Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

TANGERINE DREAM - Le Parc

 

(2012 Esoteric Recordings/ 1985 Jive Records)
Autor: Włodek Kucharek
tangerinedream-leparc m
Tracklist:
1. Bois De Boulogne (Paris) (5:26)
2. Central Park (New York) (3:40)
3. Gaudi Park (Barcelona) (5:17)
4. Tiergarten (Berlin) (3:23)
5. Zen Garden (Ryoanji Temple Kyoto) (4:31)
6. Le Parc (L.A. Streethawk) (3:26)
7. Hyde Park (London) (3:54)
8. Cliffs Of Sydney (Sydney) (5:44)
9. Yellowstone Park (Rocky Mountains) (6:12)
Bonus Track:
10.Streethawk (Radio Remix) (3:03)
    
Skład:
Edgar Froese (syntezatory/ fortepian/ gitary/ instr. klawiszowe)
Christopher Franke (mellotron/ syntezatory/ fortepian/ instr. klawiszowe)
Johannes Schmoelling (instr. klawiszowe/ syntezatory)
   
Goście:
Clare Torry (wokal “Yellowstone Park”)
Katja Brauneis (wokal “Zen Garden”)
Robert Kastler (trąbka „Bois de Boulogne")
Christian Gstettner (programowanie)
Steffan Hartmann (programowanie)
   
 „Le Parc” to dwudziesty szósty album w dyskografii Tangerine Dream, wydany oficjalnie przez wytwórnię Jive w roku 1985. Zdania na temat jakości zaprezentowanej muzyki są podzielone. Ale są ku temu powody. Ortodoksi mieli sporo kłopotów z „wybaczeniem” artystom zejścia ze ścieżki ambitnych produkcji elektronicznego rocka na rzecz zwrotu w kierunku muzyki pop. Zniknęły na pewien czas długie, rozbudowane, wielowątkowe kompozycje, w których swoim zwyczajem muzycy startowali z płaszczyzny ciszy i dźwiękowej powolności, by w miarę upływających sekund przygotować słuchacza do mającej nastąpić w okolicach części środkowej utworu transformacji, czasami eksplozji, charakteryzującej się większą bądź wybuchową dynamiką i coraz wyższym tempem, zgęstnieniem brzmienia, które stawało się intensywne i bogato nasączone elektronicznymi dźwiękami. Wielokrotnie muzycy pozwalali sobie na eksperymentowanie, awangardowe zagrywki, oraz wdrażanie nowych technologii. Na longplayu „Le Parc” spotkamy wyłącznie krótkie impresje, niezwykle melodyjne, wręcz przebojowe, wiele z nich o charakterze typowo ilustracyjnym. Między innymi z tych przyczyn stworzył się wśród fanów grupy obóz o krytycznym nastawieniu do nowej produkcji, który z dzisiejszej perspektywy nazwać można, używając terminologii politycznej, opozycją. W koalicji pozostali ci odbiorcy, na których ułatwienie percepcji sztuki muzycznej tria nie wpłynęło destrukcyjnie i którzy przyjęli korektę stylistyczną jako wyraz pewnej ewolucji, dostosowania się do nowych czasów, w których w mediach niepodzielnie panowała konfekcja muzyczna, synth pop, elektroniczne disco, oferujące wiele banalnych przeboików, które dzięki radiowym prezentacjom, zaczęły kształtować estetykę i gust muzyczny ówczesnego pokolenia. Pytaniem otwartym pozostaje kwestia, czy Tangerine Dream schlebiając w pewnym sensie tym tanim gustom muzycznym nie sprzedał duszy diabłu, chcąc wypłynąć na fali popularności. Jedno jest pewne, że gdy dokonamy konfrontacji zawartości muzycznej materiału z longplayów wydanych w okresie tak zwanych „The Pink Years” (pierwsze cztery albumy) i „The Virgin Years” (dekada 1973- 1983) z tym, co nastąpiło licząc od epoki „The Blue Years” (1983- 1988) i później, to nie da się ukryć, że miejsce wielowymiarowych krajobrazów dźwiękowych z typowych dla „mandarynkowych wizji” suit elektronicznych, zajęły dosyć jednorodne, rytmiczne i melodyjne obrazki. Nie wiem, czy takie „uradiowienie” kompozycji, czyli „skrojenie” ich według sztancy czasowej 4-5 minut, dodanie beatów automatu perkusyjnego i wyrazistych podziałów rytmicznych stanowiło tendencję do asymilacji w nowych czasach rozwoju muzyki rozrywkowej, czy próbę poszerzenia kręgu odbiorców muzyki, czy może poszukiwanie nowych koncepcji twórczych. Z mojego punktu widzenia muzyka Tangerine Dream straciła dużo ze swojego czaru, innowacyjności, wtopiła się w medialne tło, tracąc sporo ze swojego odkrywczego charakteru. Dlatego, pomimo tego, że z pewną rezerwą, ale jednak zaakceptowałem nową muzykę na „Le Parc”, później także albumy „Underwater Sunlight” (1986) i „Tyger” (1987), to kolejne propozycje twórcze tria zaczęły mnie nużyć powtarzalnością pewnych patentów, tanią melodyką i pod koniec lat 80-tych przestałem śledzić etapy rozwoju niemieckiej formacji porzucając zainteresowanie jej dokonaniami. Sądzę, że płyta „Le Parc” stała się negatywnym impulsem do takiego działania, chociaż zaprezentowana na niej wolta stylistyczna, gdyby pozostała epizodem, można by ją krótkoterminowo zaakceptować, jednak traktowana w kategoriach wyznacznika nowego stylu, została przeze mnie zepchnięta na margines i gdy wracam z rzadka do programu tej płyty, to powrót ogranicza się do wysłuchania dwóch urokliwych utworów „Tiergarten” i „Zen Garden”, które jako ilustracje niewiele straciły ze swojego blasku. W pierwszym z tych utworów uwiódł mnie temat melodyczny wspaniałej urody, natomiast w kawałku „japońskim” niesamowity jest klimat kraju Samurajów oddany dźwiękami przez muzyków tak bezbłędnie, że stymuluje wyobraźnię słuchacza. Ale o szczegółach związanych z repertuarem tego longplaya opowiem poniżej.
Publikacja płyty „Le Parc” związana była z kilkoma wydarzeniami. Po pierwsze, już w trakcie prac studyjnych wiadomo było, że szeregi Tangerine Dream opuści po sześcioletniej przygodzie Johannes Schmoelling, któremu Edgar Froese zaproponował miejsce w zespole po rozstaniu z Peterem Baumannem, który nie wziął już udziału w pracach nad albumem „Force Majeure” wydanym w roku 1979. Schmoelling zasilił skład tria udzielając się instrumentalnie przy wykonaniu dwuczęściowej suity „Tangram” , która wypełniła strony „A” i „B” winyla pod tym samym tytułem z roku 1980. Po drugie, Froese z kolegami zdecydował, że w kilku utworach pojawią się partie wokalne. Wokalizy w „Yellowstone Park” wykonała Clare Torry, która znana była z pięknej i poruszającej partii w legendarnym już utworze „The Great Gig In The Sky” z albumu Pink Floyd „Dark Side Of The Moon”. W atmosferycznym songu „Zen Garden” z kolei wystąpiła wiedeńska diva związana od początku kariery z berlińską sceną musicalową, z wielkimi sukcesami, Katja Brauneis. Po trzecie, w elektronicznym brzmieniu TD pojawił się niespodziewany przybysz, trąbka, której partie poprowadził w utworze „Bois de Boulogne” Robert Kastler, artysta grający także na instrumentach klawiszowych, który uczestniczył między innymi w roku 1978 w premierowym, austriackim wykonaniu sławnej rock opery „Jesus Christ Superstar”. Po czwarte, dwa utwory albumu wykorzystano w roli soundtracków, tytułowy „Le Parc” w amerykańskim serialu telewizyjnym „Street Hawk” (13 odcinków w TV ABC w roku 1985), a track „Central Park” w filmie „Diamond Ninja Force”(1986), reżysera Godfreya Ho.
Koncepcja wydawnictwa fonograficznego „Le Parc” był nieskomplikowana. Muzycy Tangerine Dream postanowili opisać dźwiękami znane parki świata, które mieli okazję zwiedzić w trakcie swoich koncertowych wyjazdów. Tutaj pewna ciekawostka, Edgar Froese podzielił się w jednym z wywiadów informacją, że bliski realizacji był projekt, żeby w programie albumu umieścić także muzyczną impresję na temat warszawskich Łazienek, które muzycy zwiedzili w czasie swojego grudniowego pobytu w roku 1983. Tak się jednak nie stało, a treść albumu wypełniło dziewięć impresji, natomiast wydawcy z Esoteric Recordings dodali do programu jako bonus radiową wersję filmowego „Streethawk”. Muzycznie album „wyróżnia” się niestety przeciętnością. Gdybym miał wytypować fragmenty, które można z czystym sumieniem polecić do przesłuchania to zacząłbym od berlińskiego „Tiergarten”, który wprost zachwyca wspaniałym, porywającym, głównym motywem melodycznym. Śliczny temat na fortepian z dodatkiem delikatnych szeptów syntezatorów buduje piękną nastrojowość. To wprawdzie tylko nieco ponad cztery minuty, ale ile razy odtwarzacz dotrze do tego miejsca, pozycji numer cztery, to nie mogę się powstrzymać, żeby wykorzystać funkcję playera „Repeat”. Trzymając się terminologii sportowej na drugim miejscu podium umieściłbym zjawiskowy, medytacyjny „Zen Garden”, który wciąga swoją egzotyką, relaksacyjnym klimatem, spokojem i wrażliwością. Trzecie „medalowe” miejsce zająłby ostatni w oryginalnym zestawieniu tracklisty, „Yellowstone Park”, którego magnesem są wspaniale zaaranżowane wokalne popisy Clare Torry, niesamowicie działające na wyobraźnię , w której pod wpływem jej magicznego głosu przed umysłem rozciągają się aż po horyzont bezkresne i dzikie przestrzenie amerykańskiego parku narodowego. Reszta nagrań nie jest zła, ale nie ma w sobie tej siły, która kazałaby zwrócić na nie uwagę. Odbiorca dosyć obojętnie „przechodzi obok” nie dostrzegając w nich niczego zajmującego. Przy pierwszym przesłuchaniu pojawia się jeszcze pierwiastek czegoś nowego, nieodkrytego, owianego tajemnicą, ale później, gdy tajemnica przestaje intrygować wypływa na powierzchnię już tylko szarość dźwięków i przeciętność. Także instrumentalnie obowiązuje pewien standard, bez wykraczania poza pewne granice, bez poszukiwań, bez akcentów ekstrawagancji, bez awangardowych nowinek, tak jakby artyści otrzymali zadanie stworzenia czegoś na zamówienie od punktu do punktu, a oni wykonują swoją robotę solidnie, ale dusza pozostaje obok. Ta dusza wkracza tylko w niektórych akapitach, które określiłem jako trzy najlepsze rozdziały „parkowych” opowieści. Naturalnie zdaję sobie sprawę, że każdy słuchacz może zrozumieć koncepcję Tangerine Dream inaczej i, że moja dosyć krytyczna postawa nie musi spotkać się ze zrozumieniem ogółu, ale oceniam i piszę, jak czuję i nie mam zamiaru koloryzować wizerunku publikacji „Le Parc”, choć należę do grona zaprzysięgłych fanów niemieckiego tria, a o koncertach TD, które przeżyłem, mógłbym opowiadać z łezką w oku w nieskończoność. Sporo na tej płycie wykorzystano sampli, w dobrym celu, gdyż wzbogacają przekaz, urozmaicają tkankę dźwiękową, dobrze współgrają z sekwencjami elektronicznymi tworząc jednorodną substancję. Zdarzył się także w tym wyborze ewidentny knot, „The Cliffs Of Sydney”, z mechanicznym, dyskotekowym rytmem, który bardziej utworowi szkodzi niż nadaje mu cech przebojowości, chyba że myślimy o dyskotece w remizie strażackiej lat 80-tych. Najwyraźniej widać, że popowy „sznyt” zupełnie nie pasuje do fascynujących wizji dekadę wcześniej. Zubożenie brzmienia, jednokierunkowe sekwencje syntezatorowe, monokultura muzyczna nie sprzyjają takim wizjonerom jak Edgar Froese, Chris Franke i Johannes Schmoelling. Z przykrością piszę o negatywnych stronach sztuki muzycznej Tangerine Dream, bo „Le Parc” stworzyli- i nie da się tego faktu ukryć- prawdziwi mistrzowie klawiatur, ale właśnie wtedy wpadli widocznie w dołek twórczy, udzieliła im się atmosfera tej pseudo nowoczesności w muzyce elektronicznej lat 80-tych. Brałem po uwagę różne opcje, także tak oczywistą, że mój sklerotyczny umysł przeżarty do cna nadmiarem cholesterolu nie przyjmuje do wiadomości, że każdy artysta ma prawo do indywidualnego rozwoju, wizji własnej koncepcji tworzenia muzyki, że czasy się zmieniają, zmienia się otoczenie, powstają nowe technologie, zmysł estetyczny ludzi, którzy zostają odbiorcami dźwięków i, że należy być w tym zakresie trendy, nie zostawać z tyłu, stanowić technologiczną awangardę. Może po prostu tak ma być, a to ja jestem zacofany, ogarnięty wspomnieniami o artyzmie muzyki z innej epoki? I nie potrafię sobie uświadomić, że te czasy już nie wrócą, że to jest nowoczesność. Pozostanę jednak przy swoim zdaniu, kształtowanym wybitną muzyką rockową z jej początków i później w Złotej Erze lat 70-tych, które nauczyły mnie szerokiego spojrzenia na różne gatunki muzyczne, ale jednocześnie wyostrzyły kryteria oceny sztuki muzycznej, które nie akceptują konfekcji ze straganu z chińszczyzną. Zapewne z takim przeświadczeniem kiedyś zejdę z tego świata. A Tangerine Dream, zespół, który szanuję od pierwszego albumu niech już więcej nie nagrywa dźwięków schlebiających tzw. przeciętnym gustom, bo to nie w ich stylu.
Niestety przeciętny to album z trzema kryształkami blasku, o których napisałem wyżej. Dlatego jego ocena będzie adekwatna do mojego wewnętrznego przekonania.
Ocena 3/ 6
Włodek Kucharek

140_fatum-158x600-singiel.png 144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 142_sepultura158x600.gif

Goście

3752218
DzisiajDzisiaj21
WczorajWczoraj1124
Ten tydzieńTen tydzień3361
Ten miesiącTen miesiąc1959
WszystkieWszystkie3752218
54.158.251.104