcze jedną refleksją. Po pierwszym kontakcie z muzyką tzw. pierwsze wrażenie było negatywne. Kurde, powiedziałem w duchu, dlaczego Votum przeszedł z klasycznie progresywnych obszarów do strefy dźwięków heavy metalowych. Trochę się  zniechęciłem, ale nauczony wieloletnim doświadczeniem odbiorcy muzyki wszelakiej odczekałem swój czas, aby zorganizować podejście do tej materii po raz drugi. Jak można było się spodziewać, musiałem dokonać korekty początkowych sądów, a wgłębiając się coraz bardziej w tajemnice „Ktonik” odkrywałem coraz więcej ukrytych sekwencji, nieosiągalnych rozumem zaraz po premierze. Aż osiągnąłem  punkt, w którym mogę uczciwie powiedzieć, że dziewięć komponentów „Ktonik” coraz bardziej mi się podoba. A gdy przygotowując ten tekst słuchałem tych utworów kolejny raz i dwa, dokładałem kolejne cegiełki do swojego entuzjazmu.
Ponieważ uważam, ze kwestia „podobania” się muzyki Votum z dysku „Ktonik” wykazuje tendencje rozwojowe, uprzedzam, że zamieszczona poniżej orientacyjna ocena, może z czasem ewoluować, poprawiając notowania.
Ocena 4.5/ 6
Włodek Kucharek

143_kata_158x600 kopia.jpg 144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3789937
DzisiajDzisiaj671
WczorajWczoraj573
Ten tydzieńTen tydzień671
Ten miesiącTen miesiąc12646
WszystkieWszystkie3789937
3.81.172.77