Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

lion shepherd plakat m 

wehrmacht plakat m

destroyers plakat m

organek baner m

queensryche plakat m

wacken2019

black silesia open air festival iv m

prog in park iii m

ram plakatx m

psychotic waltz plakatx m

protector plakat m

mortis plakat m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

JASON BECKER - Triumphant Hearts

 

(2018 Music Theories Recordings)
Autor: Włodek Kucharek
 
jason becker triumphant hearts s
Tracklist:
1. Triumphant Heart (ft. Marty Friedman, Gluaco Bertagnin, Hiyori Okuda)
2. Hold On To Love (ft. Codany Holiday)
3. Fantasy Weaver (ft. Jake Shimabukuro)
4. Once Upon A Melody
5. We Are One (ft. Steve Knight)
6. Magic Woman (ft. Uli Jon Roth, Chris Broderick)
7. Blowin’ In The Wind
8. River of Longing (ft. Jon Satiriani, Aleks Sever, Guthrie Govan, Steve Morse)
9. Valley of Fire (ft. The Magnificent 13)
10. River of Longing (ft. Trevor Rabin)
11. Taking Me Back
12. Tell Me No Lies
13. Hold On To Love (ft.
Codany Holiday) [Chuck Zwicky Remix]
14. You Do It
               
Na samym wstępie chciałbym zwrócić uwagę, że wśród danych fonograficznych tego albumu zabrakło rubryki „SKŁAD” i nie jest to moje przeoczenie, lecz celowy zabieg, którego sens zaraz postaram się wyjaśnić. W realizacji tego projektu (nawet, jak ktoś nie lubi tego słowa w odniesieniu do muzyki, to w tym przypadku jest ono adekwatne i oddaje sens tego przedsięwzięcia artystycznego) wzięło udział tak wielu artystów, niezwiązanych ze sobą personalnie poprzez kooperację w różnych grupach muzycznych, że trudno ich uznać za skład zespołu, bardziej potraktować w roli gości. Bo pomysłodawcą idei, jej intelektualnym odkrywcą i „motorem napędowym”, osobowością scalającą wielkie postaci światowego rocka, bez podziału na gatunki, jest Jason Becker. Dlatego spróbuję w tekście nakreślić istotę tego wydawnictwa ze szczegółowym wskazaniem wielu artystów, którzy podjęli się tego karkołomnego zadania, doprowadzili je do końca, a dzięki wielkiej sile woli i determinacji głównego bohatera sympatycy muzyki rockowej na całym świecie otrzymali niepowtarzalną okazję zaznajomienia się z olśniewającymi efektami ich wspólnej pracy. Oczywiście największy szacunek, atencja należą się autorowi pomysłu firmującemu swoim nazwiskiem przedłożony album, Jasonowi Beckerowi. A jego los i historia jego życia to materiał na film promujący odwagę, siłę charakteru, miłość do muzyki, wrażliwość i talent. Sądzę, że do momentu wydania płyty „Triumphant Hearts”, Jason Becker to była postać, muzyk, kompozytor znany w dosyć wąskim kręgu słuchaczy rocka. Nie będę ściemniał pisząc, że doskonale wiedziałem z kim mam do czynienia, gdy usłyszałem pierwsze dźwięki tytułowej kompozycji, od której swój tytuł zaczerpnął cały album. Nie miałem bladego pojęcia, czym zajmował się w swoim życiu bohater tekstu i jaki to życie zgotowało mu los. Dopiero, gdy wokół albumu zrobiło się głośno, poświęcono mu wiele uwagi recenzując jego zawartość, zainteresowałem się jego muzyczną treścią. Drugim czynnikiem, który zdecydował o popularności tej publikacji fonograficznej, była cała plejada gości, z których wielu zaliczanych jest do gwiazd sztuki rockowej. Po pierwszym przesłuchaniu pojawił się składnik z numerem trzy, piękno stworzonej muzyki, jej jakość wykonania i eklektyzm. Bo wśród czternastu kompozycji spotkamy reprezentantów wielu stylów muzyki w ogóle i rocka w szczególności, jeden składnik pozostaje jednakże stały, niezmienny, to dominacja brzmienia jednego instrumentu, gitary, zarówno tej elektrycznej, jak również w nieco mniejszym wymiarze także akustycznej. Zanim jednak podejmę się w nieśmiałej próbie wypowiedzenia się o niektórych aspektach stricte muzycznych, nie zrezygnuję z przyjemności przedstawienia Państwu głównych aktorów tego spektaklu. Kogo jednak nie interesują takie detale, może sobie odpuścić czytanie kolejnych fragmentów tekstu, do momentu, gdy przejdziemy do opisu pierwszego rozdziału o identycznym tytule, jak całe wydawnictwo.
                     
Jason Becker, w tym roku obchodzić będzie 50 urodziny, gitarzysta heavymetalowy, karierę rozpoczynał od występów w grupie Cacophony, którą prowadził uznany guitar player Marty Friedman. Choć kwartet ten opublikował tylko dwa albumy, a drugi z nich „Go Off!” z roku 1988 okazał się kompletną klapą komercyjną, scementował na długie lata przyjaźń Jasona i Marty’ego. Drugim spektakularnym wydarzeniem w artystycznej biografii Beckera była współpraca z U.L. Rothem, gdy w jego zespole zastąpił ikonę gitarowego grania Steve’a Vaia, tutaj także, podobnie jak w przypadku opisanym wyżej nawiązały się przyjacielskie stosunki. Piszę o tych faktach z pogranicza muzyki, gdyż miały one ogromny wpływ na powstanie albumu, stanowiącego centralny punkt  tego tekstu. Jest taki fachowy periodyk, którego tytuł wszystko wyjaśnia, „Guitar World”, w którym piętnaście lat temu Jason Becker sklasyfikowany został na 40 miejscu listy gitarzystów wszech czasów na polu heavy metalu. Becker należy także do grona gitarzystów, których stylowi dokleja się często etykietkę „neoklasyczny”, czyli heavy metal z wpływami muzyki poważnej, charakteryzujący się wysokim poziomem techniki użytkowej, licznymi, wirtuozerskimi partiami solowymi, skomplikowaną harmonią i odniesieniami do epok w muzyce klasycznej, baroku i klasycyzmu. Jego ulubionymi kompozytorami są Bach i Mozart, podkreśla także fascynację dziełami geniusza skrzypiec i…..gitary Niccolo Paganiniego. Wielu czynnych gitarzystów oraz teoretyków muzyki zwraca uwagę na jeden z komponentów decydujących o indywidualizmie stylu Beckera, używając pojęcia „ekspresywność”, czyli zdolność wyrazistego i sugestywnego wyrażania uczuć. Jeżeli słuchacze chcieliby pójść tym tropem i odnaleźć cechy tej ekspresywności, to nic łatwiejszego, bo wystarczy włączyć odtwarzacz i posłuchać tytułowego utworu płyty „Triumphant Hearts”, skomponowanego przez muzyka firmującego album. Te nieco ponad cztery minuty roztaczają od pierwszych tonów aurę nieskazitelnego piękna, wzruszają i tętnią emocjami. Wspaniała melodia, kapitalny smyczkowy duet Gluaco Bertagnin, skrzypce- Hiyori Okuda, wiolonczela, podniosła orkiestracja, a w trzeciej minucie tego poematu muzycznego do dzieła przystępuje jeden z mistrzów Beckera, Marty Friedman. Zachwyca płynne połączenie brzmienia bliskiego muzyce klasycznej z rewelacyjnym popisem solowym gitary, która kreśli akordowe figury powstałe w wyobraźni artysty lekko i bez wysiłku. Z jednej strony słuchamy partii strukturalnie prostej, łatwej do akceptacji przez każdego odbiorcę rocka, ale ile w niej pozytywnych uczuć, ile serca włożonego w jej wykonanie. Tutaj nie wystarczy umieć technicznie opanować grę na elektrycznych strunach, tutaj trzeba posiadać w muzycznej duszy pierwiastek miłości do muzyki, którą się wykonuje, bez niej muzyka staje się szarą i bezkształtną zbieraniną dźwięków, poprawnie ułożonych w sekwencje, ale bez wyrazu i tej magnetycznej siły przyciągania. To bardzo ulotne wrażenia, werbalnie niedefiniowalne, ale uchwytne w klimacie tej kompozycji, która stanowi przepiękne świadectwo „rocka podniesionego do rangi sztuki”, muzyczne cechy, które pozwalają odróżnić zwykłego rockowego wyrobnika od mistrza- artysty. A taki jest bez wątpienia Marty Friedman, głównie wirtuoz gitary, ale nie jestem przekonany, czy powszechnie o tym wiadomo, że również pisarz i publicysta. Jego blisko 10- letnia kariera w składzie Megadeth (1990- 1999) oraz zaangażowanie w realizację wielu innych projektów rockowych „wywindowała” go na wyżyny rockowego grania, nie tylko na polu heavy metalu, czego jasnym dowodem jest między innymi ta treściwa, zwięzła partia solowa w kompozycji „Triumphant Heart”. To dopiero „przygrywka”, a słuchacze znaleźli się już na takim levelu emocjonalności i estetycznego przeżywania, że trudno będzie powrócić do świata racjonalności.  Tym bardziej, że kolejne akapity tego rozbudowanego do granic technicznych możliwości dysku kompaktowego, wydawnictwa, ponad 78 minut, oferują następne rozdziały, po wysłuchaniu których rzeczownik „piękno” odmieniany będzie we wszystkich przypadkach. Zdecydowana większość zarejestrowanego materiału ma charakter instrumentalny, ale są wśród tych fragmentów także utwory wokalne, tak jak drugi na liście nagrań, „Hold On To Love”. Pierwotnie utwór miał być w pełni instrumentalny, ale w trakcie procesu tworzenia zrodził się pomysł na autobiograficzny tekst. Zacytowany poniżej dwuwiersz nie wymaga komentarza:
        
„Nie mogę mówić ani grać
Lecz to ciało chce jeszcze wiele dać”.
       
Znaleźć wokalistę, który potrafiłby wspiąć się na himalajskie szczyty emocji, to wcale nie łatwa sprawa. Tym, który perfekcyjnie wyraził swoim śpiewem skumulowane w tekście uczucia, jest soulowy artysta Codany Holiday, którego popis wokalny można również podziwiać na you tube, w znakomitym teledysku do tego utworu. Wcześniej już pisałem o eklektyzmie tego albumu, a pieśń o wiele mówiącym tytule „Hold On To Love”, to wyrazisty dowód sformułowanej tezy. Soulowy wokal, gospelowskie chórki, wokalizy Holidaya w dalszej części, „pachnąca” rhythm’n’bluesem warstwa instrumentalna, to elementy, dzięki którym  przeniesieni zostajemy jak w „Wehikule czasu” George’a Wellsa, do innego świata, do  rajskich krajobrazów malowanych dźwiękami, gdzie okazuje się, że piękniej być już nie może. A to i tak jeszcze nie wszystko na temat tego hymnu, bo jest jeszcze gitarowe, błyszczące jak diament intro, intonujące motyw melodyczny. Ta pieśń powala swoją łagodnością, harmoniami wokalnymi i finałowym monumentalizmem, gdy jej brzmienie tworzą połączone siły instrumentalne, głosu Codany Holidaya i kilkuosobowego chóru. Ciarki gwarantowane! A to, co już opisałem, to jeszcze nie wszystko, bo ta kompozycja liczy sobie blisko siedem i pół minuty i z biegiem czasu powoli się rozwija, nabiera wokalno- instrumentalnej mocy, odkrywając przed słuchaczami stopniowo, kolejne swoje tajemnice, przykładowo epizodyczną, ale słyszalną obecność saksofonu, czy uduchowioną partię gitary elektrycznej w części środkowej. Trudno w pewnym momencie stwierdzić, czy już odlecieliśmy, czy jeszcze stąpamy po ziemi. Głównymi kreatorami brzmienia w „Fantasy Weaver” jest orkiestra symfoniczna oraz Jake Shimabukuro grający na ukulele, czyli instrumencie podobnym z wyglądu do małej gitary akustycznej (posiada pudło rezonansowe i najczęściej cztery struny, bywa, że więcej), pochodzącym podobnie jak Jake z najmłodszego stanu USA, Hawajów. Z postacią solisty wiąże się anegdotyczne zdarzenie, mianowicie międzynarodowa kariera tego muzyka rozpoczęła się w sieci w wyniku aktu piractwa, gdy nielegalnie opublikowano w roku 2006 Shimabukuro przedstawiającego interpretację utworu George’a Harrisona „While My Guitar Gently Weeps”. Ale wracając do trzeciego akapitu albumu „Triumphant Hearts” z udziałem tego artysty, to zadziwiający jest fakt, że jego egzotyczna melodyka nawiązuje w niektórych fragmentach (na przykład po czwartej minucie, czy na samym początku kompozycji) do stylistyki …dalekowschodniej i bardziej niż z klimatami hawajskimi (vide miejsce urodzenia Jake’a Shimabukuro) kojarzy się z ojczyzną Samurajów lub Państwem Środka, szczególnie wtedy, gdy w spektrum brzemienia dominująca staje się partia ukulele. Natomiast partie orkiestrowe zmierzają w kierunku muzyki wywodzącej się z tradycji klasycznej. Jedno jest pewne, poszukiwanie śladów rocka w „Fantasy Weaver” zakończy się fiaskiem. Podobne wrażenie powstaje przy pierwszych taktach „Once Upon A Melody”, gdy w rolach pierwszoplanowych występują symfonicy z solowym udziałem pięknie nostalgicznych skrzypiec, jednak w części środkowej przez krótki czas „rozgrywającym” na scenie jest gitara elektryczna. To w tym właśnie fragmencie wykorzystano nagranie z przeszłości Jasona Beckera, jeszcze z czasów współpracy w ramach składu Cacophony. W finale ponownie batutę przejmują filharmonicy z solowym akcentem skrzypcowym, pojawiają się również głosy dzieci, sample nawiązujące do okresu dzieciństwa Beckera. To jeden z tych utworów programu, w których frazy gitarowy występują w podporządkowanej roli wobec sekcji smyczkowej. Przeskok z kompozycji „Once Upon A Melody” o charakterze symfonicznym do numeru „We Are One” to radykalny skok na bungee. Jedyny czynnik łączący oba te kawałki to fakt, że sporo czasu upłynęło od ich powstania. Te dźwięki przeleżały w szufladzie ponad 30 lat, skomponowane i zagrane przez Beckera, by współcześnie wyretuszować je odrobinę instrumentalnie i wzbogacić partiami wokalnymi w wykonaniu Stevena Knighta (zmarł w 2013), byłego członka, na początku lat 70-tych, legendarnej, amerykańskiej grupy hard rockowej Mountain oraz kalifornijskiej hip hopowej Flipsyde. „We Are One” od pierwszych taktów „atakuje” nasze zmysły rytmicznym, energetycznym funkiem, łączącym rhythm and blues, big bandowy jazz, soulowe wokale, groove sekcji rytmicznej. Tutaj cała przestrzeń się kołysze prowokując do tańca. Zaraz, zaraz, a gdzie miejsce dla żywiołowych wejść gitarowych Beckera? Odpowiedź nadchodzi dosyć szybko, bo po upływie pierwszej minuty. Dynamiczna, ostra gitara doskonale wpasowana w rytm rozhuśtanego utworu i w jazzowe wisty dęciaków i wokale, z żeńskim chórkiem. To w pewnym sensie ciekawostka, bo pulsująca energią, jazzująca, „podskakująca” rytmicznie  warstwa instrumentalna stanowi fundament dla „jazgotu” elektrycznych strun, które uporczywie „rzeźbią” rasowe, rockowe figury. I to się nie kłóci! A cyklicznie powtarzany refren, soulowe zaśpiewy chórku  nadają całości chwytliwej melodyjności. Pozycję z numerem sześć na liście tracków zajmuje „Magic Woman”, zdominowany umiejętnościami i talentem dwóch gitarzystów reprezentujących dwa różne pokolenia. Weteran, niemiecki gitarzysta Uli Jon Roth startował do międzynarodowej kariery w składzie niezniszczalnych Scorpions (opuścił zespół w roku 1978 a podłoże konfliktu stanowiły różnice artystyczne), kontynuował działalność przez następne siedem lat w założonej przez siebie formacji Electric Sun,  a zasłużył się dla świata muzyki również w roli konstruktora gitary, nazwanej Sky, posiadającej aż 32 progi. Nie mniej bogaty życiorys ma Chris Broderick, kilkanaście lat młodszy od Rotha, który jedenaście lat rozwijał swoje talenty w grupie Jag Panzer (1997- 2008), aby na kolejnych sześć lat zasilić personalnie skład Megadeth. Wartym wzmianki jest doskonałe wykształcenie muzyczne Brodericka, który jest absolwentem University of Denver oraz Lamont School of Music w klasie gitary klasycznej. I tak też panowie podzielili się obowiązkami instrumentalnymi w kompozycji „Magic Woman”, Roth dokłada decybeli elektryczną mocą swojej gitary, a Broderick tonuje emocje i wprowadza równowagę w zakresie dynamiki partiami gitary klasycznej. Duet brzmi wyśmienicie, uzupełniając się perfekcyjnie. Oczywiście to nie jedyni „aktorzy” na scenie, bo spektrum brzmienia tworzą także smyczki, fortepian, stanowiący partnerów zarówno dla gitary klasycznej, jak też elektrycznej. I tak spokojnie, łagodnie płyną kolejne sekundy, w czasie których raz bywa bardziej symfonicznie, innym razem rockowo. Jest wspaniale, klimatycznie, zachwycają fragmenty, gdy akustyka i elektryka gitary podążają własnymi ścieżkami, ale też takie, w których obie gitary kreują wspólnie dzieło, dbając o nieziemską melodykę. Ten utwór gwarantuje siedem minut podniosłych przeżyć i wzruszeń. Następny akapit to cover klasyka Boba Dylana, wzorzec współczesnej pieśni protestu „Blowin’ In The Wind”, utwór ważny dla ogólnoświatowej kultury od ponad pół wieku. Skąd taki wybór Jasona Beckera? Odpowiedź jest dosyć prosta, Becker stwierdził w jednym z wywiadów, że od zawsze jest fanem twórczości amerykańskiego barda, w zasadzie to jego dokonania artystyczne oraz osobowość stały się dla Beckera impulsem, który wyzwolił pragnienie bycia muzykiem. Naturalnie to jedna z wielu interpretacji tej pieśni, a o stworzenie jej  wersji Jason poprosił swojego przyjaciela Gary’ego Rosenberga, równie wielkiego fana dorobku Dylana. I tym sposobem ta subtelna ballada znalazła się w repertuarze tego albumu. Po wysłuchaniu można mieć odczucia ambiwalentne, z jednej strony wewnętrzną sprzeczność wywołuje obecność tego stricte politycznego songu, jego wymowy i siły rażenia, ale w hipisowskich czasach, w których powstał, z drugiej zaś strony trudno odmawiać autorowi tego zestawienia utworów, Jasonowi Beckerowi prawa do indywidualnego wyboru cząstki z dziedzictwa światowego guru sztuki muzycznej, ballady, która była w jego życiu czymś znacznie więcej niż tylko zwykłą piosenką. Jako komentarz zacytuję fragment wypowiedzi Beckera udzielonej na łamach czasopisma „Metal Nexus”:    „Gary (Rosenberg) and I are huge Bob Dylan fans. Dylan is the person who made me want to become a musician, along with my dad and uncle. His music is so deep and beautiful to me in every way. Dylan’s songs are just timeless”. Po tym gitarowo- akustycznym standardzie dotarliśmy w repertuarze do rozdziału muzycznego firmowanego nazwiskami czterech znakomitych gitarzystów, spośród których Joe Satrianiego i „purpurowego” Steve’a Morse’a przedstawiać nie trzeba. Ten trzeci to być może mniej medialnie znany Guthrie Govan, grający rock progresywny i jazz gitarzysta znany ze składu powszechnie lubianego zespołu Asia, gdzie wraz z Wettonem grał w latach 2001- 2006, potem zamienił ekipę na jazzrockowe trio The Aristocrats. Współpracuje także ze Stevenem Wilsonem, oraz udziela się zawodowo jako wykładowca w British And Irish Modern Music Institute. Niespodzianką jest obecność w tym męskim towarzystwie pięknej kobiety, bo taką jest Chorwatka Aleks Sever, wychowana w Niemczech gitarzystka, posiadająca na swoim koncie osiągnięć artystycznych dwa solowe, pełnowymiarowe albumy. Na pewno nazwisko anonimowe, ale według fachowców talent i umiejętności bliskie mistrzom. Pomimo aż czterech fachowców od gitary w utworze „River of Longing” nie ma ekstremalnego wymiatania, raczej piękny, spokojny, bujający, elektryczny blues, o wciągającej melodii. Co ja tu będę pisał! Czy po wysłuchaniu tych sześciu minut solowych występów są jakieś pytania? Nie ma? Zamurowało? Tak się spodziewałem. Słowa są w tym przypadku zbędne, niech przemówi muzyka. Przy pozycji numer 9, kawałek dalej, mamy inną wersję tego samego tytułu, na gitarze sam Yesowski mistrz Trevor Rabin, który przygotował kompletnie inną interpretację na  gitarę akustyczną, muzykolodzy podpowiadają, że z wykorzystaniem rurki slide, oraz daje pokaz swojego kunsztu e- gitarzysty. A chwilami dzieli przestrzeń dźwięków między innymi z fortepianem, a anielski chórek prowadzi uduchowioną, podniosłą wokalizę.  Czy określenie magia to przesada? Zapewne nie! Za moment zabraknie atrybutów, pozwalających na wyróżnienie jakości nagrań, a tutaj na naszej drodze „Valley Of Fire”. Oj, gitarowego ognia co niemiara, iskry sypią się w każdej sekundzie, ale dziwić się trudno, bacząc na skład wykonawców, czyli The Magnificent 13. Nie zawsze wielcy muzycy, wirtuozi potrafią zagrać tak genialnie, jak spodziewają się i oczekują słuchacze, bo same nazwiska nie grają. A jak prześledzimy 13 nazwisk gitarzystów tworzących skład Magnificent 13, to dosłownie usiądziemy z wrażenia. Vai, Bonamasaa, Howe, Gilbert, Eklund, Satriani i kilku następnych, którym od lat gitara służy do przekazywania emocji, stworzyli spektakl, po którym trudno powrócić do stanu równowagi. Główny architekt projektu „Triumphant Hearts” nazwał ich „Trzynastką wspaniałych”, nawiązując tym samym do słynnego westernu z klasyki sztuki filmowej, zresztą w trakcie kolejno pojawiających się, zjawiskowych jak zorza polarna partii gitarowych, do naszych uszu docierają także „odłamki” dźwiękowe z westernu, którym jako gatunkiem filmowym pasjonuje się Jason Becker. Ponad dziewięć magicznych minut wspaniałego kunsztu udowadnia, że gitara czy to akustyczna, tutaj w mniejszości, czy też elektryczna, w dobrych rękach potrafi zaczarować każdego słuchacza, wzruszyć, pobudzić i zniewolić krótkimi, zwięzłymi  partiami, opartymi na wyrazistym motywie melodycznym. Każdy z tych wielkich twórców rockowego świata tworzy poezję, tylko nie słowem a dźwiękami  pisaną, bywa lirycznie, romantycznie, melancholijnie, a te nastroje udzielają się odbiorcom, pozwalając dotknąć własnymi uczuciami te wielobarwne, pastelowe obrazy z galerii mistrzów. Sądzę, że ten trochę egzaltowany ton, zachwyt, epatowanie wielkimi emocjami ma swoje usprawiedliwienie, o czym każdy może się osobiście przekonać, wysłuchując z uwagą perełki „Valley Of Fire”. A po wersji „River Of Longing”, której autorem jest Trevor Rabin, o czym było już powyżej, swoją hard rockową moc, rytmiczny i energetyczny potencjał demonstruje „Taking Me Back”. W kierunku blues rocka podąża „Tell Me No Lies”, z motoryką perkusji i nieco przesterowaną gitarą. Te dwa ostatnie kawałki nigdy do tej pory nie znalazły się na żadnym nośniku, a pochodzą z jednej z ostatnich sesji Jasona Beckera.
         
Dawno nie słyszałem muzyki osadzonej w klasycznych rockowych ramach, która miałaby taką siłę oddziaływania. Dawno nie słyszałem tak wielu artystów z najwyższej półki zjednoczonych w jednym artystycznym przedsięwzięciu. Dawno nie słyszałem tylu indywidualistów o rozbudzonym przez lata sukcesów ego zintegrowanych wokół realizacji wspólnej idei. Dawno nie słyszałem tylu emocji, spontaniczności, uczuć płynących z „Triumfujących Serc”. Takie i inne przeżycia gwarantuje album „Triumphant Hearts” z muzyką stworzoną przez przyjaciół i dla przyjaciół, których przekonał do współpracy skromny architekt, którego siła woli, konsekwencja i upór  pozwoliły wznieść tę budowlę, Jason Becker.
(5,5/6)
Włodek Kucharek
     
PS. Te minus pół punktu w ocenie, to za niezbyt udany, trochę psujący nastrój  i chyba niepotrzebny „Hold On To Love” (13, czyżby pechowa?, na wykazie nagrań).

132_deathangel_158x600px_eu.gif 131_sabaton_158x600px_eu.gif 120_baner.gif

Goście

2230906
DzisiajDzisiaj512
WczorajWczoraj3495
Ten tydzieńTen tydzień512
Ten miesiącTen miesiąc74015
WszystkieWszystkie2230906
3.84.139.101