Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

dog eat dog 2019 abk fall instastory posterzyx m

walkyrya italian metal band 111019 m-artzzz b

mh plakat b

mortis plakat m

destroyers i jaguar plakat krakow 1zzz m

praying mantis plakat m

pestilence poster oba net 1k m

hitten plakatz m

true thrash fest m

ghost plakatz m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

alterbridge posterb1zyx m

annihilator plakat666 b

exumer plakat m

voivod plakatzyx m

metalowa-wigilia-2019-web-posterzyx m

deeppurple-poster m

dreamtheater-poster m

rhapsodyoffire-posterb1 m

hammerfall posterb1 m

atropha plakatzzz m

lamb of god i kreator plakat m

mystic festival 2020 m

BLACK LABEL SOCIETY, CROBOT - Gdańsk - 11.03.2015

 

Black Label Society, Crobot - Klub B90, Gdańsk - 11 marca 2015

To kiedy ten koncert? W środku tygodnia? Środa… konsternacja, szare komórki zaczynają pracować szybciej. Zdążę czy nie zdążę? A może jednak urlop? Trzeba będzie się oszczędzać bo przecież kolejnego dnia… to chyba standard dla kogoś zabieganego tak jak ja. Ktoś ma inaczej? Super, zazdrościmy. No więc zatrzymując się przy środzie. To właśnie na ten dzień zaplanowano pierwsze wydarzenie na trasie Black Label Society. Wizyta amerykańskiej grupy to nie lada święto, tym bardziej, że Gdańsk odwiedzili po raz pierwszy. Swoją drogą ciekawa jestem jak im się podobało to urokliwe miejsce. Szok trochę bo kolejka, jaką zastałam przed wejściem do klubu B90 sięgała połowy budynku. Nooo widziałam już takie kolejki i  wiedziałam, że to wróży gorącą atmosferę. I nie pomyliłam się ani odrobinę. Wewnątrz wrzało. Kolejka przez długi czas się nie zmniejszała, a dość obszerne pomieszczenia powoli zapełniały się po brzegi. Wchodzimy, karta doładowana, kurtka w szatni (to rozwiązanie z dwupoziomową szatnią - szacun).

Najpierw Crobot. Co to ten Crobot? Na stronie B90 czytamy taką oto króciutką charakterystykę: „Wyobraźcie sobie kapelę, której muzyka jest połączeniem tego, co stworzyli lub tworzą: Jimi Hendrix, Led Zeppelin, Black Sabbath, Free, Queens Of The Stone Age, Kyuss, High On Fire, Clutch, Fu Manchu, Soundgarden, Wolfmother”.  To tylko część tego opisu, ale dla mnie trafiona w samo sedno. Usłyszałam też sporo inspiracji Rage Against The Machine, ale to oczywiście tylko szufladki. Mnóstwo, mnóstwo pozytywnej energii ze sceny. Już wiedziałam, że wrócę do tej kapeli i jej studyjnego albumu w domowych pieleszach. Szczególnie w pamięć zapadł mi basista Jake Figueroa. Ten koleś naprawdę świetnie czuje się na scenie. Swobodnie oryginalny- przyszło mi do głowy. Do tego charyzmatyczny wokalista Brandon Yeagley i Pensylwania rządzi. Występ Crobot musiał się znacznie wydłużyć, aby wypełnić choć część luki powstałej z racji nieobecności jednego z supportów.

Chodzi oczywiście o Black Tusk, amerykańską sludge-stonerową załogę z Savannah w stanie Georgia. Smutna historia. Zespół zdecydował się na trasę mimo tragicznej śmierci basisty i wokalisty Jonathana Athona. Zaledwie 32-letni Anton zginął w wyniku ran odniesionych w wypadku motocyklowym. Nie dane im było jednak pojawić się na deskach sceny B90. W ostatniej chwili dotarła do nas informacja, że obecny wokalista złamał nogę i trafił do szpitala.

Przykry zbieg okoliczności spowodował dość długie, bo ponad godzinne oczekiwanie na gwiazdę wieczoru. W tym czasie scenę zasłoniła wielka, czarna płachta z logiem zespołu. Ależ to wszystko tajemnicze hehe. Tym bardziej, że zespół bardzo mocno ograniczył możliwość wykonywania profesjonalnych zdjęć podczas koncertu, a zakaz podobno dość inwazyjnie egzekwowała ochrona BLS. Nieco dziwne, ale wiele już dziwności na tym świecie widziałam, więc komentować tego nie będę.  Każdy kto mnie trochę lepiej zna, wie, że Black Label Society wymieniam jako kapelę, którą cenię szczególnie. To już czwarty koncert BLS, na którym byłam, więc mam jakieś tam porównanie. Niedawno nawet usłyszałam pytanie: Czy mi się jeszcze nie znudziło? Hehe publicznie ogłaszam, że nie. I mimo tego, że nie wszystkie dokonania muzyczne podobają mi się bezgranicznie, to sama osobowość Zakk’a i jego gitarowe umiejętności, skutecznie tę przestrzeń wypełniają. Dość tych dywagacji… zawyły syreny, opadła kurtyna i industrialny klimat klubu B90 wypełniła niesamowita moc utworu „The Beginning… At Last”. Podłoga zadrżała. Tego wszyscy oczekiwali. Szkoda tylko, że boczne ekrany zostały wyłączone bo kolumny zasłaniają widok z niektórych miejsc. Szaleństwo pod sceną i skandowanie kolejnych utworów utwierdziło mnie ponownie w przekonaniu, że nie tylko ja słucham tego na co dzień. Świetna komunikacja między publiką, a zespołem. Trasa promowała ostatni album „Catacombs of the Black Vatican” i z tego krążka usłyszeliśmy kilka kompozycji, ale nie tylko. Było też doskonale znane wszystkim "Suicide Messiah", „Bleed for me” czy „Funeral Bell”. W sumie set listę wypełniło kilkanaście kompozycji prezentując przekrojowy dorobek zespołu. Największą dyskusję wzbudziła kosmicznie długa solówka wyciśnięta przez Zakk’a. Ktoś powie wirtuozerka, ktoś inny w tym czasie załatwił kilka koncertowych potrzeb… ale są tacy, którzy właśnie na tę solówkę czekali ze zniecierpliwieniem, bo takie umiejętności wypada chyba tylko podziwiać. Niby lekko zagrana, a gołym okiem widać było spływający strumieniem na podłogę pot. Chyba trochę śliska ta podłoga. Kocioł pod sceną dostał chwilę na oddech podczas dwóch sztandarowych ballad „Angel Of Mercy” oraz „In This River”. Drugi utwór, zagrany z pozycji klawiszy, dedykowany był oczywiście tragicznie zmarłemu przyjacielowi  Wylde’a – Dimebag’owi Darrell’owi. Co można dodać? Reszta to już tradycja. Charakterystyczny statyw do mikrofonu czyli łańcuchy, czaszki i krzyże. Całość występu dopełniały spektakularne efekty pirotechniczne, choć nie tak efektowne jak na koncertach plenerowych. Sztukę zakończył utwór, na który czekałam cały wieczór, czyli żywiołowy „Stillborn”. Były zdjęcia, rzucanie kostkami, pałeczkami, zapoconymi ręcznikami i czym tam jeszcze popadło. Były flagi, życzenia, wyznania miłości dla chapter’ów itp. I KONIEC. Bisów nie było… Podsumowując koncert bardzo dobry, a klub jak zawsze świetnie przygotowany. Ten tydzień był dla ekipy z B90 bardzo pracowity więc pozdrawiamy i życzymy samych takich udanych imprez. 

Małgorzata "Margit" Bilicka

 

blas crobot b

 

127_velesar_maly_baner_reklama_hmp2.png 126_bulletraid_baner2.gif 124_italian_metal.png 129_exhorder_158x600px_eu.gif 125_mantiz_pion.jpg

Goście

2540347
DzisiajDzisiaj2526
WczorajWczoraj3238
Ten tydzieńTen tydzień8874
Ten miesiącTen miesiąc57810
WszystkieWszystkie2540347
3.228.24.192