Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

TANGERINE DREAM - Green Desert

 

(2011 Esoteric Recordings/ Cherry Red Records; 1986 Eastgate Music/ Jive)
Autor: Włodek Kucharek
tangerine dream green desert m
Tracklist:
1. Green Desert (19:31)
2. White Clouds (5:03)
3. Astral Voyager (7:05)
4. Indian Summer (6:50)
  
SKŁAD:
Chris Franke (perkusja/ syntezatory), VCS3 synth, PRX II rhythm controller
Edgar Froese (mellotron/ gitary/ syntezator  Solina String Ensamble/  instr. klawiszowe/ phaser)
   
Artykuł na temat kolejnej, zaburzającej nieco chronologię wydawniczą (klucz do rozwiązania zagadki jest prosty, o kolejności decydują kolejne edycje firmowane przez Esoteric Recordings / Cherry Red Records, chociaż ze względu na brak czasu zaczynam dostrzegać w tej mierze pewien poślizg), odsłony historii Tangerine Dream rozpocznie się od informacji dotyczących losów wydawniczych czterech nagrań opatrzonych wspólnym tytułem „Green Desert”, ponieważ wydanie tej płyty poprzedzone zostało całym cyklem zdarzeń rozciągniętych w czasie.
Latem 1973 Peter Baumann postanowił opuścić „matecznik” Tangerine Dream, czyli stolicę Niemiec Berlin i udać się na długą wyprawę, której celem było Katmandu w Nepalu oraz Indie. Skład Tangerine Dream skurczył się czasowo do duetu panów F.,  Froese- Franke. Obaj artyści pod nieobecność Baumanna zagościli w progach Skyline Studios w Berlinie z zamiarem rozpoczęcia prac nad nowym albumem zespołu. Na horyzoncie kariery grupy pojawił się także potencjalny kontrakt z mocarną wtedy wytwórnią płytową Virgin Records, która w późniejszych latach przejęła pieczę nad kolejnymi publikacjami fonograficznymi niemieckiej formacji. Rejestrując „Green Desert” muzycy potraktowali materiał jako formę demo, ale opracowali go w ekspresowym tempie również po to, żeby zrobić dobre wrażenie na decydentach z Virgin, którzy wkrótce mieli zacząć wydawać potężne pieniądze na promocję nowych wydawnictw niemieckiego bandu z albumem „Pheadra” na czele. Jednak krótko po stworzeniu muzyki Edgar Froese „zapomniał” o jej powstaniu i istnieniu, a kompozycje trafiły do domowego archiwum Edgara. Po ponad dziesięciu latach autor „w cudowny i niewytłumaczalny sposób” odnalazł zarejestrowane utwory, dodał im szlifu technicznego uwzględniając inną epokę technologiczną i przygotował pełnowymiarowy longplay, wydany najpierw jako jeden z komponentów płytowego boxu „In The Beginning”, nieco później już jako oddzielna publikacja fonograficzna. Poszukując okładki oryginału w sieci, można się zdziwić faktem, że istnieje kilka form artwork tej płyty, między innymi w odcieniach zieleni wydany wyłącznie na Wyspach Brytyjskich, niebieska z wytwórni Jive, łącznie z obrazem czaszy balonu, okładką  opublikowaną w Europie na wydawnictwie z roku 1996 autorstwa Edgara i Monique Froese. Artwork z widocznymi formami skalnymi na pustyni zamieszczony w tej recenzji to oryginalna praca Marka Weinberga, amerykańskiego grafika i plastyka, autora projektów okładek wielu płyt winylowych wykonawców muzyki rock i pop.
Także instrumentalnie album „Green Desert” stanowi pewną ciekawostkę, bo duet instrumentalistów zrezygnował z wykorzystania znaku rozpoznawczego zespołu, sekwencerów, natomiast użył przy nagraniach, w tamtych czasach nowinki technologicznej nazwanej Solina String Ensamble, syntezatora polifonicznego naśladującego brzmienie instrumentów smyczkowych, skrzypiec, wiolonczeli, kontrabasu i altówki. W zestawie urządzeń obsługiwanych przez Edgara Froese znalazł się także tzw. Phaser, służący do wytworzenia efektu brzmieniowego polegającego na przesunięciu w czasie dźwięku gitary, basu a nawet ludzkiego głosu, efektu osiąganego dzięki specjalnemu filtrowi z możliwością modulacji w spektrum częstotliwości. Efekt bardzo podobny do „flangera”, gitarowego efektu modulacyjnego, a jego rezultatem jest uzyskanie charakterystycznego brzmienia chóralnego. Szczególnie chętnie stosowany do gitar elektrycznych i instrumentów klawiszowych, wcześniej znany z twórczości The Beatles pod koniec lat 60-tych. To tyle informacji pozamuzycznych.
Program „Green Desert” składa się z czterech nagrań, z suity tytułowej, blisko 20- minutowej, zajmującej nominalnie stronę „A” fonograficznego winyla, oraz z trzech „drobniejszych” utworów na „rowkach” strony „B”, w sumie nieco ponad 38 minut nowej muzyki, utrzymanej mocno w tradycjach rocka elektronicznego, którego podwaliny Tangerine Dream tworzył. Tytułowy utwór rozwija się bardzo, ale to bardzo powoli z- powiedziałbym-  niczego, bo przez kilka pierwszych minut docierają do naszych uszu elektroniczne plamy dźwiękowe, niepokojące pomruki, pogłosy, szumy, całość płaszczyzny rozmazana, bez wyrazistego kształtu. Dopiero po ponad czterech minutach z tej gęstej, bezkształtnej kurtyny dźwięków wyodrębnić można pojedyncze uderzenia perkusji, brzmienie gitary elektrycznej, smyczki, które jak kolejno dokładane puzzle tworzyć zaczynają ramy krajobrazu, w którym wraz z upływającym czasem zachodzić zaczynają powolne zmiany. Nieznacznie wzrasta poziom napięcia przez zintensyfikowanie brzmienia, struktura staje się systematycznie bardziej dynamiczna, a rytm dzięki niezwykle kreatywnej pracy Chrisa Franke na instrumentach perkusyjnych nabiera rozpędu. Pojedynek perkusji z „odjechaną” gitarą Edgara Froese przynosi doskonały rezultat. W ostatniej kilkuminutowej fazie kompozycji dochodzi do korekty profilu melodycznego, z przestrzeni usunięte zostają perkusja i gitara, a brzmienie rozkłada się na mellotron i syntezatory. Oszczędne akordy w finale pozwalają poprowadzić liryczną melodię, tworząc bardzo nastrojowe zakończenie. W suicie znaleźć można także pewne odniesienia do psychodelii, choćby w hipnotycznym klimacie, także krautrocka i space rocka. „White Clouds” prezentuje świetną kombinację wartkiej, energetycznej perkusji pod kierownictwem Chrisa Franke oraz syntezatorowych, jasnych, rozświetlonych słonecznym światłem pejzaży Edgara Froese, z przyjemną dla ucha melodyką. „Astral Voyager” napędzany szybkim motywem przypominającym sekwencer , nawiązuje nieco cyfrowo wzniecanym pulsem, towarzyszącym utworowi, odsuniętym na drugi plan, do opracowań Froese z drugiej połowy lat 80-tych. Na bazie jednostajnego rytmu autorzy kreują rozproszone plamy dźwiękowe syntezatorów. Osobiście nigdy nie byłem zwolennikiem takich rozwiązań zarówno rytmicznych (monotonia usypia), jak też nakładania w strukturze brzmienia rozmytych płaszczyzn dźwięku rozciąganych leniwie, powolnie po całej przestrzeni.  Z archiwalnych źródeł pisanych wiadomo, że w przypadku tej kompozycji do czynienia mamy w znacznym stopniu z ingerencją artysty w pierwotną strukturę utworu. Jak brzmiał w oryginale, tego nie dowiemy się nigdy. Album zamyka rozdział „Indian Summer”. Utwór sprawia wrażenie, jakby jego brzmienie „dryfowało” na oceanicznej fali, raz w górę z większym impetem, za moment w dół ze spadkiem intensywności przy akompaniamencie rozproszonych, porozrzucanych w rozległej przestrzeni akordów smyczkowych. Tej „postaci” brzmienia towarzyszy zwiewna, pełna subtelności i instrumentalnej lekkości, delikatnie zaznaczona linia melodyczna. Całość tworzy urzekający, magiczny, wręcz medytacyjny klimat, działający na wrażliwość. Tego typu utwory predestynują do kategorii „Terapia muzyką”, uspokajają, a swoją wielobarwną malarskością tworzą w umyśle słuchaczy piękną paletę krajobrazów.
    
Album „Green Desert” można wypunktować następująco:
   
- czuje się w nim ducha lat 70-tych, mniej w muzyce późniejszej motoryki, tętniących beatów nabijających rytm,
    
- sporo artystycznej jakości wnoszą perkusyjne partie Chrisa Franke, które do tamtej pory nie dostał szansy wykazania się tak zróżnicowanym zasobem umiejętności,
   
- muzycy porzucili tendencje do eksperymentowania na korzyść między innymi klarownych linii melodycznych, wyłączając sekwencje ekstremalne, bo longplay przedstawia artystów raczej w roli ilustratorów stymulujących wyobraźnię odbiorców, a pasaże syntezatorowe przenikają się płynnie, tworząc spójny kształt dźwięków,
   
- muzyka sprawia wrażenie soundtracku, a poszczególne jej części traktować można jak ilustracje, których wykorzystanie, przykładowo w filmie nie powinno przysporzyć kłopotów.
   
Dla fanów Tangerine Dream album „Green Desert” umiejscowić można jako fazę przejściową pomiędzy okresem silnie nasyconym brzmieniowymi innowacjami, awangardowymi rozwiązaniami zastosowania rockowej elektroniki, czyli cała epoka zwana niekiedy „The Pink Years”, a czasem „The Virgin Years, kiedy kompozycje grupy stały się nieco łatwiejsze w odbiorze, kiedy istotnym składnikiem stała się melodia, przy zachowaniu suitowego wymiaru utworów. Trudno także zaprzeczyć, że omawiany longplay to w historii Tangerine Dream dziwny twór fonograficzny, ze względu na fakt, że jego koncepcję zaprojektowano ponad dekadę wcześniej, następnie odkurzono zarejestrowany już materiał, dograno niektóre sekwencje i opublikowano. Pomimo dosyć pokrętnej strategii muzyce takie postępowanie nie zaszkodziło, choć moim zdaniem album nie lokuje się na wyżynach osiągnięć niemieckiej formacji. Solidna jakość , ale bez ekstrawagancji!
Ocena 4/ 6
Włodek Kucharek

139_gojira_158x600 kopia.jpg 144_hmpbanner.jpg 141_evil158x600.gif 143_kata_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3752153
DzisiajDzisiaj1080
WczorajWczoraj814
Ten tydzieńTen tydzień3296
Ten miesiącTen miesiąc1894
WszystkieWszystkie3752153
54.158.251.104