Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

accept nowa datadaw m

 

PAIN OF SALVATION - Remedy Lane Re: visited (Re:mixed)

 

(2016 InsideOut Music)
Autor: Włodek Kucharekpainofsalvation-remedylanerevisitedremixed m

Tracklist:

CD 1:

Remedy Lane Re:mixed
1.Of Two Beginnings
2.Ending Theme
3.Fandango
4.A Trace Of Blood
5.This Heart Of Mine
6.Underlow
7.Rope Ends
8.Chain Sling
9.Dryad Of The Woods
10. Remedy Lane
11. Waking Every God
12. Second Love
13. Beyond The Pale

    

CD 2:
Remedy Lane (Re:Live)
1.
Remedy Lane
2. Of Two Beginnings
3. Ending Theme
4. Fandango
5. A Trace Of Blood
6. This Heart Of Mine
7. Underlow
8. Rope Ends
9. Chain Sling
10. Dryad Of The Woods
11. Waking Every God
12. Second Love
13. Beyond The Pale

   

SKŁAD:

Daniel Gildenlöw  (wokal/ gitara)

Fredrik Hermansson (instr. klawiszowe)

Johan Hallgren (gitara/ wokal)

Johan Langell (perkusja/ wokal)

Kristoffer Gildenlöw (bas/ wokal)

   

Sądzę, że przy okazji ukazania się, raptem przed kilkoma tygodniami, od dawna wyczekiwanej premiery płytowej In the Passing Light of Day      , pojawiła się okazja przypomnienia nieco starszego wydawnictwa szwedzkiego bandu zatytułowanego „Remedy Lane”. A pokusa jest tym większa, im lepiej znamy treść tego koncept albumu z roku 2002- łatwo zauważyć, że jest powód do świętowania okrągłej rocznicy edycji, bo minęło 15 lat- ponieważ jest to muzyka inteligentna, zacna brzmieniowo, z wieloma takimi fragmentami, że wzruszenie ściska gardło, a melodie pozostają na długo w pamięci. Zresztą Pain Of Salvation to nie jest kwintet anonimowych artystów, szczególnie w naszym kraju, gdzie grupa darzona jest szacunkiem za swoje dotychczasowe osiągnięcia artystyczne. A Daniel Gildenlöw to artysta nietuzinkowy, innowacyjny, chętnie przekraczający muzyczne granice, łamiący stereotypy, podążając często pod prąd komercyjnych przyzwyczajeń. Nie bez znaczenia jest także fakt, że jest on dosyć powszechnie uznawany za jednego z najlepszych wokalistów na polu rocka, a szufladkowanie stylu formacji i również solowego dorobku Daniela mija się z celem, gdyż granice takich klasyfikacji stają się w przypadku POS zbyt wąskie. No i jeszcze jeden aspekt, który chciałbym podkreślić, że Daniel Gildenlöw to niezwykle wdzięczny rozmówca o bardzo szerokim spektrum zainteresowań i wiedzy, nie tylko muzycznej, co udowodnił wielokrotnie w licznych wywiadach z przedstawicielami prasy muzycznej.

Nie będę oryginalny, gdy stwierdzę, że moja znajomość z twórczością założonego w szwedzkiej Eskilstunie bandu znalazła swój początek przed 17 laty w związku w premierą albumu „The Perfect Element, Part 1”, który kolokwialnie mówiąc po prostu mnie „uwalił” swoją klasą, błyskotliwością scenariusza, na bazie którego dźwięki opowiedziały wspaniałą historię. To właśnie wtedy pojawiła się uzasadniona opinia, że Daniel Gildenlöw i spółka to mistrzowie konceptów rockowych, doskonale wyreżyserowanych spektakli, lśniących pięknem rozwiązań instrumentalnych, doskonałego wokalu, brzmieniowego ognia i niesamowitej mocy graniczących z tak niewiarygodnie delikatnymi frazami, że zapierają dech. Dzięki tej płycie Pain Of Salvation bardzo szybko wspiął się po szczeblach kariery w partie szczytowe, z których nie ma zamiaru schodzić do współczesności. Dlatego na hasło „nowy album POS” wielu słuchaczy dosłownie staje na baczność, oczekując wydarzenia rockowego na skalę ogólnoświatową. Najczęściej te oczekiwania zostają spełnione, gdyż twórcom praktycznie nie przydarzyły się ewidentne wpadki artystyczne. Bywały chwile słabości, marazmu, ale nawet wtedy spod pióra twórców wychodził materiał solidny i profesjonalnie przygotowany. I to następna cecha szwedzkiej ekipy, absolutne zawodowstwo, profesjonalizm w każdym calu, wyraz szacunku do słuchacza, bo nie pamiętam sytuacji, żeby grupa wydała typową dyskograficzną „zapchajdziurę”, muzyka z każdego albumu zawierała zawsze to „coś”, pierwiastek oryginalności, refleksję, historię o czymś ważnym dla człowieka, pełną pasji i emocji. Nie mam zamiaru uprawiać taniej dydaktyki na drodze do przekonania niedowiarków, bo muzyka Pain Of Salvation obroni się doskonale sama i nie potrzebuje adwokatów. Ale jeśli w gronie czytelników HMP znajdzie się ktoś, kto jeszcze nie zdążył poznać sztuki muzycznej Szwedów, to zachęcam do sprawdzenia prawdziwości moich sądów, bo naprawdę warto. Choć należy lojalnie uprzedzić, że kandydatów czeka nie lada wyzwanie, ponieważ muzyczne eksploracje grupy wymagają wiele uwagi, skupienia, między innymi dlatego, że najczęściej są „wyładowane” dźwiękami po brzegi technicznych możliwości kompaktowego dysku. Cierpliwość zostanie nagrodzona pięknem przeżywanych chwil.

Przez pewien okres wzmiankowany rockowy skład funkcjonował pod inną nazwą, ale oddajmy głos Danielowi Gildenlöw: „Założyłem swój pierwszy, własny zespół w wieku 11 lat pod nazwą Reality. W wieku lat 15 postanowiłem ją zmienić, ponieważ czułem, że nie jestem już tym samym człowiekiem, co jako 11 latek. Szukałem pomysłu i w czasie szkolnej lekcji matematyki wpadło mi do głowy coś, co szybko zapisałem na kartce, „Pain Of Salvation”. Pokazałem to jednemu z kolegów, który później został członkiem bandu, ale on nie kryjąc sceptycyzmu stwierdził: „Za długa. Nikt nie zapamięta”. A ja chciałem znaleźć coś, co byłoby czymś więcej niż tylko samą nazwą. Dla mnie Pain Of Salvation stanowiło pewien stan równowagi, na przykład pomiędzy Dobrem i Złem”.

W roku 1987 jeszcze jako Reality zespół zakwalifikował się do corocznego konkursu młodych szwedzkich zespołów „Rock- SM”, w którym rok wcześniej wypromowano między innymi grupę Europe. Reality był najmłodszym uczestnikiem w historii imprezy, a Daniel Gildenlöw otrzymał wtedy nagrodę dla najlepszego wokalisty. Nieco później doszło do zawirowań personalnych w składzie, których źródłem były różnice zdań w kwestii kierunku dalszej drogi artystycznej. Pozostałe wydarzenia potoczyły się już szybko. Pierwsze demo wysłano do dwóch wytwórni, japońskiej Marquee/ Belle Antique i do studia nagraniowego w Malmö, Roasting House. Wkrótce nagrania trafiły na debiutancki album „Entropia”, a dystrybucją wydawnictwa w Azji zajął się label Marquees- Avalon. Oddźwięk po wydaniu płyty był bardzo pozytywny, znacząco wzrosła sprzedaż w sklepach online, a Pain Of Salvation zyskał popularność i wielu nowych słuchaczy. Jeszcze większym sukcesem okazał się w Azji, a nieco później w Europie album z numerem dwa, „One Hour By The Concrete Lake”. To pozwoliło na podpisanie profesjonalnego kontraktu z niemieckim InsideOut Music, który wydał wymienioną płytę oficjalnie w roku 1999. I w ten sposób rozpoczęła się międzynarodowa kariera szwedzkiej kapeli, która w roku 2000 przygotowała swoje opus magnum, „The Perfect Element, Part 1”, materiał, który zyskał niesamowicie wielki rozgłos i szacunek zarówno słuchaczy, jak też krytyki. Autorzy „poszli za ciosem” i już rok później opublikowali pozycję „Remedy Lane”, z muzyką równie wysokiej jakości, oryginalną, świeżą, o niezwykłym potencjale różnorodności, a pomimo tego bardzo spójną.

„Remedy Lane” przedstawia po części pierwiastki autobiograficzne, częściowo zdarzenia fikcyjne z życia Daniela Gildenlöw. Autor konceptu postanowił zmierzyć się z tematami egzystencjalnymi, trudnymi do jednoznacznej interpretacji, posiadającymi swoje źródła także w filozofii, związanymi z bytem każdego człowieka, koncentrując się na takich kategoriach uniwersalnych jak miłość, utrata bliskich, pożądanie, cud narodzin, duchowość, wartości moralne. Dużo w treści songów mroku, ciemnych barw wywołanych smutkiem, nostalgią, dużo odniesień do wiary w innego człowieka, do jego słabości, porażek życiowych. Sama konstrukcja spektaklu podzielona została na część, której funkcję można nazwać epilogiem,  w tej roli utwór „Of Two Beginnings”, oraz na trzy rozdziały, z których każdy obejmuje cztery akapity. Jednakże wszystkie kompozycje połączone zostały zgrabnie w monolityczną całość, a przejścia pomiędzy poszczególnymi aktami są tak płynne, że praktycznie niezauważalne dla odbiorcy. W tym miejscu mowa naturalnie o zawartości dysku podstawowego, ale nie zapominajmy, że nowa edycja z roku 2016 dysponuje także dyskiem bonusowym, na którym zarejestrowano materiał koncertowy, czyli wykonanie „Remedy Lane” w wersji „na żywo” z minimalnie przestawioną kolejnością utworów, co dla słuchacza nie ma większego znaczenia. Występ nagrano bez skrótów i poprawkowej ingerencji technicznej w trakcie Prog Power Festival w Stanach Zjednoczonych w roku 2014.

Słuchając dzieła Pain Of Salvation po nieznacznym liftingu technicznym z perspektywy kilkunastu lat potwierdzają się wszelkie opinie i sądy o jego wybornym poziomie stricte muzycznym. Taką ocenę zasugerowano zarówno bezpośrednio po premierze w roku 2002, jak również można ją powielić po poddaniu materiału muzycznego procesowi „Re-visited- Re-mixed”. Jest to nadal jasno świecąca gwiazda w konstelacji rocka, epickie dzieło, którego ogół komponentów takich jak rytm, melodie, harmonie, barwa dźwięku, budowa formalna, dynamika, stanowią jednolitą substancję, złożoną strukturalnie, ambitną, emocjonalnie podkreśloną, z prawdziwą paletą namiętności. Piękno poszczególnych sekwencji dosłownie poraża zmysł estetyczny, a struktura zachowuje doskonałą równowagę pomiędzy elementami rockowo cięższymi, metalowymi, a składnikami akustycznymi, subtelniejszymi i lżejszymi, tworzącymi bardziej kameralny nastrój. Aktorem absolutnie pierwszego planu jest główny architekt przedsięwzięcia Daniel Gildenlöw, nie tylko jako wyśmienity gitarzysta, a przede wszystkim jako rewelacyjny wykonawca i interpretator partii wokalnych, w których słowo staje się przekaźnikiem przeżyć głównego bohatera, a różne odcienie w operowaniu głosem, sugestywnie nasycone uczuciami pozwalają wręcz słuchaczowi utożsamiać się ze stanami ducha bohatera. Kapitalne motywy melodyczne, spektakularna rytmika, olśniewające zmiany dynamiki, zaskakujące zwroty muzyczne toczących się zdarzeń przyciągają uwagę jak magnes. Brzmienie czyste, transparentne, pozwala dokonać precyzyjnej selekcji przepięknych niuansów, detali, pozornie drobiazgów, które upiększają przekaz, czyniąc go wielowymiarowym. Śmiem twierdzić, ze gdyby ktoś poszukiwał wzorca, pewnego modelu progresywności w muzyce rockowej, to na ścieżkach „Remedy Lane” znalazłby jej potwierdzenie. Moja fascynacja epopeją POS wynika także z faktu, że zespół stworzył obrazy według własnych wizji, fascynacji, doznań, psychologii człowieka, łamiąc przy tym pewne konwenanse, przyzwyczajenia, unikając z powodzeniem powielania pomysłów, uciekając od komercji, która na tej płycie ukryła się próbując zakamuflować swój wstyd. „Remedy Lane” tworzy materię niełatwą w procesie przyswajania ze zrozumieniem, ze względu na objętość, brak możliwości przy słuchaniu podzielenia konceptu na składniki mniejsze, bo takie postępowanie przy zwartym materiale nie ma zwyczajnie sensu, a co za tym idzie wymagającą cierpliwości. Jest to także projekt daleki od powierzchowności, godny przeciwnik dla wszystkich tych „niecierpliwych dusz” oceniających jakość artystyczną byle jak, „po łebkach”, fragmentarycznie. Dla takiego podejścia do muzyki rockowej na tym albumie nie ma grama litości.

Wydaje się, że analizowanie poszczególnych rozdziałów mija się z celem, bo w oderwaniu od innych pojedyncze akty tracą swój blask i siłę oddziaływania zarówno w kwestii literackiej, treści wypowiedzi, jak również w zakresie brzmienia, rozbudowanych partii instrumentalnych, klimatu, struktury rytmicznej. Dlatego ograniczę się do kilku uwag natury ogólnej, moich subiektywnych spostrzeżeń, z punktu widzenia słuchacza, dla którego „Remedy Lane” to jedno z najważniejszych dokonań Pain Of Salvation w karierze, także nietuzinkowe osiągnięcie w skali historii rockowej progresji po roku 2000.

Już od pierwszych dźwięków „Of Two Beginnings”, nieco ponad dwuminutowego drobiazgu pomyślanego jako wstęp, staje się jasne, że słuchacz wciągnięty zostanie w wir „tańca” klasycznego progrocka z metalowymi pazurkami. Narastająca intensywność brzmienia, stopniowo rosnąca dynamika, prześliczny motyw melodyczny zwiastują mistrzowski spektakl. Inauguracja Chapter I w tytule „Ending Theme” wytycza szerokie granice epickości, a uderzenie skumulowanej mocy instrumentarium brzmi jak wspaniały hymn. Kapitalne partie gitary, wokalne aktorstwo Daniela, cudowny główny temat melodyczny, niesamowita zmienność dynamiki, która zachowuje się jak rollercoaster, raz przyjmuje postać kruchej, delikatnej istoty, by za moment wybuchnąć emocjami w impulsywnej reakcji. Słowa raz fantastycznie zaśpiewane, innym razem recytowane, wykrzyczane, dramatycznie demolują zmysły. „Fandango” z obłąkańczym fortepianem, z gwałtownością przemian rytmicznych, z ostrą gitarą „przewalają” się w przestrzeni jak burza, by w finałowych sekundach zgasnąć jak świeca na wietrze, pozostawiając w duecie tylko głos i fortepian. „A Trace Of Blood” zmienia swoje maski co kilkadziesiąt sekund przybierając inny wizerunek, od heavy metalowego wcielenia z dudniącymi, potężnymi gitarami i kaskadami perkusyjnych beatów, aż po akustyczny fragment krótko przed piątą minutą. Co za pasja w partii solowej gitary po szóstej minucie! Co za synchronizacja pomiędzy popisem wokalnym a dynamiką instrumentalistów! Ile delikatności, kunsztu w kreowaniu pół-akustycznych sekwencji w „This Heart Of Mine (I Pledge)”, jakie piękno prowadzonej melodii!  To wyżyny sztuki wykonawczej, ocierające się- tak, mam świadomość znaczenia tego pojęcia- o geniusz. Chapter II masakruje serce nieskazitelną urodą mknącego jak strzała „Undertow”, powoli rosnącym napięciem, dramaturgią, coraz intensywniejszym brzmieniem songu  w pojedynku wokalisty z gitarowo- fortepianową koalicją. Daniel Gildenlöw wykrzykujący pełne bólu, dekadenckie słowa :

„Pozwól mi się wycieńczyć!
Pozwól mi umrzeć!
Pozwól mi zaprzepaścić to co kocham, muszę płakać!
Pozwól mi spalić to wszystko!
Pozwól mi znieść upadek
Przez oczyszczający ogień!
Teraz pozwól mi umrzeć!
Pozwól mi umrzeć ...
  
Wypuść mnie
Pozwól mi odejść w tą czarną jak smoła, aksamitną noc.”

Po zakręconym i połamanym rytmicznie, z wyrazistymi akcentami heavy metalowymi „Rope Ends” przestrzeń wypełnia mistrzowska partia wokalna Daniela w nieco orientalnym „Chain Sling”. A później nadchodzi kolejna perła albumu, porywająca, instrumentalna  ballada „Dryad Of The Woods” z fenomenalną melodyką i łkającym genialnie magicznym fortepianem, kreującym kaskady akordów. Coś niepowtarzalnego! W części końcowej coraz szybszej w miarę upływających sekund do akustyki dołączają subtelne partie elektryczne, co w żaden sposób nie zakłóca nastrojowości tego diamentu. Chapter III rozpoczyna, nieco ponad dwuminutowy utwór tytułowy, w którym najwięcej do „powiedzenia” ma jedyny raz na płycie elektronika, przetwarzająca nieco brzmienie. A później w programie pozostają jeszcze trzy akapity, z najdłuższym, blisko 10- minutowym, „Beyond The Pale”. Ta złożona kompozycja posiada chyba najwięcej cech bliskich stylowi metalu progresywnego, z rewelacyjnymi przełomami, wątkami melodycznymi. To co, zespół prezentuje w, nazwijmy ten fragment refrenem, to klasa najwyższa. Brzmienie to potęga! Cięte, dynamiczne partie instrumentalne, mocarny wokal i wirtuozeria solowa. Zmienności tu tyle, że frazy dźwiękowe przemykają przed nami jak błyskawice proponując co rusz inną konfigurację, a całość pomimo tych przeobrażeń sprawia wrażenie spójnego organizmu. Perfekcyjne połączenie rockowej elektryczności z odcinkami akustycznymi.

Spektakl, 70 minut, mija jak z bicza trzasnął. A po krótkim wytchnieniu następuje powrót słuchacza na ścieżki albumu „Remedy Lane”. Jest to dzieło wybitne! W historii muzyki rockowej są takie płyty, które wspinają się na level nieosiągalny dla innych. Album Pain Of Salvation niewątpliwie do takich zjawisk fonograficznych należy. I pomyśleć, że od projektu do realizacji minęło tylko kilka tygodni. Dowód na to, że kreatywni i „nabuzowani” pomysłami artyści nie potrzebują setek godzin spędzonych w studio, żeby stworzyć wartościową muzykę. A teraz mamy jeszcze ekstra okazję poznać jego twarz koncertową, nieco inną od tej, którą wypracowano w studio. Na „żywo” Danielowi Gildenlöw partneruje nieco inna grupa muzyków, więc charakterystyka „Remedy Lane” uległa pewnej korekcie, powodującej, że wersja „live” nabiera nieco innego wymiaru, stając się bardziej surowa, co w kontekście sceny przed publicznością jest zupełnie zrozumiałe. Kompletne wydawnictwo InsideOut Music stanie się na pewno ozdobą każdej kolekcji wyrafinowanych dźwięków, a minione lata tylko potwierdziły, że ta muzyka ma wartość ponadczasową.

Ocena 6/6

139_gojira_158x600 kopia.jpg 144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3789459
DzisiajDzisiaj193
WczorajWczoraj573
Ten tydzieńTen tydzień193
Ten miesiącTen miesiąc12168
WszystkieWszystkie3789459
54.91.62.236