Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

accept nowa datadaw m

 

FATES WARNING - Theories Of Flight

 

(2016 InsideOut Music)
Autor: Włodek Kucharek
fates warning theories of flight m
Tracklist:
1.From The Rooftops
2.Seven Stars
3.SOS
4.The Light And Shade Of Things
5.White Flag
6.Like Stars Our Eyes Have Seen
7.The Ghosts Of Home
8.Theories Of Flight
 
SKŁAD:
Ray Alder (wokal)
Jim Matheos (gitara)
Bobby Jarzombek (perkusja)
Joey Vera (bas)
Frank Aresti (gitara „From The Rooftops“, „White Flag“)
Mike Abdow (gitara “White Flag”)
 
Jedynym członkiem Fates Warning , który nadal kieruje zespołem zręcznie omijając rozliczne rafy czyhające na drodze każdego rockowego składu jest Jim Matheos. Gdyby ktoś zaczął dociekać, o jakich rafach w tym miejscu mowa, to jestem skłonny udzielić natychmiastowej pomocy i wymienić kilka z nich: turbulencje w składzie związane z napięciami, których przyczyną mogą być kwestie artystyczne, finansowe, różnice charakterologiczne, dalej, niepowodzenia w działalności fonograficznej, wśród nich na przykład słaba sprzedaż płyt bądź koncertów, ustawiczna krytyka tworzonego materiału muzycznego, publikowana w wiarygodnych środkach masowego przekazu, albo zbiegi okoliczności, wydatnie utrudniające funkcjonowanie zespołu, których w żaden sposób nie można przewidzieć. Można by tak dalej wymieniać, bo kataklizmy dotykające formacje rockowe mogą mieć różne podłoże, ale nie ten temat jest przedmiotem tego tekstu. Jim Matheos jak przystało na klasycznego kapitana steruje swoją fregatą z logo Fates Warning wytrawnie i z wyczuciem, chociaż zdarzały się, jak to w życiu każdego bywa, chwile słabości, to po grubo 30 latach Jim patrząc w lustro może śmiało powiedzieć „Dobra robota, chłopie!”. Bo Fates Warning to rockowa formacja, która od lat cieszy się niesłabnącym autorytetem, zarówno wśród fanów, jak też obiektywnych przedstawicieli mediów wszelkiego autoramentu, parających się szeroko rozumianym życiem muzycznym na świecie oraz opisujących wydarzenia artystyczne w bogatej już biografii zespołu. W czym się ten szacunek objawia? W kilku zachowaniach. Primo- każdy album grupy jest czymś wyczekiwanym, wywołującym nadzieję na wysoki poziom przeżyć estetycznych. Secundo- trudno by zakwestionować klasę muzyków skupionych w ekipie Matheosa, ponieważ każdy z nich dysponuje olbrzymim kapitałem nietuzinkowych umiejętności jako wykonawca wokalno- instrumentalny. Tertio- na koncie fonograficznym znajduje się 16 wszelkiego typu wydawnictw płytowych, a to budzi szacunek, świadczy także o doświadczeniu rockmanów, ich wiedzy, oraz kreatywności. Quatro- profesjonalizm muzyków FW jest nie do podważenia Sądzę, że każdy z nas znalazłby bez kłopotu jeszcze kilka  właściwości charakteryzujących działalność Fates Warning, które ukazują ich muzyczne dokonania wyłącznie w pozytywnym świetle. Tak było też z najnowszym albumem „Theories Of Flight”, o którym szeptano już na wiele miesięcy przed premierą, która nastąpiła pod egidą InsideOut Music dokładnie 1 lipca 2016. Wprawdzie od ostatniej regularnej publikacji fonograficznej upłynęły tylko trzy lata („Darkness In A Different Light” 2013), ale sympatycy dobrej muzyki rockowej w wykonaniu Fates Warning mogli czuć się wyposzczeni, gdyż Matheos i spółka zafundowali im dziewięć lat „ fonograficznego” milczenia, a od publikacji „FWX” do następnej dużej płyty minęła prawie dekada. Sekstet, bo w takiej sile personalnej Fates Warning zarejestrował CD „Theories Of Flight”, nie zawiódł nadziei przyjaciół dobrego rocka, prezentując muzykę znakomitą pod każdym względem, o czym bardziej szczegółowo będzie poniżej. Dla osób nie do końca obeznanych z historią bandu garść informacji biograficznych.
Od daty powstania w USA, Connecticut, w roku 1983, zespół zaliczany jest do prominentnych wykonawców progresywnego metalu. Pomimo upływu wielu lat w tej kwestii stuprocentowo artystycznej niewiele się zmienia, choć członkowie bandu w zgodzie w własnymi priorytetami i założeniami często wprowadzają elementy innych rockowych subgatunków, nie oglądając się na kategorie bądź klasyfikacje. Punktem najistotniejszym jest muzyka, a tę tworzą i grają tak, jak dyktują im dusza, emocje, inteligencja, wizja artystyczna czy kreatywność. Bo jestem przekonany, że Fates Warning to byt muzyczny całkowicie niezależny, w pełni autonomiczny w zakresie rockowych idei, daleki od sprzyjania aktualnym, modnym trendom czy podpowiedziom ludzi, którym wydaje się, że zawsze wiedzą lepiej. Panowie Jim Matheos- gitara, Ray Alder- wokal prowadzący (w zespole od 1987), Bobby Jarzombek- perkusja (od 2007), Joey Vera- bas (od 2000) oraz Frank Aresti-gitara (1985- 1995 i od 2003) ignorują konsekwentnie te „dobre” rady i wskazówki, czyli robią swoje, a więc to, za co fani na całym świecie bardzo ich cenią, grają świetną muzykę. A najnowszy album „Theories Of Flight” śmiało może być stawiany w szeregu najwybitniejszych dokonań zespołu. Odpowiedź na pytanie „Dlaczego?” znajdziecie poniżej. FW zadebiutował w roku 1984, albumem „Night On Bröcken”, na którym słyszalna jest dominacja jeszcze dosyć tradycyjnych wpływów british heavy metal z Iron Maiden na czele.
Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że pierwsza duża płyta przeszła słabo zauważona w zastępach słuchaczy i w biografii grupy nie odgrywa na polu muzycznym pierwszorzędnej roli. Ale chciałoby się powiedzieć „pierwsze koty za płoty”. Wkrótce nadszedł czas weryfikacji określany w niektórych środowiskach odbiorców muzyki- nie wiem, czy słusznie, czy nie- „syndromem drugiej płyty”. Ten drugi tytuł „The Spectre Within” (1985) traktowany w kategoriach egzaminu muzycznej dojrzałości członkowie Fates  Warning zdali wybornie, wspinając się od razu na wysoki poziom na skali wartości muzycznej. Chwaleni poszli za ciosem, czyli stworzyli kolejne płyty z muzyką znakomitą, które umocniły ich pozycję wśród bandów zajmujących się tworzeniem i graniem dalece niekomercyjnego rocka z ambicjami.
Ten wycinek dyskografii, czyli okres do końca lat 80-tych to istna popisówka grupy i wartościowy przyczynek do rozwoju progmetalu podniesionego do rangi sztuki. Zespół wypracował swój autorski- pasuje tutaj nawet atrybut unikalny- styl, dzięki któremu Fates Warning awansował do elitarnego grona najważniejszych formacji na tym polu aktywności artystycznej. Ich albumy z tego okresu- późniejsze też nie zatraciły tych walorów- wyróżniają się skomplikowaną, wielowarstwową strukturą, instrumentalnym uporządkowaniem i hierarchią (wiodące gitary ) oraz wyśmienitymi, dopracowanymi do granicy perfekcji harmoniami wokalnymi. Fates Warning nigdy nie nadużywał form ekspresji wykonawczej, czy to w przypadku interpretacji tekstów songów, czy przyswajalnych podziałów rytmicznych bądź wyrazistych tematów melodycznych, dobranych tak, żeby nie zakłóciły komunikacji z odbiorcą, trafiały w jego estetykę. Muzycy unikają także konstruowania zamaszystych aranżacji, wręcz przeciwnie, tworzą potęgę brzmienia wykorzystują dosyć skromne, świadomie ograniczone środki. Grupa- i na ten fakt chciałbym zwrócić szczególną uwagę- poszła także inną drogą rozwoju niż współcześnie „brylujące” na progmetalowych „salonach” ekipy, mianowicie dosyć skromnie dawkuje takie komponenty jak frazy z motywami symfonicznymi, wręcz unika orkiestracji i epickiej podniosłości. Dzięki takiemu podejściu brzmienie zachowało naturalną dla rocka chropowatość, drapieżność i surowość, specyficzny minimalizm i „połamane”, rozbudowane riffy gitar. W tym punkcie należy podkreślić, że aktualnie kwintet bazuje na efektywnej współpracy dwóch gitarzystów, z których jednak wiodącą postacią jest Jim Matheos. Choć spychanie na margines gitarowych partii, których wykonawcą jest Frank Aresti byłoby głęboko niesprawiedliwe. W Fates Warning kwestią zasadniczą jest nie rywalizacja dwóch gitar, lecz ich precyzyjna kooperacja, wartościowe uzupełnianie się. Z bogatego katalogu zagrywek grupy wymienić można liczne zmiany tempa, wirtuozerskie partie solowe, ale prowadzone nie na zasadzie „sztuka dla sztuki”, żeby zabłysnąć techniką użytkową, raczej w służbie kompozycjom, odporządkowanie ich strukturze. Podobnie zresztą bywa z innym „orężem”, po który sięgają muzycy, pasażami akustycznymi, niezbyt częstymi, ale doskonale wplecionymi w konfigurację klarownych dźwięków. Wykonawcy nie projektują przesadnie wyciągniętych w czasie utworów, raczej tworzą songi zwarte, zawierające sam konkret, bez szafowania nadmiarem efektów. W dzisiejszych czasach niemała część zespołów rockowych występuje w roli „puszczalskiej”, która oddaje się komercji popkultury, żeby zaistnieć na różnych polach. Fates Warning, pomimo niełatwej w odbiorze sztuki muzycznej, którą konsekwentnie od lat „uprawiają”, cieszy się poważaniem i autorytetem za perfekcję wykonania, profesjonalne umiejętności, bez „podpierania” się różnymi gadżetami technologicznymi, pięknie wykrystalizowane linie melodyczne, naturalne brzmienie bez nadmiaru efektów specjalnych. Analizując cały dorobek kapeli trzeba także zaznaczyć, że był taki czas w karierze, gdy krytycy „czepiali” się albumów z pierwszej połowy lat 90- tych, „Parallels” i „Inside Out”, wykazując, że są „skażone” przystępnością i prezentują mniej ambitny materiał od innych pozycji fonograficznych, ale grupa, nie zrażając się takimi uwagami, zamknęła malkontentom usta i „wystrzeliła” albumem „Chasing Time” z roku 1995, uważanym powszechnie za jedno z najbardziej błyskotliwych osiągnięć muzyki progresywno- metalowej w ogóle.
Ostatnio wydany dysk zatytułowany „Theories Of Flight” ma wszelkie szanse dołączyć do ekskluzywnego grona „The Best Albums” nie tylko w karierze grupy, lecz także w ostatnich dziesięciu latach historii progmetalu. Autorem „lwiej” części tekstów oraz głównym kompozytorem jest Jim Matheos, który pracuje nad różnorodnością struktury utworów, delikatnością, bez epatowania nadmiarem ciężaru brzmienia oraz melodyjnością, bo przecież w każdym fragmencie albumu napotykamy piękne frazy melodyczne. Klimat muzyki współgra znakomicie z treściowymi motywami podróży, nietrwałości relacji między ludźmi, życiowej niepewności, wszystko to z wyczuciem spięte klamrą o melancholijnym zabarwieniu. Na każdym kroku na ścieżkach premierowej płyty występują niuanse brzmieniowe i zaskakujące zwroty akcji. Otwarcie albumu w formie „From The Roofsteps” przypomina efektowne fajerwerki riffów i wątków melodycznych. Wprawdzie wstęp nie zwiastuje takiego żywiołu, a wspaniała partia gitary fascynuje swoim urokiem, to spokojne dźwięki utworu toczą się jeszcze ponad dwie minuty. Ten romantyczny nastrój przepędza wyrazisty basowy riff, po którym, na delikatnym, ledwo słyszalnym elektronicznym tle, do „boju” wkraczają mocne, motoryczne gitary. Także wokal przeobraził się z postaci subtelnego melancholika w agresywne, „szczerzące kły” „zwierzę”, a dynamika skacze pionowo na skali doprowadzając do wariacji parametry głośności. Słuchacza zasypuje lawina perkusyjnych uderzeń, wykrzyczane frazy tekstu, jazgoczące, elektryczne struny i dudniący jak młot bas. Wykonawcy nie zapominają jednakże o tak ważnym składniku jak melodia, której urok po raz pierwszy można docenić po 3:15, a wielogłosowa konstrukcja pasuje do wizerunku songu wybornie. Urozmaicone przejścia, zmienność rytmu i znakomite wstawki solowe, ponownie gitara po 5:30, pozwalają zaliczyć ten utwór do najbardziej udanych na płycie. „Seven Stars” to najlepszy przykład, jak zachowując standardy heavy metalowej wypowiedzi zadbać odpowiednio o kapitalną melodię. Fascynujący  popis Raya Aldera, który daje z siebie dosłownie wszystko, czysty głos, soczysty i mocny, rewelacyjny Matheos, którego partie gitarowe, krystalicznie czyste, dosłownie unoszą się w przestrzeni. Dowód na to, że stosując tradycyjny podział na zwrotki i refreny, który dosyć łatwo zidentyfikować, stworzyć można także energetyczny, szybki song z olbrzymim potencjałem przebojowości. Nie ujmie tej piosence  godności stwierdzenie, że gdyby znalazł się jakiś „odważny” prezenter radiowy, to jest to potencjalny kandydat na hicior. Aż się chce tego fragmentu słuchać i do niego wracać! Podobnie jak „SOS”, gdzie na przywitanie dostajemy motoryczny riff i dawkę energii. Z jednej strony progresywno- metalowe granie, z drugiej zaś przy klarownym podziale na zwrotka- refren song ten tworzy aurę wręcz narkotycznego uzależnienia. Żeby dodać impuls zaskoczenia autorzy „fundują” nam w części środkowej radykalnie spowolnienie, złagodzenie brzmienia, wprowadzając jednocześnie atmosferę niepokoju, tajemniczości. Stan taki utrzymuje się przez kilkadziesiąt sekund, aby ponownie w napędzającym rytmie wkroczyć na metalowe ścieżki. „The Light And Shade Of Things”, pierwszy z dwóch dwucyfrowych “długasów” (10:14) zasługuje na miano “małej” epopei, o rozbudowanej strukturze, która początkowo w lirycznym nastroju powoli rozwija się jak piękny rockowy hymn. Akcenty balladowe, delikatne „muskanie” perkusyjnych talerzy, spokojny wokal i gitarowe „malowanie” tła, taki klimat towarzyszy słuchaczowi przez dokładnie trzy minuty. Chociaż każdy doskonale wie, że to tylko zapowiedź nowego wydarzenia, które wkrótce nadejdzie. I tak rzeczywiście się dzieje. Potężne uderzenie koalicji bębny- bas- gitara demoluje nastrój wkraczając na pole muzyki metalowej. Wybornie rytmiczny wokal, siła brzmienia, selektywność partii instrumentalnych. Prowadzą nas do kolejnego przełomu po szóstej minucie. Powraca zwiewny, magiczny urok partii inauguracyjnej, „gęsia skórka” przy wspaniałej partii gitary po kolejnej minucie, „czary” wokalne Aldera, aż do atmosferycznego finału z prologu. Kawał wytrawnej muzycznej „strawy”. Przejście z wyciszonego zakończenia „The Light And Shade Of Things” do wstępu „White Flag” to istny majstersztyk. Potężne uderzenie bombastycznego poematu, epicka podniosłość, unosi dosłownie słuchacza w powietrze. Rytmiczny pęd, a w środku odlotowa partia solowa Franka Aresti (3:15), perfekcyjnie harmonizująca z dyktatem rytmu Bobby Jarzombka. Nienaganna linia wokalna. No i motyw melodyczny, który pozostaje w pamięci. Ekipa Fates  Warning nie spuszcza z tonu także w następnym rozdziale programu płyty, „Like Stars Our Eyes Have Seen”, w którym najbardziej spektakularne osiągnięcie dotyczy chyba sfery wokalnej, doskonałych przejść do refrenowych fraz chóralnych, multum gitarowych sztuczek, cały czas dosyć równo, ostro i żywiołowo. Drugi „dziesięciominutowiec” „The Ghosts Of Home” (taki tytuł planowano pierwotnie dla całego albumu) zaczyna się od sampli prezentujących strzępki jakiegoś programu radiowego, jakieś głosy, poszukiwanie stacji, szumy. Wreszcie anonimowy odbiorca trafia na właściwy program i w eterze pojawiają się pierwsze dźwięki piosenki, która początkowo rozwija się spokojnie, raczej w balladowym tempie. Nieco nostalgiczne dźwięki, barwa głosu  powodują wytworzenie atmosfery, która świadomie sterowana przez twórców nieco „siada”, z tym, że cały czas wyczuwa się pewien rodzaj niepokoju i napięcia w oczekiwaniu na nowe zdarzenie. Poczucie takiego emocjonalnego zawieszenia tworzy realia kompozycji przez ponad dwie minuty. Eksplozja następuje około 2:15, a cała kompozycja może śmiało kandydować do miana najlepszej, ponieważ to w niej następuje kumulacja walorów Fates Warning, między innymi świetnego scalenia gitarowej ostrości z chwytliwą melodyką. Oczywiście w tak długim utworze musi dojść do kilku „załamań” rytmu, wyeksponowania zwięzłych, konkretnych partii solowych, a kwintet muzyków udowadnia, że czuje się w tych dźwiękowych „gierkach” jak przysłowiowe „ryby w wodzie”. Pewnym zaskoczeniem jest finałowy i tytułowy instrumentalny kawałek, w którym autorzy trochę poeksperymentowali, wprowadzając ambientowe klimaty w niezwykle łagodnej otoczce. Ta mozaika dźwięków działa jak medytacja, wycisza emocje, kreśli piękne krajobrazy, przenosi nas do zupełnie innej bajki nastrojów, łagodnej, marzycielskiej, pozbawionej kantów i ostrych krawędzi. Struny gitary zachowują się raczej floydowo, poszerzając spektrum stylistyczne albumu. Utwór zawiera wprawdzie fragment przyspieszenia, ale te kilkanaście sekund to epizod, który nie ma większego wpływu na charakter całości tego akapitu.
 „Theories Of Flight”, doskonały album, perfekcyjnie wykonany, w którym każdy z muzyków wnosi swój wkład w jego klasę. Jakość, której strukturę tworzą wyśmienite partie wokalne w idealnej kooperacji ze świadomymi swoich umiejętności architektami bogatych i przemyślanych partii instrumentalnych. Płyta Fates Warning zadowoli, moim zdaniem nawet wybredne gusta, stanowiąc kolejną wartościową pozycję w już bogatej dyskografii tego nietuzinkowego zespołu. Oby taj dalej!
Ocena 5/ 6
Włodek Kucharek

144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3789963
DzisiajDzisiaj697
WczorajWczoraj573
Ten tydzieńTen tydzień697
Ten miesiącTen miesiąc12672
WszystkieWszystkie3789963
3.81.172.77