Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 89sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

pandemic m

Rage, Tri State Corner, Dying Phoenix - Warszawa - 5.05.2024

RAGE, Tri State Corner, Dying Phoenix - Proxima, Warszawa - 5 maja 2024

Ale się bawiłem! No, ale do początku, bo wtedy się jeszcze nie bawiłem… Przybyłem przed rozpoczęciem grania przez pierwszą kapelę, Dying Phoenix. Tłumów nie było, co mnie pierw zaskoczyło, ale siorbiąc piwko i patrząc na jednego faceta w sandałach i białych skarpetkach, zdałem sobie sprawę, że przecież to koniec majówki, więc to zapewne dlatego. Ten Pan musiał być wieeelkim fanem, wyglądał jakby przyszedł bezpośrednio z działki, widły i motykę parkując chyba przed klubem. No ale wyszedł ten Umierający Feniks i zaczął. Na początku brzmienie mi się nawet podobało, przyznam, że nie miałem zielonego pojęcia co to jest i jak gra, ale brzmiało tak jak stare The Gathering czy inne takie death/doomy, które mocno mnie porywały w połowie lat 90. Ale oczy mi się przyzwyczaiły do migających świateł, więc zobaczyłem co się dzieje. Gra ten band, a ludzi pod sceną było mniej, niż na scenie, a ci co na tej scenie byli mieli piórkowe ciuszki, skórki, fatałaszki - jak skradzione z szafy hrabiego Drakuli. No ale najgorsze było dopiero przede mną – dźwiękowiec ustawił wokale i parapet – wtedy umarłem ze zgrozy. Nie to, żebym miał coś na gotyckie granie, The Damned, Southern Death Cult, Bauhaus to extra kapele, ale jest to tak śliskie w połączeniu z naszym kochanym metalem, że ciężko sprawić, żeby nie wyglądało to jak ten Pan w sandałach i skarpetkach z działki…Ludzi się trochę nagromadziło, widać, że im się jednak podobało, była nawet jakaś ballada oraz duecik wokalny typu dialog, ja uciekłem za sofę ze wstydu. Bardzo długo to trwało, przez co wypiłem kolejne, i tak czekałem z łbem podpartym o rękę przy barowym stole. Na szczęście sporo ziomków powpadało, więc było z kim pogadać i ciutek rozluźnić. Następnie zagrała kapela perkusisty Rage, Pana Vassiliosa Maniatopoulosa o nazwie Tri State Corner. Cóż… znów nie była to moja Para trampek, ale przynajmniej był to jakiś rodzaj rocka, który mógłby się spodobać - jednak zupełnie innej publiczności. Wokal Pana perkusisty jest ciekawy, kawałki były mocno radiowe, ale nie metalowe. Dobór tych suportów – dla mnie turbo abstrakcja. Widziałem prawdziwych metalowych hardcore’ów, którzy smętnie spali na schodach czekając na kapelę Peavey’a. A oni z kolei grali jakoś znów jak na suport wyjątkowo długo. No ale w końcu, wreszcie, nastał ten czas. Stanąłem pod bramką, centralnie przez Panem Wagnerem i nie ruszyłem się o krok. Koleś od obsługi, chyba taki ochroniarz, mówi do mnie: Panie wreszcie metal, co to było wcześniej to szkoda uszu. Niestety, ale prawdziwe słowa. Ludzie się stłoczyli i zaczęło się. Dygresyjka: zawsze uważałem, że trio na scenie to jest tak jak to powinno być: każdy zna swoją rolę, nie ma przepychania się, trzeba się ogarniać. Rage to w 100% potwierdza. Zaczęli od "Cold Desire" z ostatniej płyty i od razu zrobiło się wesoło i zapomniałem o czekaniu. Osłuchałem już ten album i uważam, że nie daje, no, wiecie czego. Potem cofka do początku lat 2000 i kawałek "Straight To Hell". Potem z "Trapped" "Solitary Man" – wariactwo, nie tylko z mojej strony. Potem tytułowy "Black In Mind" - ja wtedy trzepałem potem z głowy na wszystkie strony, bo moje włosy to już dawno sobie poszły. "Refuge" z "Missing Link" i prawie płakałem z radości. Dalej: "Back In Time", "Toxic Waves", "Days Of December", "Let Them Rest In Peace", "A New Land", "Great Old Ones", "End Of All Days" no i "Under A Black Crown" na zakończenie setu w wersji głównej. Mam wrażenie że wtedy zagrali "Don’t Fear The Winter", bo jakiś typek pokrzykiwał ten tytuł wcześniej, ale chłopaki mówili, żeby ich nie stresował. A więc to był bis i poszło "Prayers Of Steel" i creme de la crème "Higher", który śpiewała, ryczała, wyła cała Proxima. Gitarzysta Jean Bormann jest tak fajny w tym jak gra, jak wygląda na scenie, że po prostu nie da się na niego i na jego solówki/zagrywki nie patrzeć/słuchać i nie machać piąchą jak debil lub próbować go naśladować na słynnej niewidzialnej gitarze. Dodam, że robiłem to konsekwentnie, zresztą nie tylko ja. A Peavy, ahh Peavy… Dla niespełnionego basisty/wokalisty patrzenie na niego i analizowanie co gra, jak gra i z jakim luzem śpiewa jest jak klejenie modeli lub zbieranie znaczków. Cały koncert dla mnie brzmiał bardzo dobrze, wyglądał świetnie, a atmosfera była jakbyśmy byli u chłopaków w garażu i byli tak blisko ich, na wyciągnięcie ręki, zero dystansu, a przecież to jest kapela która wydała naście albumów! Istnieje tak długo, że to aż niesamowite, że nadal grają dla fanów, co widać i mają z tego mega radochę, co widać jeszcze bardziej. Bardzo ważna rzecz - merch był w normalnych cenach. Jedyny feler, że ciuchy były w rozmiarach albo na mnie za pięć lat jak tak będę żarł jak teraz, albo odwrotnie, jak zacznę brać heroinę i wyglądać jak Cobain. Nie wiem gdzie im się to rozeszło tak szybko, wydawało mi się, że to raczej początek tej trasy. No ale co tam. Apel: Więcej takich koncertów!!! Wielbmy takie kapele!!! No mówię Wam, ale się bawiłem…!

Bartek Łękarski

rightslider_003.png rightslider_004.png rightslider_002.png rightslider_005.png rightslider_001.png

Goście

5221492
DzisiajDzisiaj394
WczorajWczoraj4357
Ten tydzieńTen tydzień11926
Ten miesiącTen miesiąc29426
WszystkieWszystkie5221492
3.238.121.7