Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

lion shepherd plakat m 

wehrmacht plakat m

destroyers plakat m

organek baner m

queensryche plakat m

wacken2019

black silesia open air festival iv m

prog in park iii m

ram plakatx m

psychotic waltz plakatx m

protector plakat m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

AMAROK - The Storm

 

(2019 Self-Released)
Autor: Włodek Kucharek
 
amarok-thestorm s
Tracklist:
1.Warm Coexistence (7:28)
2. Dark Mode (5:10)
3. Natural Affinity (11:04)
4. All the Struggles (7:30)
5. Uplifting (10:42)
6. Subconsciousness (3:18)
7. Facing the Truth (The Grand Finale) (3:18)
8. The Song of All Those Distant (5:04)
9. The Storm (4:35)
        
Lineup:
Michał Wojtas (wokal/ gitara elektryczna/ efekt gitarowy e-bow/ gitara akustyczna/ gitara klasyczna/ syntezator gitarowy/ fortepian/ instr. klawiszowe/ sample/ theremin/ kankles (litewski instr. smyczkowy)/ perkusja elektroniczna/ perkusja/ bębny ramowe
Marta Wojtas (Tracks 6,8,9) (instr. perkusyjne/ bęben ramowy/ storm drum)
Paweł Kowalski (Tracks 8,9) (bębny akustyczne)
Konrad Pajek (Tracks 8,9) (wokal)
Sebastian Wielądek (Track 2) (duduk ormiański)
                    
Przede mną trudne zadanie, podzielenia się z Państwem kilkoma uwagami na temat prawdziwego dzieła muzycznego. Kiedyś na antenie PR rockowy guru Piotr Kaczkowski w jednej ze swoich audycji wypowiedział takie oto słowa: „Świat bez muzyki byłby monofoniczny, a tak jest wielowymiarowy”. Niestety pamięć ludzka jest zawodna, dlatego nie potrafię sobie przypomnieć, w jakim kontekście Mistrz użył tego sformułowania. Ale wiem jedno, że gdy tylko usłyszałem pierwszy raz w całości materiał zarejestrowany na płycie „The Storm” projektu Michała Wojtasa Amarok, to od razu do mojej głowy „zapukało” zacytowane porównanie, jakże trafnie oddające istotę dziewięciu kompozycji wykreowanych i wykonanych przez Autora i Przyjaciół. Właściwie zakładając słuchawki, bo ja stary przyjaciel rocka jestem okropnym tradycjonalistą, który uważa, że dzięki temu urządzeniu dobrej jakości muzyka pojawia się blisko mnie, wręcz na wyciągnięcie ręki, a ja potrafię (?) docenić i wychwycić, przynajmniej tak mi się wydaje, wiele niuansów często zmyślnie ukrytych wśród plejady dźwięków, już od pierwszej sekundy wiedziałem, że ta przestrzenna muzyka zawładnie moim umysłem na dłuuugi czas, zawierając ze mną przyjacielski układ, w ramach którego ja oddaję swój czas, wrażliwość i wyobraźnię, a zebrane, przebogate sekwencje dźwięków  sukcesywnie odsłaniają przed mną swoje tajemnice. Nie powiem, po kilku tygodniach przebywania  z tą sztuką muzyczną najwyższych lotów „face to face” jestem bardzo zadowolony z zawartego „kontraktu”. Nie jest to spisany pakt Fausta z diabłem, bardziej przyjacielska i partnerska umowa, muzyka roztacza przede mną wielobarwne pejzaże a ja się jej poddaję, podziwiając ich piękno. Recenzji tego zjawiska fonograficznego, jakim jest „The Storm”, zaraz po publikacji longplaya pojawiło się co niemiara, więc trudno dzisiaj z perspektywy czasu odkryć w wielu punktach treści muzycznej Amerykę, bardziej powtórzyć pewne informacje, które zaistniały w przestrzeni medialnej. Ale w związku z edycją tego wydawnictwa istnieje pewien kanon informacyjny, bez znajomości którego nasza wiedza na temat zawartości „The Storm” zyskuje odpowiedni szlif. Dlatego przytoczę kilka wieści stanowiących filary historii powstania „The Storm”. Po pierwsze muzyka z tego albumu posiada niejako dwa oblicza, samodzielnego bytu muzycznego i tak zapewne będą ją traktować zwykli słuchacze, łącznie z niżej podpisanym, oraz istnienia w innym wymiarze jako komponent spektaklu tanecznego autorstwa brytyjskiego choreografa tańca współczesnego Jamesa Wiltona. Nie wiem, ilu szczęśliwców otrzyma okazję przeżycia konfrontacji dwóch żwywiołów, tańca i muzycznych ilustracji sygnowanych logo Amarok. Premiera widowiska „The Storm” miała miejsce jesienią 2018 w Wielkiej Brytanii, w naszym kraju prezentacja odbędzie się już niebawem, bo pod koniec  czerwca 2019 w Teatrze ROZBARK w Bytomiu, w ramach Międzynarodowego Festiwalu Teatru Tańca i Ruchu ROZBARK in Motion. Jak potoczą się dalsze losy tego przedsięwzięcia trudno przewidzieć.  Po drugie, intrygujący jest fakt, jak przypadek doprowadził do połączenia sił dwóch-  myślę, że takie określenie nie będzie nadużyciem- wizjonerów, czyli Michała Wojtasa oraz Jamesa Wiltona. Przyznam bez bicia, że twórczością Amarok zainteresowałem się już przed laty , gdy debiut grupy znalazł się w dystrybucji krakowskiego labelu Lynx Music, a miało to miejsce gdzieś na przełomie 2013/ 2014. To właśnie wtedy dowiedziałem się, że debiutancki materiał ma już lat kilkanaście, ale spoczywał gdzieś w prywatnych szufladach Michała Wojtasa. Naturalną koleją rzeczy, także ze sporym opóźnieniem  poznałem następne płyty projektu i gdy po dłuższej przerwie ukazał się „Hunt” byłem już w pewnym sensie przygotowany na odbiór tej muzy. Chociaż przygotowanie w tym przypadku to dosyć względne pojęcie, bo kompozycje  zapisane na dysku „Hunt” wykazywały znaczące różnice w porównaniu do wcześniejszych nagrań, a więc zaskoczony nie byłem , ale elementu niespodzianki nie dało się wykluczyć. Każdy , kto zada sobie trud posłuchania muzyki na płytach Amarok z przebiegu całej dotychczasowej kariery, doskonale będzie wiedział , o czym w tym punkcie mowa.  Po trzecie intryguje zapewne pytanie, jak Panowie „W” trafili na siebie w artystycznym uniwersum, czyli w jaki sposob „Wilton meets Wojtas”. Przyznam, że nie byłbym takim mądralą w tej kwestii, gdybym nie  miał okazji przeczytać odpowiedzi samego zainteresowanego czyli Michała Wojtasa, udzielonej w wywiadzie dla HMP, z której wynika, że zarysy ram współpracy narodziły się w trakcie rozmowy artystów po premierze przedstawienia zespołu tanecznego Jamesa Wiltona „Hold On'” w Niemczech, w Münster Theater  w roku 2018. Od tego momentu powstała idea  zjednoczenia sił polskiego muzyka i brytyjskiego  choreografa, a wspólne pomysły zrealizowano sprawnie i szybko tworząc spektakl „The Storm”. Należy przy tym pamiętać, że muzyka nie jest w tym przypadku „podwładną” układów tanecznych, ma ona charakter całkowicie autonomiczny, czyli gdy wyłączymy stronę wizualną , to album„The Storm”  nie traci nic ze swojego blasku, pozostając, nie licząc dwóch ostatnich utworów, różnorodnym zbiorem czysto instrumentalnych utworów, zbliżonych do koncepcji, stanowiących rdzeń tworczości słynnych artystów Mike'a Oldfielda, Jean Michela Jarre'a, Tangerine Dream, nawet zaryzykowałbym porównanie do japońskiego twórcy Kitaro, czy niektórych składników  twórczości Vangelisa.  I w tym miejscu chciałbym natychmiast rozwiać ewentualne wątpliwości pisząc , że mam na myśli wyłącznie inspiracje, które sam „wygrzebałem” ze swojej wiedzy muzycznej, ponieważ całość muzyki „The Storm” jest dziełem suwerennym, o własnej tożsamości artystycznej i nie ma mowy o naśladowaniu  któregokolwiek z wymienionych artystów.  Po czwarte, dech zapiera biegłość Michała Wojtasa , operującego swobodnie całą baterią instrumentów, także tych rockowo nieoczywistych, których charakterystyka brzmienia pozwala na kreowanie niepowtarzalnych klimatów, wciągających swoją nastrojowością. A Amarok nie tkwi w jednym miejscu, jego brzmienie ewoluuje, także dzięki wykorzystaniu instrumentarium z różnych, często egzotycznych kręgów kulturowych. W głowie takie laika jak ja rodzi się podziw dla wykonawcy, który te wszystkie niuanse, detale potrafi ogarnąć, który dysponuje całym katalogiem umiejętności, żeby profesjonalnie grać na tych instrumentach, które generują tony  tworzące zachwycającą różnorodność. Znalezienie wyjaśnienia tego zjawiska multiinstrumentalisty nie nastręcza jednak kłopotów, bo wystarczy „rzucić okiem” na biografię głównego bohatera tego tekstu, by dojść  do wniosku, że osiągnął takie efekty łącząc talent, wytrwałość i mozolną pracę. Bo już w podstawówce poznawał tajniki gry na fortepianie. To wtedy za pośrednictwem kasety magnetofonowej pojawiły się inspiracje klasycznymi kompozycjami  Jean Michela Jarre'a, a obok fortepianu zagościła gitara klasyczna. Dalsze losy edukacji Michała Wojtasa były logiczną konsekwencją  zdarzeń z lat szczenięcych, czyli podziw dla sztuki instrumentalnej Mike'a Oldfielda, nauka technik gry na bębnach etnicznych, gitara elektryczna, Pink Floyd, sztuka aranżacji, komponowanie, aż do pierwszego longplaya z roku 2001 zatytułowanego  „Amarok” a wydanego pod egidą Ars Mundi. Poszerzanie instrumentarium stało się wyrazem coraz to nowych fascynacji, otwartością na inne, także pozaeuropejskie wpływy kulturowe. Rezultatem takiego postępowania jest obecność w spektrum instrumentalnym takich egzotycznych przedstawicieli jak theremin, darbuk, duduk, kankle. I nie jest to obecność epizodyczna. Nie będę udawał, że w tej całej powodzi dźwięków potrafię wyłowić  i bez pudła precyzyjnie zdefiniować brzmienie partii wymienionych instrumentów, ale słuchając każdego takiego fragmentu jesteśmy w stanie dojść do wniosku, że „sprawcą” tej egzotyki są niekonwencjonalni reprezentanci w zestawie instrumentarium. Naturalnie, wiem jakie „odgłosy” wydaje theremin czy duduk, bo każdy może to sprawdzić w sieci, a ponieważ wydają one tak specyficzne „głosy”, nasz wewnętrzny GPS namierza je bez kłopotu. Zresztą na przykład duduk od dosyć dawna przestał budzić ekscytację swoim ormiańskim pochodzeniem i barwą brzmienia, gdyż wykorzystano go w ścieżkach dźwiękowych wielu mniej lub bardziej znanych filmów („Gladiator”, „Pasja”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa” czy „Król Artur”). Aby nie ciągnąć tego wątku, chciałbym tylko podkreślić, że brzmieniowe ozdoby wydatnie uszlachetniają piękno muzyki, stanowią oryginalny i efektowny pierwiastek muzycznego image albumu „The Storm”. Muzyka zebrana na dysku „The Storm” posiada też niebagatelny wymiar emocjonalny, tryska wręcz emocjonalnością, zresztą potwierdzeniem tej tezy są słowa autora zamieszczone w jednym z wywiadów :”Album odnosi się do wewnętrznych bitew, które wszyscy staczamy, od mrocznych uczuć, które przeżywamy wewnętrznie, okazujemy zewnętrznie”. Takie „bitwy” toczą wszyscy ludzie na każdym etapie swojego życia, więc choćby w tej kwestii muzyka z tej płyty jest niezwykle uniwersalna. A emocje i o tym wie zapewne każdy, wyróżniają się odcieniami, od tych słonecznych barw radości czy entuzjazmu po mroki tragedii czy chwil głębokiego smutku. A przecież w przestrzeni pomiędzy skrajami tego bogatego świata znajduje się mnóstwo miejsca na uczucia pośrednie, bardzo indywidualne, osobiste, intymne, bo w tym akurat wypadku nie istnieje wzorzec metra z Sevres, który unifikuje nasze, zwykłe, ludzkie, codzienne zachowania  „podlane” zawsze gęstym emocjonalnym „sosem”. I taka jest muzyka Amaroka, uderza, przedziera się już przy pierwszym przesłuchaniu  wprost do naszych umysłów, „atakuje” estetykę, wywołuje wzruszenie, ale na drugim swoim biegunie staje się impulsem niepokoju, krótkotrwałego smutku. Być może ten właśnie czynnik emocjonalności to powód, dla którego James Wilton Dance postanowił zintegrować swoje układy taneczne z muzyką rockową, choć ten ostatni atrybut „rockowy” stawiam z pewnym drżeniem palców na klawiaturze komputera. Gdy zaczniemy się zastanawiać nad istotą muzyki Amarok w zestawieniu z najważniejszymi elementami choreografii i tańca współczesnego, zrozumiemy, że oczekiwania artystów rockowych, twórców muzyki spotkały się w idealnym punkcie z oczekiwaniami kreatorów tańca. Bo taniec współczesny odwołuje się do idei baletu, ale jest z nim powiązany w luźny sposób, a w szczególności kładzie nacisk na pokazanie emocji tancerza, opowiadając poprzez taniec pewną historię. Muzyka „The Storm” przez swoją wielowymiarowość, wszechstronność formy pomaga wyrazić brak ograniczeń w kreowaniu ruchu, pozwalając na pewną dowolność. Interpretacyjną. Na taką samą swobodę interpretacji pozwalają utwory zawarte na longplayu „The Storm” każdemu słuchaczowi, w umyśle którego pod wpływem silnych impulsów dźwiękowych tworzą się różnorodne obrazy malowane „pędzlem zmysłów”. To kolejna siła przekonywania muzyki traktowanej w oderwaniu od tańca, bo przecież znacząca większość odbiorców nigdy nie będzie miała okazji konfrontacji muzycznych opowieści Michała Wojtasa z historiami opowiedzianymi ruchem przez tancerzy zespołu Jamesa Wiltona. Poniżej postaram się sformulować kilka luźnych uwag odnoszących się do samej muzyki, odrzucając sugestie interpretacyjne, bo jak już napisałem, to zadanie wykona każdy słuchacz w odosobnieniu. 
-Każdy utwór sprawia wrażenie zamkniętej całości, dlatego wydaje mi się , że ich kolejność na płycie ma znaczenie marginalne, stąd możliwe staje się słuchanie tej muzyki bez zachowania jej ciągłości, robiąc sobie przerwy. Oczywiście zaraz rodzi się pytanie o sens takiego postępowania, który dostrzegam w jednej kwestii. Muzyka „The Storm'” wymaga bezwzględnej koncentracji, a siła nacierających wrażeń estetycznych jest tak duża, że pod ich wpływem poczujemy w pewnym momencie zwykłe zmęczenie czy znużenie intensywnością przekazu. Łatwo wtedy zgubić pewne wątki, zignorować szczegóły, które pasują idealnie do mozaiki dźwięków.
-Imponująca jest umiejętność płynnego przekraczania   granic stylistycznych, wytyczonych wprawdzie według pewnych zasad umowności, ale posiadających swoje autonomiczne cechy. Ambientowa, rozległa  przestrzeń inaugurującej program kompozycji „Warm Coexistence” nie wyklucza Oldfieldowej gitary w części drugiej utworu. Początkowo wnętrze wypełniają luźno powiązane plamy dźwiękowe kojarzące mi się z falami powstającymi po wrzuceniu kamyka do spokojnej wody. Tutaj rolę wody przejmuje elektronika tworząca powierzchnię warstwy brzmieniowej, rozpraszaną systematycznie „kamykiem” czyli motorycznym, elektronicznym  efektem perkusyjnym. Te umowne „fale” płyną w równych odstępach, dosyć jednostajnie, przybierając kształt krótkiej frazy melodycznej, która przy każdej repetycji jest minimalnie wzbogacana i modyfikowania, zyskuje na coraz większej intensywności, ustępując w końcu miejsca najpierw delikatnym uderzeniom w klawiaturę fortepianu, a za chwilę klimatycznej, kapitalnej, subtelnej partii gitary, która nawiązuje do najpiękniejszych partii solowych wielkich romantyków poruszających elektryczne struny w rockowej progresji. Ustawicznie „podbijane” jest także tempo, wyrazistość rytmu, obecność coraz to nowych komponentów elektronicznych, „ubogacających” tkankę brzmieniową, aż do finałowej, raźno pomykającej sekwencji, po której słuchacz dostaje odrobinę czasu, żeby osowić się ze spowijającą świat ciszą. Piękny, nastrojowy fragment albumu, niejako zapowiedź doznań zmysłowych, które pobudzą naszą wrażliwość przez kilkadziesiąt następnych minut. Na zakończenie tego akapitu tekstu chciałbym wystosować przeprosiny pod adresem wszystkich tych, którzy sięgną po lekturę niniejszej recenzji, przeprosiny za moje zachowanie laboranta, który z uporem maniaka rozbiera utwór, posługując się swoją amatorską wiedzą, na czynniki pierwsze. Sam nie lubię tego rodzaju podejścia do muzycznej materii, ale tym razem czuję się usprawiedliwiony, gdyż moją przesłanką było wyraziste zarysowanie charakteru samej muzyki, jej wielowymiarowości, zwrócenie uwagi na pewne aspekty brzmienia, melodyki, rytmiki, które mogą wpłynąć na odbiór całości. Uprzedzam także, żeby do moich słów nabrać dystansu, gdyż jak już wyżej wzmiankowałem, muzyka „The Storm” pozostawia każdemu bardzo dużo miejsca na własne interpretacje, pozwala na indywidualne jej rozumienie duszą i sercem, celem sformułowania autorskiego poglądu na jej wartość.
-Jako się rzekło, kolejne spostrzeżenia będą miały charakter bardziej ogólnikowy, bez, zdaję sobie doskonale sprawę, że nieudolnego,   rozbierania kompozycji na puzzle i puzzelki. Następny akapit zyskał tytuł „Dark Mode” i stanowi doskonały przykład stylistycznej zmiany profilu albumu, nie zmieniła się tylko ilustracyjność muzyki. Z ambientowo- progrockowej krainy poprzednika wkraczamy na pole egzotyki, którą w nostalgicznej linii melodycznej prezentuje duduk ormiański. W tym przypadku elektronika stanowi tło, buduje częściowo mroczny klimat, tajemniczą nastrojowość, natomiast Sebastian Wielądek, wykonawca hipnotycznej partii duduka, zabiera nas do krainy folku, w ostępy marzeń i wyobraźni, których oczy nie widzą, ale dusza czuje. Ten kawałek to swoista medytacja.
-”Natural Affinity” ma na wstępie jednego bohatera, „przewodnika”, mianowicie pianino elektryczne, emitujące  plamy dźwięku na syntezatorowym, minimalistycznym brzmieniowo tle.  Później dochodzi gitara kreśląca figury o rozmytym kształcie na rozciagniętej na drugim planie „sztaludze” pulsującej klawiszowym soundem. Ten rytmiczny  puls staje się coraz bardziej wyrazisty i dynamiczny, pozwalając gitarze na specyficzne strunowe, rzewne, „zaśpiewy”. W połowie kompozycji na scenie ponownie pozostaje e-piano ze swoim melancholijnym, zwartym  monologiem, by za sekund kilkanaście oddać przestrzeń pod władanie efektowi e-bow z dźwiękiem o niekończącym się trwaniu. Im bliżej finału tej ponad 10- minutowej impresji, tym więcej niespodzianek z gitarą i fortepianem w rolach głównych. Brzmieniowa intensywność przekazu oscyluje od ostrości i rytmicznej agresji po łagodzące atmosferę powiewy. Różnorodność dźwiękowych odcieni symbolizująca konfrontację świadomie różnych wymiarów brzmienia buduje klimat niepokoju i pewnej tajemniczości, zagadkowości.
-”All The Struggles”, ten fragment longplaya „The Storm” brzmi -przynajmniej ja mam takie skojarzenie- tak, jakby artysta malarz realizując swoją wizję artystyczną, wykonał, wypełniając przestrzeń na płótnie,  pociągnięcia pędzlem, pozostawiając różnokolorowe smugi  ożywiające obraz. Rozproszone dźwięki, rozmyte kształty, jednorodne brzmienie klawiszy w tle stanowią właśnie to malarskie „płótno”, na którym gitara slide pozostawia te „smugi” ,czyli przestery, echa, szumy. Intrygujący obraz!
-”Uplifting”, zwraca w nim uwagę kilka elementów. Po pierwsze, atmosfera ulega wraz z upływem tych blisko 11 minut radykalnemu przeobrażeniu, od spokojnego, leniwego, wyważonego nastroju po żywioł, ciemność i mrok z instrumentalnym udziałem pianina, smyczków, bębnów i gitary. Po drugie, narastająca kompensacja mocy, dynamiki, w prologu wybuch, eksplozja, podkreślone szaleństwem bębnów, w epilogu oszczędność brzmienia, wręcz asceza instrumentalna, spokój i programowa monotonia, a w finale „odcięcie” energii, „pogrążające” partie instrumentalne w głębokiej „studni” ciszy, wypełnionej echem i pogłosami.  Po trzecie, prawie przez cały utwór towarzyszą słuchaczowi główny temat melodyczny, pulsowanie rytmu oraz liczne samplowane detale.
-”Subconsciousness”, w otoczeniu bardzo złożonych struktur, czasowo rozbudowanych, to wręcz miniatura. Wyróżnia się na tle innych dosyć skromną instrumentacją, gitary klasycznej i bębnów prowadzących rytm, także pogodnym nastrojem. Jednym słowem, śliczny pejzaż.
-Instrumentalny rozdział albumu, złożony w sumie z siedmiu aktów, zamyka „Wielki finał”, blisko 20- minutowa kompozycja „”Facing The Truth”, stanowiąca punkt kulminacyjny całego dzieła. Mnogość zastosowanych składników instrumentarium poraża. Każdy z nich wpływa w mniejszym lub większym stopniu na globalny kształt brzmienia, w którym znaczącą funkcję pełnią również sample plus multum dodatkowych efektów. Obok gitarowych pogłosów, perkusyjnych i naturalnych odgłosów „pożyczonych” jakby z katalogu musique concrete, a na ścieżkach dźwiękowych utworu części finałowej spotykamy także głosy w formie wokalizy. Utwór zawiera kilka punktów zwrotnych, zarówno w zakresie podziałów rytmicznych, jak też partii instrumentalnych, w ciągłym rozwoju znajduje się także motyw melodyczny, poddawany delikatnym modyfikacjom, także urozmaiceniu ulegają tempa, ewoluując od adagio, przez moderato do allegro. Zdumiewa gęstość nakładanych partii perkusyjnych,  wyrazisty riff gitarowy, różne odcienie nastrojowości. A gdy utwór dobiega kresu, wyciszeniu ulegają wszystkie dialogi instrumentalne, przestrzeń wypełnia  na kilkadziesiąt sekund wokaliza wywołująca w tej scenerii  dreszcze, sorry, ale ja mam skojarzenia z tym, co potrafi magicznego czynić z ludzkim głosem wielka czarodziejka wokalistyki, Lisa Gerrard.
-I w tym miejscu przebiega granica w programie albumu pomiędzy muzyką bez słów a częścią wokalną, złożoną z dwóch songów, „The Song Of All Those Distant” i tytułowego „The Storm”. Powiedzieć o tych dwóch fragmentach w kontekście piosenek, byłoby dla muzyki Amarok deprecjonujące, chociaż nie ulega wątpliwości, że te dwie kompozycje najbardziej zbliżają się stylistycznie do gatunku zwanego rockiem. W każdym z utworów słyszymy klasyczną melodię, na fundamencie tradycyjnego podkładu rytmicznego, ale mariaż elektroniki, rockowych gitar, akustyki i elektryki czyni różnicę. Także w zakresie odcieni nastrojowości utwory fascynują bogactwem. A dodatkowo w „The Storm” niepoślednią rolę odgrywają partie smyczkowe. Znalazło się także miejsce na solo gitarowe, na obecność thereminu, czy litewskich kankli ludowych.
Amarok zrobił albumem „The Storm” wielki krok w kierunku wytyczania rzadkich w rocku terenów muzycznej eksploracji, koncentrując się tym razem na teatralności oraz sztuce tańca współczesnego i nie traktując zarejestrowanej muzyki w kategoriach bonusa czy „produktu ubocznego”. Dla mnie najważniejszym pozostaje jednak fakt, że muzyka płyty „The Storm” doskonale funkcjonuje niejako w dwóch wymiarach, jako materia ściśle powiązana z widowiskiem tanecznym, oraz jako muzyczne dzieło przemawiające wyłącznie do uszu słuchacza, pobudzające zmysł słuchu, zmuszające różnorodnością  do percepcji tego przebogatego zbioru dźwięków. Teoretyzując można chyba powiedzieć, że zupełnie inaczej odbierzemy muzykę współegzystującą z tańcem, a jeszcze inaczej zadziała ludzka wyobraźnia, gdy jedynym źródłem dla percepcji stanie się emisja dźwięków. Analizując longplay „The Storm” w pierwszej linii jako wydawnictwo fonograficzne,  otrzymujemy świetny przykład sztuki muzycznej najwyższych lotów. Jest to sztuka wymagająca dla słuchacza, daleka od tanich gustów i plastikowej konfekcji wszechobecnej we współczesnych mediach. To muzyka duszy i serca, muzyka romantycznego wieczoru, muzyka intymności i refleksji. Jej odbiór zależy wyłącznie od nas, także ocena jakości to sprawa czysto subiektywna. Mnie ujęło piękno tych dziewięciu kompozycji, chwilami skromność przekazu, a czasami majestat i podniosłość, cała paleta nastrojowości, potencjał emocji w niej zawartych, dlatego nie waham się z oceną, która może być tylko jedna.
(6/6)
Włodek Kucharek

131_sabaton_158x600px_eu.gif 132_deathangel_158x600px_eu.gif

Goście

2210190
DzisiajDzisiaj351
WczorajWczoraj3359
Ten tydzieńTen tydzień3710
Ten miesiącTen miesiąc53299
WszystkieWszystkie2210190
54.92.148.165