Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 95sm

Szukaj na stronie

 
 UWAGA !!! 
         
Drukowaną, kolekcjonerską wersję 
 HMP Magazine 
możecie zamówić pisząc na adres:
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.
 
 

COMA – Live Pol’And’Rock Festival 2024

 

(2025 Złoty Melon)
Autor: Bartek Kuczak
 
coma live polandock festival s 
Zapowiedź Jurka
Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków
Pierwsze wyjście z mroku
Transfuzja
Lajki
Spadam
System
Skaczemy
Proste decyzje
Meluzyna (cover Małgorzaty Ostrowskiej)
Los cebula i krokodyle łzy
Sto tysięcy jednakowych miast
                     
Coma i Pol’And’Rock (dawniej Woodstock). Dwie nazwy, które u wielu wzbudzają skrajne spektrum emocji. Od bezkrytycznego uwielbienia do irracjonalnej pogardy. Osobiście do obu tych postaw jest mi bardzo daleko. Nigdy nie byłem psychofanem zespołu Coma, jednak ich muzyka towarzyszyła mi od momentu wydania debiutanckiej płyty „Pierwsze wyjście z mroku” z roku 2004. Wspomniany album oraz wydane dwa lata później „Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków” po dziś dzień często goszczą w moim odtwarzaczu. Muzyka na nich zawarta stanowi unikatową oraz, o dziwo bardzo strawną mieszankę nu-metalu, post grunge’u, funku w stylu wczesnego Red Hot Chili Peppers, a wszystko to ozdobione niezwykłymi tekstami Piotra Roguckiego, które pomimo, nie czarujmy się, sporej dawki grafomanii, w połączeniu z muzyką potrafiły tchnąć w słuchaczu strunę odpowiedzialną za konkretne emocje. Był to wybuchowy miks, obok którego nie dało się przejść obojętnie. Do kolejnych wydawnictw podchodziłem już mniej entuzjastycznie, gdyż zespół coraz bardziej obierał kierunek oddalający się od mojego dość szerokiego gustu muzycznego. Konsekwencją tego był fakt, że jakieś paręnaście lat temu kompletnie zniknął z moich radarów. Oczywiście doszły do mnie słuchy o zakończeniu działalności, pożegnalnej trasie itd., nie robiły one jednak na mnie wielkiego wrażenia. Mój sentyment obudziła za to informacja, że zespół wraca do świata żywych i z tej okazji zamierza zorganizować kilka dużych koncertów. „Live Pol’And’Rock Festival 2024” to zapis pierwszego występu grupy po pięcioletniej przerwie. Przyznam, ze miałem pewne obawy. Przede wszystkim chodziło o wokalną formę Roguca. Powszechnie wiadomo, ze różnie z tym u niego bywało. Z jego potężnego głosu z pierwszych albumów zostało już niewiele, a swe braki zwykł maskować dziwną manierą, która brzmiała, jakby miał on gębę pełną gorącego makaronu, który w dodatku niemiłosiernie go parzy. Na szczęście, jak to często bywa, moje obawy okazały się przesadzone, o czym zresztą już wcześniej miałem okazję się przekonać na własne uszy podczas zeszłorocznego koncertu Comy w katowickim Spodku. Co prawda, do najwyższej formy mu ciągle daleko, jednak tragedii nie ma (co w jego przypadku nie jest regułą). Na Pol’And’Rock jest podobnie. Występ zespołu tradycyjnie zaczął się od zapowiedzi Jurka Owsiaka. Następnie Coma na sam początek serwuje najdłuższy utwór w swoim dorobku. „Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków” z całym swoim klimatem oraz tym, jak się on rozwija balansując przy tym różnymi emocjami, stanowi idealne wprowadzenie do koncertu. Następnie dostajemy numer tytułowy z ich niezwykłego debiutu, który jest jednym z lepszych na tamtym krążku. Można powiedzieć, że jest odegrany jeden do jednego z wersją studyjną. Nie jest to oczywistością, bo absolutnie nie można tego powiedzieć o „Skaczemy”, który jest tutaj całkowicie  pozbawiony pierwotnej agresji, za to ma w sobie sporo więcej funku. Osobiście mam mieszane odczucia, natomiast publiczności ta nowa wersja zdecydowanie przypadła do gustu. Zresztą Piotr, jako profesjonalny aktor potrafi idealnie znaleźć kontakt z tłumem zgromadzonym pod sceną. Wie, kiedy uderzyć i z jakim tekstem, by rozruszać tłum. Takie zagadywanki usłyszymy nie tylko we wspomnianym już „Skaczemy”, lecz również w „Meluzynie”, „Transfuzji” czy kultowym „Spadam”. Tutaj niestety Piotr pod koniec tego numeru znowu wchodzi w te swoje „kluchy”, które są dla mnie niestrawne. Na szczęście to tylko moment, jednak zespołowi zdarzały się koncerty, które całe były śpiewane w ten sposób. Na zakończenie tradycyjnie przepiękne „Sto tysięcy jednakowych miast” z niesamowita solówką Dominika Witczaka, która za każdym razem wywołuje we mnie ciarki. Z racji praw, jakimi rządzą się tego typu festiwale, zespół był zmuszony zagrać dość okrojony set. Są oczywiście numery, których mi tu brakuje. Choćby takie lekko maidenowe „Trujące rośliny” (naprawdę nie mogli tego zagrać zamiast tej całej „Meluzyny”) albo pełen emocji „Listopad”. Wiadomo, nie zadowoli się wszystkich, jednak jest pewna kwestia, której nie mogę zrozumieć. Brak „Leszka Żukowskiego”. Moim zdaniem ten utwór nie może być traktowany jako opcja przy tworzeniu setlisty, a całkowity mus. Nawet jeśli z jego obecność miałaby oznaczać wyrzucenie dwóch innych utworów. Pochwalić muszę jednak Comę, że większość utworów, które zagrali tego wieczoru, pochodzi z wczesnego okresu ich działalności, co chyba nie tylko dla mnie jest dużym plusem. Dla tych, którzy byli na tym koncercie, krążek ten jest niezwykłą pamiątką tamtego wydarzenia. Inni dostają natomiast solidny album „live” w starym stylu. Taki, na którym słychać publiczność, a wszelkie niedociągnięcia nie są wycinane. A na koniec pamiętajcie, że „anioły śmierdzą potem, żrą kiełbasę, mają w dupie żywych”
(4,5/6)
Bartek Kuczak
galahad_158x600.gif wishbone-ash158x600.gif rosalie-_unningham_baneryv2_17.gif maiden_united_bannery-v70_01.gif mrpun_h-158x600.gif

Goście

7120722
DzisiajDzisiaj4586
WczorajWczoraj5941
Ten tydzieńTen tydzień20005
Ten miesiącTen miesiąc100000
WszystkieWszystkie7120722
18.97.14.82