Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 80sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

katatoniaaak 2 m

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

vdgg plakat nowe daty m

steelpanther 2022pol m

 

KNIGHT AREA - Nine Paths

 

(2011 The Laser’s Edge)
Autor: Włodek Kucharek
knightarea-ninepaths 
Tracklist:
1.Eversince You Killed Me (10:02)
2.Summerland (7:26)
3.Please Come Home (5:24)
4.Clueless (4:18)
5.The River (7:45)
6.Pride And Joy (2:46)
7.The Balance (6:24)
8.Wakerun (8:05)
9.Angel’s Call (9:37)
 
Skład:
Gerben Klazinga (instr. klawiszowe)
Mark Smit (wokal)
Mark Vermeule (gitary)
Gijs Koopman (bas/ syntezator pedałowy)
Pieter Van Hoorn (perkusja)
Goście:
Charlotte Wessels (wokal „Please Come Home“)
 
            To chronologicznie czwarty album w dorobku holenderskiego kwintetu Knight Area. Ustabilizowany skład, team spirit, większe wzajemne zrozumienie i zasób umiejętności indywidualnych, bagaż doświadczeń wyniesiony z pracy nad wcześniejszymi wydawnictwami zaowocowały udanym albumem „Nine Paths”. Ta deklaracja sformułowana została przeze mnie już na wstępie z jednego powodu, moje dwa inne teksty traktujące o płytach grupy, mianowicie „The Sun Also Rises” i „Hyperdrive” dalekie były od entuzjazmu nad ich poziomem, stąd chciałbym wysłać czytelny sygnał, że o albumie „Nine Paths” „padnie” sporo ciepłych słów. Według mojej opinii, zasłużonych, ale oczywiście każdy słuchacz posiada szansę ich weryfikacji. Wracając do meritum, czyli opisu zawartości dysku, uważam, że muzykom udało się tym razem zbliżyć do granicy perfekcji w kształtowaniu dźwięków pochodzących z jednej strony z czasów historycznych rocka progresywnego, z drugiej zaś strony wprowadzić dyskretnie liczne nowocześniejsze, idące niejako z duchem czasu rozwiązania, przypisywane kierunkowi neo- progressive. Tym oto sposobem Holendrzy skonstruowali coś na kształt autonomicznej niszy muzycznej, którą nie oglądając się na innych postanowili kultywować własnym sumptem, z dobrym skutkiem. Ale powyższe stwierdzenie oznacza również, że trudno po zawartości „Nine Paths” oczekiwać innowacyjnych fajerwerków, bądź ekstrawagancji. W akcie założycielskim Knight Area wpisano ścisłe związki z rockową tradycją spod znaku „progressive”, oraz „hard rock”, a jej własny, suwerenny sposób pojmowania i interpretacji muzycy przywołują praktycznie w każdej kompozycji, a uwaga ta dotyczy w szczególności utworów bardziej złożonych, choć autorzy starają się z wykorzystaniem tej wielowymiarowości nie przesadzać. Jednakże na omawianej płycie kilka takich przykładów odbiorcy znajdą bez trudu, a nawet więcej, mają one przewagę na tymi bardziej prostymi formami. Słuchając zawartość „Nine Paths” otrzymujemy wszystko, na co można mieć nadzieję na ponadprzeciętnym longplayu, z wstawkami symfonicznymi, jednakże jeden priorytet nie uległ zmianie, ku uciesze publiczności, dbałość o ładne tematy melodyczne. Wymyślenie i wdrożenie nośnego wątku melodycznego, który na dłuższy czas „zaniepokoi” słuchacza, to niełatwe zadanie, przy realizacji którego dysponować należy nietuzinkowym talentem i zmysłem twórczym, ale Gerben Klazinga na ścieżkach tej płyty udowadnia, że potrafi te atrybuty wykorzystać. Z tego powodu najmocniejszym punktem tej fonograficznej publikacji są, moim zdaniem, zajmujące percepcję melodie, zarówno te występujące w nieco mocniejszych brzmieniowo fragmentach, jak też w tych delikatniejszych, stonowanych, niezależnie od rodzaju partii instrumentalnych, elektrycznych bądź akustycznych. Dlatego w wielu miejscach albumu pomysły melodyczne sprawią nam sporo radości i satysfakcji, tym większej, że mają one przemyślany i dopracowany charakter i nic wspólnego z banałem i prostactwem.
 
 
            Dużą część powyższych pozytywnych „wibracji” artystycznych Knight Area emituje w kierunku słuchaczy już w „otwieraczu” „Eversince You Killed Me”, kompozycji strukturalnie rozbudowanej, zmiennej, o urozmaiconym „rysunku” rytmicznym. Na starcie następuje burza, czyli skumulowane uderzenie zjednoczonych sił instrumentalnych, nie czyniących jednak chaotycznego hałasu, lecz stwarzających powód do uformowania skocznej melodii, prowadzonej przez klawisze i gitarę. Taki stan podwyższonego poziomu energii utrzymuje się do 2:50, a krótko przed tą granicą wchodzi powtarzany, energetyczny riff, który brzmi tak, jakby miał za zadanie zasygnalizować, że utwór dobiega końca. Ale to wyłącznie „zmyłka”, ponieważ w tym momencie artyści znajdują pretekst, że uspokoić przestrzeń, a gitara przechodzi do strefy half- unplugged, po raz pierwszy „melduje się” wokal, który zaczyna prowadzić delikatny, piękny motyw melodyczny. W dalszym ciągu głos wspierają nostalgiczne dźwięki kreowane przez elektryczne struny, pełne intymnej romantyczności w manierze miłosnej „przytulanki”, a reakcją są ruszające na wędrówkę ciarki. W tej konwencji, w balladowym, zrównoważonym tempie kompozycja „toczy swoje wody” do punktu 6:35. Wtedy z głębokiego tła docierać zaczyna grzmot sekcji rytmicznej, nasilający się z każdą sekundą, a basowy pomruk i perkusyjny beat nabierają mocy i dynamiki „rozlewając” się w przestrzeni, prowokując gitarę do wznowienia przepięknego tematu melodycznego. Muzyka staje się wręcz monumentalna w swojej potędze, także za sprawą symfonicznego charakteru keyboardów. Wspaniałe przywitanie skrzące się świetnymi acz dosyć konwencjonalnymi rozwiązaniami na skali rytmu, udziału poszczególnych członków instrumentarium w kształtowaniu sekwencji dźwięku, starannie przygotowanymi, z licznymi „smaczkami”. Klasyka nowej progresji ujęta w ramy kompozycyjne mini suity.
 
 
A dalej bywa nie gorzej niż w prologu, ponieważ zespół serwuje jeszcze kilka rozbudowanych konstrukcji, chociażby „Summerland”, „The River”, „Wakerun” czy epilog w postaci „Angel’s Call”, przeplatane krótszymi przerywnikami, z których jedne tętnią pozytywną energią i entuzjazmem, a inne działają jak balsamiczny, łagodny specyfik. We wszystkich dziesięciu rozdziałach, łącznie 62 minuty, emocji co nie miara, przemian i zwrotów nastrojowości, transformacji tempa i patentów melodycznych bez liku. Piękna muzyka rockowa, profesjonalnie wykonana, świadcząca o ewolucji holenderskich rockmanów, którzy w porównaniu do debiutu okrzepli, poczuli się pewniej, dojrzał ich warsztat wykonawczy, przybyło umiejętności indywidualnych, które jako team potrafią scalić w doborowy monolit. Prolog demonstruje ponadprzeciętną klasę, a po takim wejściu jakby łatwiej przejść do dalszej części nagrań. Zespół „podminowany” pozytywną enegią „The openera” rusza z przytupem do kolejnej „stacji” albumu, a słuchacze ogarnięci miłymi estetycznymi fluidami wstępu, nabrali apetytu na więcej. Uprzedzając nieco fakty, także pozostałe tracki przynoszą wiele delikatesów, dlatego z tej perspektywy można powiedzieć, że nadzieja odbiorców nie okazała się „matką głupich”. Drugi krok nazwano „Summerland”, potwierdzając „grawitacje” ku progresywności. Tutaj także rejestrujemy ciężki, hard rockowy start, a nieco później drapieżny riff zahacza trochę o techniczne „podwórko” Johna Petrucci z Teatru Marzeń. Tej kaskadzie dźwięków towarzyszą prawdziwe łamańce rytmiczne. Po 2:30 wchodzi wokal, który „odkrywa” techniczną „zasłonę” na rzecz cieplejszej melodyjności, chociaż gdzieś obok „mruczą” złowrogo gitarowe struny, swoje „trzy grosze” dokłada syntezator. Piosenka wykazuje się także pewną dozą łagodności, szczególnie w części refrenu, a po 4:40 następuje kompletny odwrót dominacji gitary, a przestrzeń wypełnia subtelny fortepian w duecie z poetyckim wokalem, a po minucie uspokojenia Mark Vermeule demonstruje pyszną partię solową na gitarę, która stanowi wstęp do hard rockowej mocy w finale. Ten fragment aż kipi energią i treściwymi partiami instrumentalnymi. Po dwóch takich dźwiękowych killerach nadchodzi czas na równowagę emocjonalną, którą zapewnia śliczny „Please Come Home”, wspaniała melodia i porywający duet głosów gościa Charlotte Wessels i Marka Smita. Instrumentalnie gustownie, z wyczuciem, fortepian, „smużący” w tle syntezator, wycofana para bas- bębny i fantastyczny, pełen uczuć, popisowy występ gitary, od 3:10, która „ciągnie” główny temat melodyczny aż do końca utworu. Klimat pierwsza klasa, no i ta chwytająca intymnością melodia. Po takim songu coś na rozbudzenie, czyli „Clueless”, w którym od samego początku łatwo rozpoznać jego potencjał przebojowości, co podkreśla kolejny motyw melodyczny, prosty, nie przekombinowany. Popis „macherów” od dyktowania rytmu, dynamicznie i z odpowiednią pulsacją. Wisienką na torcie jest kolejna rasowa solówka gitarzysty. Ho, ho, ho rozhulali się panowie z Knight Area. „The River” zapewnia powrót na tory bardziej wyrafinowanych sekwencji dźwiękowych. Dostrzegamy sporą różnorodność, od potężnej rockowej symfoniczności, przez nostalgiczne frazy w części środkowej, aż do hymnicznej podniosłości, wszystko w powtarzalnym cyklu, raz dźwiękowe „pieszczoty”, by za moment „walnąć” kumulacją instrumentalnej siły. Po piątej minucie radykalny zwrot zapoczątkowany partią syntezatora, ocierającą się o pamiętne dzieło Tony Banksa z Genesis w nieśmiertelnym „The Cinema Show”.
 
„Pride And Joy” to w konfrontacji z czasem trwania innych pozycji miniatura, w której wrażenie robi przede wszystkim pojedynek basu- gitary i fortepianu, z tym, że ten ostatni wkracza odrobinę na terytorium jazzu, natomiast w części drugiej tego aktu podziwiać możemy „mięsiste” występy solowe klawiszy i gitary. „The Balance” dyktuje nieco powolniejsze tempo w otoczeniu miksu tonów elektrycznych i pół- akustycznych z jednostajnym beatem perkusji, której brzmienie sprawia wrażenie elektronicznie przetworzonego. Od 3:20 kompozycja staje się coraz bardziej podniosła, a po 4:15 kilka hard rockowych akordów gitar i symfoniczny rozmach klawiszowych baterii. „Wakerun” w udany sposób podkreśla rolę instrumentów klawiszowych oraz gitarowego riffowania, z tym, że w trakcie tych ponad ośmiu minut notujemy liczne zwroty muzycznej akcji, charakteryzującej się swobodą wykonania, umiejętnym regulowaniem intensywności brzmienia, radykalnym przejściem ze strefy elektrycznej do akustycznej, czego przykładem może być fragment w 2:40, popartymi świetnymi melodiami. W tym utworze sporo do „powiedzenia” mają w części środkowej bębny oraz przed piątą minutą stare ale jare Hammondziaki. Imponująca jest gitarowa korporacja elektryczno – akustyczna, która nadaje utworowi energetyczny puls. Zwieńczeniem albumu jest blisko 10- minutowa opowieść „Angel’s Call”, którą inauguruje klasycznie brzmiący motyw fortepianu, akompaniujący wokalowi przez blisko trzy minuty, dopiero wtedy włączają się pozostali instrumentaliści współpracując z fortepianem, wśród nich gitara akustyczna, także piękne pasaże klawiszy. Tęsknota w interpretacji tekstu bijąca z głosu Marka Smita tworzy niepowtarzalny klimat. Znaczący skok dynamiki wychwycić można po 5:30, ale tylko chwilowo, ponieważ ponownie na froncie dominować zaczynają subtelny syntezator i akustyka gitary, którą zastępuje znakomita partia solowa po progach i strunach. Melodia uwodzi swoim pięknem, skłaniając ku refleksji i pobudzając wyobraźnię. W taki sposób, dosyć nagle utwór kończy się w 8:35 zalegającą ciszą. Ale, zaraz, zaraz! Zgodnie z zegarem została jeszcze minuta w życiu tej kompozycji. I rzeczywiście niespodzianka. W czasowym punkcie 8:57 ni stąd ni zowąd następuje solowe, lawinowe natarcie koalicji perkusyjnej w stylu etnicznego „tańca”, które ginie po dwudziestu sekundach. Przyznać trzeba pomysłowy finał, przynajmniej nieoczekiwany.
 
            Podsumowując można śmiało ocenić, że kwintet Knight Area pod dyrekcją Gerbena Klazingi to na albumie „Nine Paths” uznana marka, prezentująca artystyczną dojrzałość, świadomość swoich instrumentalnych umiejętności indywidualnych, konsekwencję dążenia do założonych celów, dbającą o czysty, klarowny wizerunek techniczny kompozycji, selektywne brzmienie. Na tym albumie podano wszystko jak na tacy, nie próbując ukrywać dwuznaczności, zmuszając słuchaczy do wielokrotnego przesłuchania, żeby je odszyfrować. Owszem, warto sięgnąć po tę płytę wiele razy, ale tylko dlatego, że posiada wiele walorów, od perfekcji wykonawczej, przejrzystej struktury i najmocniejszej siły napędowej, wartościowych melodii cieszących duszę każdego fana. 
 
Ocena 4.5/ 6
Włodek Kucharek

141_evil158x600.gif 144_hmpbanner.jpg 143_kata_158x600 kopia.jpg 139_gojira_158x600 kopia.jpg 140_fatum-158x600-singiel.png 142_sepultura158x600.gif

Goście

3752166
DzisiajDzisiaj1093
WczorajWczoraj814
Ten tydzieńTen tydzień3309
Ten miesiącTen miesiąc1907
WszystkieWszystkie3752166
54.158.251.104