Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 70sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

xmerry christless plakat m

madfestvol2posterfinalnet m

batushka plakatz m

xhaken plakat m

ivar einar2 m

roadhog plakatk m

slash 2019 poster m

satan plakatk m

 

uriah heep plakatk m

laibach plakatk m

the australian pink floyd show 2019 posterb1 m

turboplakat m

hell over hammaburg flyer august m

riversideplakat m 

kamelotplakat m

overkill plakatk m

korpiklaani plakatk m

voodoo plakat koncertu m

udo plakat m 

 

Sepultura, Obscura, Goatwhore, Fit For An Autopsy - Warszawa - 3.03.2018

       

SEPULTURA, Obscura, Goatwhore, Fit For An Autopsy - Klub Proxima - 3 marca 2018

Sepultura po raz kolejny odwiedziła stolicę naszego kraju. Tym razem promując swoją ostatnią płytę „Machine Messiah”. Mimo, że muzyka zespołu tworzona przez ostatnie 20 lat budzi sporo kontrowersji i mieszanych uczuć wśród metalowej braci, to jednak każdy koncert tej brazylijskiej ekipy w Polsce jest wydarzeniem, które warto odnotować. Choćby przez szacunek do tego, co Sepultura tworzyła na przełomie lat 80-tych i 90-tych.

Koncert zaczął się planowo bez żadnego opóźnienia (brawo dla organizatorów). Jako pierwszy support wystąpiła amerykańska kapela Fit For An Autopsy grająca deathcore z elementami djentu. Sądząc po koszulkach ludzi zgromadzonych pod sceną, zespół ma dość sporą grupę zwolenników. Fani dopisali, akustycy niestety nie. Dostaliśmy gitarową ścianę dźwięku całkowicie zagłuszającą wokal. Ciężko było rozpoznać poszczególne riffy, również stopka nie była praktycznie w ogóle słyszalna. Ale nie jest dla nikogo tajemnicą, że rolą pierwszego supportu jest przedmuchanie głośników i sprawdzenie czy kable są dobrze podłączone. Taka okrutna prawda. Co do strony muzycznej, chłopaki z Fit For An Autopsy zagrali swoje najlepsze kawałki między innymi „Iron Moon”, „The Mammoth” czy najlepiej przyjęty przez publiczność „Flatlining”.

Następny w kolejce był zespół Goatwhore. Muszę przyznać, że należą oni do kategorii kapel, które bardzo lubię, gdyż udowadniają, że grając mieszankę thrashu, death i black metalu i posiadając do tego diaboliczną otoczkę, nie trzeba mieć kija w pewnej części ciała i zachować pełen rockendrolowy luz i dystans. A jak już o kijach wspominamy, to właśnie one pomogły wejść kontuzjowanemu wokaliście L. Benowi Falgoustowi na scenę. Z powodu nogi w gipsie musiał siedzieć cały koncert na skrzyni, ale ani trochę nie ograniczyło to jego żywiołowości. Przybijał piątki fanom pod sceną i podobnie jak jego kumple z zespołu w przerwach między utworami popijał piwko z gwinta. Tak jak wspomniałem, rockendroll pełną gębą. Co zagrali? Można powiedzieć, że „greatest hits”. Nie zabrakło takich perełek jak „FBS”, „Mankind Will Have No Mercy” czy „Forsaken”. Brzmienie może nie idealne, ale i tak o niebo lepsze niż w przypadku poprzedniej kapeli. Przynajmniej dało się usłyszeć wokal.

Mieliśmy dwa zespoły zza oceanu, teraz kolej na kapelę zza Odry. Mowa tu oczywiście o  Obscura. Już na kilkanaście minut przed ich wejściem pod sceną zaczął robić się coraz większy ścisk, gdyż spora część obecnych tego wieczoru w klubie odpuściła sobie w tym momencie delektowanie się złocistym trunkiem oraz rozmowy na filozoficzne tematy w palarni. Mnie osobiście cały hype na tą grupę jakoś ominął, więc w przeciwieństwie do sporej części publiczności, do ich show podchodziłem bez większych emocji.  Już samemu pojawieniu się muzyków na scenie towarzyszyła niesamowita gra świateł, która ozdabiała koncert do samego końca. Obscura promowała koncertem swoją ostatnią płytę „Akroasis” wydaną w 2016 roku. Z tego albumu pochodziły między innymi otwierający występ „Ten Sepiroth”, „Ode To Sun” czy „The Monist”. Oczywiście nie zabrakło starszych numerów jak „Ocean Gateways” czy genialny wieńczący koncert genialny „Centric Flow”, brzmiący jak muzyczny hołd oddany ŚP Chuckowi Schuldinerowi. Oczywiście o żadnych, nawet. najmniejszych brzmieniowych niedociągnięciach w tym wypadku nie ma mowy.

Nadszedł czas na gwiazdę wieczoru. Już w momencie instalowania się zespołu, ostatni najbardziej twardogłowi piwosze i palacze ruszyli pod scenę. Ścisk coraz większy. No i mamy brazylijską legendę na scenie. Sepultura promowała swój ostatni album „Machine Messiah”, więc mogliśmy się spodziewać, że setlistę wypełni na pewno kilka utworów pochodzących z tej płyty. Można było się też domyślać, że repertuar w większości będą stanowić utwory od okresu płyty „Roots”(1996) wzwyż, czyli okresu, gdy zespół odszedł od muzyki jednoznacznie metalowej w stronę nowoczesnych odmian ciężkiego grania (w sumie nie ma się co dziwić, gdyż to większa część ich dorobku).

Ale po kolei. Zaczęli od utworu „I Am The Enemy” z ostatniej płyty.  Z tego też albumu pochodzi następny „Phantom Self”. Potem skok w nieco starsze czasy. Utwór „Kairos” na żywo brzmi o wiele lepiej niż w wersji studyjnej. Następnie powrót do płyty „Chaos AD” (1993) i kultowy numer „Territory”, w którym to Derrick Green przekrzykiwał się z publicznością. A ta zrobiła pogo sięgające do połowy sali. Derrick poza śpiewaniem, podczas niektórych utworów grał na wielkim bębnie, wspomagając tym nieco schowanego perkusistę Jeana Dollabella (przydałby się jakiś podest, bo gość był praktycznie niewidoczny). Dalej też klasycznie, czyli „Desperate Cry” z kultowego albumu „Arise” (1991). Nie rozumiem natomiast zagrania aż dwóch utworów ze stosunkowo słabej, niemalże nu-metalowej płyty „Against” z  1998 roku (chodzi o kawalki „Choke i tytułowy). Potem powrót do promowanego albumu „Machine Messiah”, czyli dość liryczny utwór tytułowy, następnie „Resistant Parasites” i niesamowity instrumental pt. „Iceberg Dances”. Do końca pojechali już absolutną klasyką min. „Refuse/Resist” (refren w połowie wykrzyczany przez publikę) oraz wieńczącym oficjalną część koncertu „Arise”. Jak się zapewne domyślacie nie zabrakło bisów. Były to oczywiście „Ratamahatta” oraz „Roots Bloody Roots” ze wspomnianej już  dla jednych kultowej, przez innych znienawidzonej płyty „Roots”.

Nie powiem, że był to koncert mojego życia, ale uważam, że warto było przejechać te 300 km. Mimo trzaskającego mrozu.

Bartłomiej Kuczak

123_nightwish_158x600px_eu.gif 122_gotthard_158x600px_eu.gif 119_hugsja_hmp002.png 121_meshuggah_158x600px_eu.gif 117_fever_singiel_obey_hmp.gif 124_metalchurch_158x600px_eu.gif 116_accept_158x600px_eu.gif

Goście

1644446
DzisiajDzisiaj213
WczorajWczoraj2523
Ten tydzieńTen tydzień5328
Ten miesiącTen miesiąc45116
WszystkieWszystkie1644446
34.229.140.153

heliconmetalfestivalii m

battle beast plakatk m

kit 2019k m

the iron maidens plakatk m

godsmack 2019 poster m

mystic festivalk m