Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

lion shepherd plakat m 

queensryche plakat m

retrospective trasa pl m

ram plakatx m

psychotic waltz plakatx m

protector plakat m

mortis plakat m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

hammerfall posterb1 m

PATTERN-SEEKING ANIMALS - Pattern-Seeking Animals

 

(2019 InsideOut Music)
Autor: Włodek Kucharek
 
pattern seeking animals pattern seeking animals s
Tracklist:
1.No Burden Left To Carry (09:38)
2. The Same Mistakes Again (05:10)
3. Orphans Of The Universe (10:28)
4. No One Ever Died And Made Me King (03:54)
5. Fall Away (04:47)
6. These Are My Things (04:52)
7. We Write The Ghost Stories (03:22)
8. No Land's Man (05:35)
9. Stars Along The Way (10:20)
                       
Lineup:
Ted Leonard (wokal/ gitary)
Dave Meros (bas)
Jimmy Keegan (perkusja/ wokal)
John Boegehold (instr. klawiszowe)
                      
Poszukując genezy debiutanckiego projektu Pattern - Seeking Animals sięgnąć należy do pokrytych kurzem archiwów rocka progresywnego i odnaleźć teczkę z etykietą „Spock's Beard”, bo to w tym kalifornijskim zespole terminowała cała czwórka muzyków tworzących skład nowej formacji. Trzech z nich także współcześnie ma decydujący głos w kwestiach artystycznych wymienionego bandu. Każdy z nich dysponuje pokaźnym bagażem doświadczeń, a basista Dave Meros należy do grona współtwórców fonograficznego dorobku Spock's Beard, projektu braci Alana i Neala Morse, grając w nim od momentu wydania pierwszego albumu, czyli płyty „The Light” z roku 1995. Pomijając wiele szczegółów artystycznej biografii Merosa, wspomnę tylko o kilkuletnim „epizodzie”, już w nowym millenium, aktywności w składzie rockowej legendy Iron Butterfly. Także pozostali członkowie kwartetu Pattern - Seeking Animals sroce spod ogona nie wypadli i mogą pochwalić się kilkoma znaczącymi wydarzeniami ze swojego artystycznego CV.  Wynikająca z tego dojrzałość i w dobrze pojętym sensie, rutyna, miały istotny wpływ na założenia programowe nowego rockowego bytu, które zostały przedstawione w jednym z wywiadów,w skondensowanej formie przez Johna Boegeholda, który tak je sformułował: „Moim celem było stworzenie muzyki progresywnej i wyrafinowanej, nie zaniedbując jednocześnie jej melodyjności i chwytliwości. Obojętnie, czy utwór trwa cztery czy dziesięć minut.” Jak powiedzieli, tak zrobili. Należy przyznać, że zasadniczym elementem repertuaru, który „rzuca się w uszy” od pierwszych taktów, są tematy melodyczne, pojawiające się w miarę rozwoju kompozycji, zarówno tych krótszych, jak też bardziej czasowo i formalnie rozbudowanych. Naturalnie, indywidualne umiejętności instrumentalne oraz długoletnia działalność na polu prog rocka spowodowały, że do muzyki „przemycono” niektóre składniki stylistyczne tego gatunku, słyszalne głównie w tych złożonych, wielowątkowych rozdziałach albumu. Całości nagranego materiału, trwającego blisko godzinę, słucha się lekko i przyjemnie, brzmienie jest klarowne i selektywne, dosyć „miękkie” i łagodne, partie instrumentalne nastawione raczej na zespołowość, bez nadmiernego eksponowania popisów indywidualnych. Naturalnie, w poszczególnych kompozycjach znalazło się wystarczająco dużo przestrzeni, żeby zademonstrować biegłość techniczną muzyków, ale wszystko trzymane jest w ryzach, bez przesadyzmu i uprawiania „sztuki dla sztuki”. Sądzę, że każdy sympatyk Spock's Beard niejako mimowolnie dokonuje porównań. Mnie taka konfrontacja doprowadziła do wniosku, że w muzyce Spock's Beard, szczególnie w okresie po odejściu Neala Morse'a pojawiło się znacznie więcej instrumentalnej  ostrości, a zdarzały się takie akapity, w których za sprawą gitar i sekcji rytmicznej muzyka śmiało wkraczała na terytorium progresywnego metalu. Natomiast na próżno szukać takich rozwiązań na debiutanckim longplayu Pattern - Seeking Animals, który częściej zbacza ze ścieżki progrocka w kierunku soft - rocka, akcentując zamiast dynamiki i mocy, bardziej melodyjność i subtelności konstrukcji wszystkich songów. Może w tej metodzie tkwi klucz do zwycięstwa, czyli poszerzenia grona słuchaczy o tych słuchaczy lżejszego rocka, dla których instrumentalna ekwilibrystyka oraz skomplikowana zawartość struktury utworów stanowiły zaporę przed akceptacją tego stylu muzykowania. Kto wie? Pomimo faktu, że od dekad jestem przysięgłym fanem rockowej progresji, ale nie tylko, słuchanie zbioru utworów z programu Pattern - Seeking Animals sprawiło mi frajdę z estetycznej konsumpcji tej dosyć łatwej dla naszej percepcji muzy, która nie ma zapewne ambicji rewolucyjnych, bazuje na swoistej klasyczności rockowych formuł, zdefiniowanych już dawno temu przez Iana Andersona z Jethro Tull słowami: „W rocku wszystko już wymyślono, a „nowa” muzyka to tylko modyfikacja tej sprzed wielu lat”. Można się z powyższą opinią zgodzić lub nie, ale gdy dokonamy rzetelnej analizy osiągnięć na polu muzyki rockowej w ciągu ostatniego pół wieku, to trudno Andersonowi nie przyznać racji, podpierając się dziesiątkami  przykładów z historii, ale to już temat na inne „opowiadanie”. Także kompozycje kwartetu Pattern - Seeking Animals sięgają po modyfikowane patenty z dyskograficznej przeszłości bandu Spock's Beard i innych reprezentantów kierunku , wykorzystując je jako formę efektownej inspiracji. Nie należy traktować mojej subiektywnej przecież opinii w kategorii zarzutu. Na pewno nie ! Bo każdy z dziewięciu punktów programu albumu zawiera autorską pieczęć wykonawców, ich spojrzenie na progrock po innym kątem, z innym ustawieniem priorytetów, no i przede wszystkim z całą bardzo bogatą paletą talentów wykonawczych, ugruntowanych indywidualnymi doświadczeniami wynikającymi z przebiegu bogatej kariery. Bo każdy członek tego kwartetu wniósł do procesu twórczego swój autorski katalog umiejętności i kreatywności, sprzyjający powstawaniu nowych idei kompozytorskich, koncepcji w dziedzinie harmonii, instrumentacji lub nowych skojarzeń, powiązań z istniejącymi już ideami i koncepcjami w tym zakresie. Z wyjątkiem nagranych „na żywo' partii smyczkowych oraz drugoplanowych, żeńskich wokali w jednym utworze, resztę zadań wykonali perfekcyjnie muzycy firmujący swoimi nazwiskami nowy, muzyczny organizm. Centralną postacią i motorem napędowym wszelkich działań stał się, jeszcze przed inauguracją wspólnych prac, zgodnie nominowany na to stanowisko, John Boegehold, który wziął na swoją odpowiedzialność wykonanie wszystkich partii klawiszowych i syntezatorowych oraz zajął się produkcją, za którą odpowiadał jednoosobowo także w przypadku kilku ostatnich albumów Spock'a Beard. W roli gitarzysty prowadzącego i głównego wokalisty występuje Ted Leonard, który już wcześniej w swojej karierze artystycznej dostarczał argumentów, że dobrze radzi sobie z interpretacją śpiewanych tekstów i jednocześnie należy do grona niezwykle wszechstronnych „wioślarzy”. Z kolei obsada sekcji rytmicznej w osobach Dave Merosa i Jimmiego Keegana wnosi profesjonalizm oraz atrybuty, których nie można się tak po prostu nauczyć, mianowicie wzajemne zrozumienie, poparte długoletnim doświadczeniem i bogaty warsztat instrumentalny, wypracowany przez lata wspólnego grania. Obaj panowie uzupełniają także swoimi głosami partie wokalne. Zgodnie z informacjami napływającymi z „obozu” Pattern - Seeking Animals, muzykom współpracowało się od samego początku znakomicie, a na wymierne rezultaty nie trzeba było długo czekać. Po pierwsze, podstawowy materiał albumu powstał bardzo szybko, czemu sprzyjał między innymi tzw. „team spirit”. Po drugie, już na wstępnym etapie doszło do weryfikacji początkowych założeń i koncepcji, zgodnie z którymi zespół miał mieć postać wyłącznie projektu studyjnego. Okazało się , że tak wyznaczone ramy organizacyjne są zbyt wąskie i dokonując ich rekonstrukcji ustalono konieczność organizacji koncertów, żeby, jak to określił w jednym z wywiadów John Boegehold, wyjść z muzyką „do ludzi”. Po trzecie, pojawiły się już pierwsze zarysy zawartości płyty z numerem „dwa”, której edycję  zaplanowano w odstępie około roku od fonograficznego debiutu. Tak śmiała deklaracja niepozbawiona była podstaw merytorycznych, gdyż okazało się, że panowie stworzyli już znaczną część nowych kompozycji. Z tych wiarygodnych opinii wynika, że za kilkanaście miesięcy do naszych rąk dotrze nowy dysk z premierowym zestawem nagrań studyjnych. Zatem, poczekamy, zobaczymy!
                    
Wydawnictwo z tytułem zawierającym nazwę grupy startuje jednym z tych najdłuższych utworów na liście, jednocześnie skupiającym jak w soczewce liczne cechy charakterystyczne dla całego albumu, blisko 10- minutowym „No Burden Left To Carry”. Wpadający w ucho motyw melodyczny, wprowadzające nas w klimat klawisze w towarzystwie akustyki i elektryki gitary, decydujące o podziałach rytmicznych perkusja i bas, chwilami usymfonicznione brzmienie, oraz elementy muzyki chóralnej powodują, że kompozycja nabiera wymiaru epickości, przybierając kształt rockowego poematu. Muzyczna akcja toczy się  na kilku płaszczyznach, partie wielogłosowe, partie smyczkowe, o których była już w tekście mowa, gitara prowadząca Leonarda, syntezatorowe pejzaże, zmienność tempa i dynamiki, perkusja, która na kilka sekund zerwała się „ze smyczy”, żeby za moment wycofać się na peryferie brzmienia, no i na koniec wokal, który łagodnie rozpoczyna swoją opowieść po minucie z sekundami, wartościowo wspomagany z drugiego planu przez Keegana i Merosa, a harmonie wokalne tego trio przypominają odrobinę te z klasycznych albumów lat 70-tych legendy Yes. Wszystkie te komponenty jak w pigułce odzwierciedlają właściwości przebogatej palety dźwięków.  Następnie utwór rozwija się harmonijnie, przeżywając liczne zwroty akcji i zachowując się jak sinusoida na wykresie rytmu, doboru tempa, intensywności detali brzmieniowych, w części środkowej znajduje się wystarczająco przestrzeni na akcenty indywidualne, a tu kilka mocniejszych bitów perkusji, które jak wykrzykniki, tonują lub podbijają poziom emocji, a za moment krótki treściwy ruch gitarowych strun, złagodzony wejściem smugi dźwięków „namalowanych” melotronem. Chwilami mamy wrażenie obcowania z prostą piosenką, która nagle za sprawą wokalu i sztuki instrumentalnej artystów ulega przeobrażeniu w podniosły hymn, po czym napięcie spada by oddać batutę syntezatorom. Po siódmej minucie wiemy bez wątpienia, że mamy do czynienia z progrockowym songiem, który przyspiesza, a na froncie rządzi kapitalna, zadziorna solówka gitary, efektywnie wspierana motoryczną grą Keegana i mocą basowych wejść Merosa. Tradycyjna acz piękna sztuka muzyczna wysokich lotów! Warto posłuchać i docenić klasę starych „wilków”, tym bardziej, że takich delicji na tym albumie więcej. Punkt numer dwa to piosenkowy kawałek „The Same Mistakes Again”, który swoim charakterem przypomina odrobinę manierę kompozycyjną Jeffa Lynna i sztukę wykonawczą Electric Light Orchestra. Spokojny, łagodny song, z bogatymi orkiestracjami, płynie leniwie i z gracją w przestrzeni, a jego kulminację stanowią harmonie wokalne i rywalizujące z nimi gitarowe „wariacje”. Kolejny długas, ponad 10- minutowy „Orphans Of The Universe” dowodzi, że cała czwórka czuje się jak przysłowiowe ryby w wodzie w takich właśnie, wielowątkowych, utrzymanych w średnim tempie i bogatych w najróżniejsze smaczki utworach. Zatem już na tej podstawie, po wysłuchaniu trzeciego rozdziału albumu, należy przyznać rację J. Boegeholdowi, który nie „ściemniał” gdy deklarował, że muzykom udało się zachować równowagę pomiędzy melodyjnością i chwytliwością, a pewnym artystycznym wyrafinowaniem i progresywnością kompozycji, niezależnie od czasu ich trwania. Także ten utwór prezentuje znaczną przemienność struktury, oferując całą gamę środków instrumentalno- wokalnych, pięknie budujących sferę emocjonalności, kreując fragmenty stricte instrumentalne, przechodzące płynnie we frazy z udziałem harmonii wokalnych, nadających urozmaicenia i koloru akapitom śpiewanym. Mam wrażenie, że głosowe trio Leonard - Keegan - Meros powoduje, że znacząco wzbogacona zostaje linia melodyczna wokalu prowadzącego, do którego z czasem słuchacz się najzwyczajniej w świecie przyzwyczaja, a stosując taki patent jak na ścieżkach omawianej publikacji osiągamy rezultat taki, że całość brzmi pełniej i bardziej interesująco, przełamując wokalną jednostajność. Nie będę odbierał Państwu przyjemności odkrywania tajemnic tego utworu, zaznaczę tylko, że spotkamy tutaj żeńskiego gościa z quasi operowym głosem, a kolejne zmiany wkraczają na scenę dosłownie co kilkanaście sekund, nie zaburzając porządku i proporcji kompozycji. Trzecim przykładem suitowych inklinacji kwartetu jest zamykający płytę, również dwucyfrowy czasowo „Stars Along The Way”. Kontynuuje on linię programową swoich repertuarowych poprzedników, rozwija się niespiesznie począwszy od syntezatorowo- akustycznego intro i balladowej subtelności, przez dynamiczniejszą, riffową część środkową, z niezwykle gęstym brzmieniem, partiami wielogłosowymi, aż po kompletną przemianę krótko przed siódmą minutą, gdy zespół inicjuje zupełnie nowy temat melodyczny, stanowiący fundament czysto instrumentalnej partii, która zbliżając się do finału albumu staje się coraz bardziej monumentalna i bombastyczna. W środku programu królują krótsze i strukturalnie mniej złożone formy, wśród nich prawie stadionowy, energetyczny i bardzo rytmiczny pop rockowy kawałek „No One Ever Died And Made Me King”, którego refren zaraża melodyjnością, z chwilowo ostro riffującą gitarą i szerokim polem do popisu mocy bębnów i rytmiki kreślonej strunami gitary basowej. Z muzyki w tej spontanicznej piosence bije prostota, żywiołowość i energia. Będzie to niechybnie doskonały przerywnik koncertowy. A gdy po wybrzmieniu ostatniego tonu dominują uczucia radości i spontanu, artyści serwują słuchaczom rockową „przytulankę” czyli „Fall Away”, śliczną balladę na głos przy akompaniamencie fortepianu w fazie początkowej, z kapitalnym motywem melodycznym i intymną nastrojowością. Może dla niektórych to „ciepłe kluchy”, ale obiektywnie oceniając trudno temu songowi odmówić uroku, nieco melancholijnej otoczki, a clou programu staje się moim zdaniem wspaniała partia solowa gitary na tle symfonicznych pasaży w drugiej części utworu.
                  
Członkowie Pattern - Seeking Animals dotrzymali słowa, przedstawiając muzykę nawiązującą  do najlepszych wzorców klasycznej rockowej progresji, ale unikając powtarzalności, eksponowania swoich indywidualnych talentów na rzecz świetnie skonstruowanej zespołowości. Fundamentem albumu są na pewno melodie, nietuzinkowe, dalekie od sztampy, z którymi każdy odbiorca jest się w stanie zaprzyjaźnić już od pierwszego kontaktu. Kwartetowi udaje się też regularnie przełamywać monotonię przekazu, regulując stosownie rytmem, ustawiając odpowiednie parametry dynamiki, kształtując klimat. O zaletach muzyków jako instrumentalistów nie będę się wypowiadał, bo cała czwórka to rockowy uniwersytet. Podsumowując mogę z przekonaniem stwierdzić, że słuchając dziewięciu utworów tworzących program longplaya Pattern - Seeking Animals mile spędziłem godzinę swojego czasu, delektując się bardzo dobrą muzyką, która wymaga następnych spotkań, gdyż do odkrycia jej zalet trochę wiedzy jeszcze mi brakuje. Już teraz można z zadowolenia zacierać ręce w oczekiwaniu na występy „live” i następne propozycje repertuarowe, które znajdą się niebawem na dysku z sygnaturą „2”.
(4/ 6)
Włodek Kucharek

125_destruction_158x600px_eu.gif 125_twilightforce_158x600px_eu.gif 132_deathangel_158x600px_eu.gif 120_baner.gif

Goście

2339252
DzisiajDzisiaj1841
WczorajWczoraj3573
Ten tydzieńTen tydzień13100
Ten miesiącTen miesiąc73164
WszystkieWszystkie2339252
34.239.158.107