Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 94sm

Szukaj na stronie

 
 UWAGA !!! 
         
Drukowaną, kolekcjonerską wersję 
 HMP Magazine 
możecie zamówić pisząc na adres:
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.
 
 

Savatage - Oberhausen - 14.06.2025

SAVATAGE - Hala Turbin, Oberhausen - 14 czerwca 2025

W 2024 niczym grom z jasnego nieba gruchnęła informacja o powrotnych koncertach Savatage w Ameryce Południowej. Serce oczywiście mocno zabiło, ale rozum tłumaczył, że taki wyjazd jest nierealny. Na szczęście kilka tygodni później zespół zapowiedział występ na kilku europejskich festiwalach. Udział w jednym z nich był już bardziej prawdopodobny, ale zważając na bliskość dat z naszym Mystic postanowiłem poczekać. Niestety Polska okazała się jak zwykle nierealna, lecz na trasie zaświeciła się miejscowość Oberhausen w zachodnich Niemczech, tuż przy granicy z Holandią. Daleko, ale dzięki organizacji w sobotę, wyjazd na koncert nie wiązał się z potrzebą organizacji urlopu.

Dając pewną dozę zaufania do nieznanej hali koncertowej udało się nabyć bilety i zarezerwować hotel. Jak okazało się już po kilku tygodniach, decyzja o pośpiechu była bardzo słuszna. Koncert w tym miejscu został wyprzedany jako pierwszy, udowadniając, że trafnie zorganizowano aż dwa dla niemieckiej publiczności.

14 czerwca, na pewno zostanie zapamiętany z powodu panujących warunków atmosferycznych. Ponad 30 stopni Celcjusza, duża wilgotność powietrza zwiększona jeszcze przez deszcz powodowały, że wyczekiwanie w kolejce na otwarcie bram nie było proste. Oberhausen jako miasto nie oferuje zbyt wielu atrakcji turystycznej. Nie jest duże, ale należy do Zagłębia Ruhry tworząc monolit przemysłowy praktycznie bez zauważalnych granic pomiędzy poszczególnymi miejscowościami.

Hala Turbin od początku XX wieku wytwarzała prąd elektryczny na potrzeby przemysłu hutniczego. Wraz z degradacją znaczenia stali dla gospodarki Niemiec obiekt został wyłączony z produkcji i wielokrotnie modernizowany. Aktualnie jedna z dwóch Hal została podzielona na dwie części każda ze swoim wejściem, przez co niektórzy sympatycy zespołu ustawili się z nieodpowiedniej strony. Szczęśliwie kierujący ruchem rozpoznawali po ubiorze gdzie kierować Legionistów, a nie fanów wrestlingu.

Część koncertowa obiektów może pomieścić 3500 osób. Wybudowane balkony dookoła płyty świetnie się sprawdzają umożliwiając części osobom oglądanie koncertu z góry. Niestety mniej więcej w 3/4 długości obiektu znajduje się olbrzymia konstrukcja nośna dachu, za którą jest druga mniejsza część sali również z balkonami. Konstrukcja całkowicie blokuje widok na scenę, przez co osoby nie mieszczące się w głównej części są zmuszone oglądać koncert na telebimie. Dzień wcześniej w tym samym miejscu odbywał się koncert King Diamonda, ale cieszył się znacznie mniejszym zainteresowanie mieszcząc wszystkich na płycie. Wyprzedany Savatage zapchał płytę, balkony i zmusił około 500 osób do zajęcia, ku ich niezadowoleniu, w tylnej części obiektu. Kończąc dygresję: w przypadku tego miejsca nie można odwlekać decyzji o wejściu na późniejszą godzinę. Kto pierwszy ten będzie miał lepsze miejsce, a różnice są znaczne.

Problemem który powstał z połączenia pogody i przeludnienia były oczywiście tragiczne warunki w środku. Po około godzenie stania w oczekiwaniu na support sam niemalże zemdlałem. Życzliwość innych osób umożliwiła mi szybką ewakuację i regenerację. Straciłem w wyniku tego część występu, podobno debiutującego przed tak liczną publicznością zespołu Induction. Aktualnie są znani z tego, że na gitarze gra syn Kaia Hansena, natomiast reszta składu została w ubiegłym roku mocno odświeżona. Zespół doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej mizernej pozycji na scenie. Kupić publiczność spróbowali za pomocą przyspieszonej wersji "Final Countdown" oraz sprawnej konferansjerce. Pochodzący z Włoch Gabriele dysponował ładnym, czystym i wysokim śpiewem. Gitarki pędziły, perkusja wybijała prosty niewyszukany rytm. Całość najmocniej kojarzyła mi się z tym późniejszym Iron Savior. Korzystali jednak z całego „niedobrodziejstwa” 3-ligowego euro power początku XXI wieku, a miejsce na scenie przed „wielkim Savatage” mogło być zdobyte dzięki legendzie taty gitarzysty. Najbardziej wymowny moment to ostatni dialog z publicznością:

- Czy jesteście już rozgrzani?

- (Wielkie chóralne tak)

- Czy tego potrzebowaliście? Chyba nie.. podobało się?

- (Umiarkowane tak.)

- Czy kupicie coś na merchu?

- (Prawie cisza)

- Tak, myślałem

Dystansu do siebie odmówić im nie można. Na pewno było w tym sporo radości zgrania, ale niekoniecznie jakości. Może po zgraniu w nowym składzie uda się im skomponować coś wartościowego, ale na radarze nie zamierzam mieć zespołu.

20 minut przerwy technicznej poświęciłem na powrót pod scenę i odliczanie do początku. Po końcu oczekiwaniu wielki telebim ustawiony za perkusją wyświetlił piękną animację krzaku róży oplatającą słynną białą gitarę. Dokładnie o 21:12 rozbrzmiał "The Ocean" z wplecionym pod koniec instrumentalnym fragmentem "City Beneath the Surface". Dopiero przy "Welcome To The Show", światła oświetliły Zaka, który statycznie rozpoczął powitanie. Ustać w miejscu nie mógł od samego początku Johnny. To najdłuższy stażem członek zespołu był przez cały wieczór największą siłą scenicznego ruchu.

Płynne przejście w "Jesus Saves" zwiastowało pierwsze problemy z gardłem odbiorców przedstawienia. O ile przy pierwszym utworze Zak zaśpiewał pięknie, tak w "kawałku Jona" udowodnił, że jest doskonale przygotowany do różnorodnego setu. Publiczność zareagowała bardzo żywiołowo, będąc tym samym współuczestnikiem spektaklu. Tysiące gardeł, reagując na zachęty Zaka, momentalnie zmobilizowały również wokalistę do większego ruchu.

Złowieszczy śmiech mógł zwiastować tylko jedno. Co ciekawe na scenie nie było żadnego z muzyków odpowiedzialnych za stworzenie "Sirens", ale nie umniejszało to mocy wykonania. Takie cover bandy to ja szanuję. Lekkość z jaką Zak śpiewał bardzo potężnie wprawiała w coraz to większe osłupienie. Niestety nie byłem na żadnym jego koncercie wcześniej, ale słuchałem nagrań oficjalnych jak i nieoficjalnych i nigdy nie doświadczyłem tak dobrego śpiewu Zaka w utworach Jona.

Kolejny utwór był częściową zmianą. "Another Way" - został nagrany przez występujących artystów, ale wokalnie to była kontynuacja Jona. Dopiero kolejny "The Wake of Magellan" pozwolił Zakowi śpiewać po swojemu. Nie jestem fanem przedostatniej płyty zespołu, inne wolę bardziej, ale na żywo odpowiedni dobór i poprzeplatanie ich z innymi sprawiał piorunujące wrażenie. Epicki monument zakończył pierwszy tego dnia wielowarstwowy śpiew całego zespołu. Wrażenia odbioru tego na żywo były znacznie silniejsze niż samotne słuchanie w domu.

Przy "This Is The Time" refren wyśpiewany przez publiczność przy akompaniamencie samych klawiszy mógł podnieść wszystkie włosy na rękach. Chyba nie było osoby, która nie poczuła, że "tu w tej chwili, jest jego miejsce". Strange Wings po raz kolejny ucieszył fanów starszej wersji zespołu jeszcze zanim wpletli w swoją muzykę bardziej progresywne momenty.

Całkowita ciemność i opuszczona przez prawie cały zespół scena udowodniła, dlaczego Mustaine zatrudnił w Megadeth Ala. Gitarzysta zaprezentował wirtuozerski shred z którego płynnie przeszedł w "The Storm". Przy okazji instrumentalnego utworu można było zwrócić większą uwagę na kolejne wyświetlane na telebimie animacje. Raczej krótkie, w dużym zapętleniu i tak budowały piękny klimat. Chyba utwory z "Magelana" otrzymały najlepiej dopracowane. Okręt pośród burzy wzbudzał powagę w każdej scenerii. Jakość innych bywała kontrowersyjna, ale wszystkie pozwoliły lepiej poczuć magię utworów. Niektóre po prostu sprawiały wrażenie sztucznie generowanych.

Po Sztormie nadeszło delikatne "Morning Sun", a po nim wyczekiwane "Handful Of Rain". Grafiki z tej płyty były obecne na scenie od początku, ponieważ zdobiły obie centralki. Po utworze tytułowym telebim zaczął wyświetlać coraz to kolejne flagi państw, a publiczność usłyszała "Chance" z tej samej płyty z obowiązkowym kolejnym tego dnia wielowarstwowym śpiewem. Chyba miałem zbyt wysokie oczekiwania, ale wydaje mi się, że nie udało się powtórzyć magii koncertowej wersji z lat 90. Niemniej finał tego utworu jest tak wielki, że nawet nieidealny pozostaje wspaniały.

Następnie bardzo zgrabny medley zaczęty od "Starlight" przeszedł w "I Am", w którym rolę wokalisty przejął Chris. Zmiana wyszła wybornie, perfekcyjnie gitarzyście udało się oddać szaleństwo z Jona. Nic nie ujmując interpretacjom Zaka poczułem, że Chris mógłby jeszcze częściej występować w roli Jona. W setliście znajduje się informacja o umieszczeniu instrumentalnego "Temptation Revelation", ale nie jestem pewien czy on został zagrany. Może to taka zmyłka by ukryć "I Am", całość miksu zakończyła się natomiast Mozartem i jego Szaleństwem.

Aby jeszcze bardziej nawiązać do początków Savatage Jeff ogłosił, że przejął pseudonim po swoim poprzedniku. Niczym Steve "Doctor Killdrums" Wacholz dał znać, że werbel jest do wymiany i wstrzymał na chwilę cały koncert. Pomiędzy "Dead Winter Dead" i "The Hourglass" lekko wymuszona przerwa techniczna na sprawdzenie, która strona sali jest głośniejsza dała czas na wymianę sprzętu. Oczywiście przy tym ostatnim muzycy znowu popisali się rozwarstwionymi głosami.

Materiał źródłowy na warstwę liryczną Street początkowo nazywał się "Gutter Ballet". Ze względu na wykorzystanie tego tytułu na płycie wcześniej Savatage wydał jako "Streets". Sam "Gutter Ballet" to taki klasyk, że już pierwsze dźwięki klawiszy wywołały kolejną euforię i nucenie całego tłumu. Spoglądając na współuczestników koncertu bardzo łatwo było dostrzec łzy wzruszenia. "Edge of Thorns" z pierwszej płyty Zaka podtrzymał napięcie, które eksplodowało podczas wyświetlania aktualnej wersji "Believe" śpiewanej przez Jona z dedykacją dla fanów. Po pierwszej zwrotce śpiew przejął Zak, ponieważ Jon ze względu na swoją kontuzję nie jest w stanie śpiewać bardziej wymagających fragmentów. Wraz z rozwinięciem utworu na telebimie pojawiły się video oraz zdjęcia Chrisa Olivy, które rozdzielały serce.

Po burzy oklasków zespół nawet na sekundę nie zszedł ze sceny by powrócić na bis. Zamiast tego przysłowiowo dołożył do pieca za pomocą "Tauting Cobras" i zakończył koncert nieśmiertelnym "Hall of The Mountain King", kończąc przygotowaną setlistę.

Kilka ukłonów, pamiątkowych zdjęć stanowiło godne pożegnanie. Gitarzyści powyrzucali wszystkie kostki ze statywów, Jeff pałeczki i dziękując zeszli ze sceny. Bolące gardła publiczności znalazły siły na skuteczne skandowanie, dzięki czemu bonusowo mogliśmy usłyszeć jeszcze numer cover bandu czyli "The Power of the Night". Tym razem to był naprawdę koniec, co przed śpiewem zdążył wyraźnie zaznaczyć Zak. Cała piątka wspierana przez dwóch klawiszowców udała się na zasłużony odpoczynek.

Nie wiem czy ktokolwiek z muzyków spodziewał się takiego współudziału publiczności. Uśmiechy nie schodziły im z ust, najlepsze solówki podawane były z lekkością. Brzmienie sali fenomenalnie uwypukliło gitarę basową. Każde muśnięcie strun przez Johnnego otulało ciepłem publikę. Muzyka w miejscu, gdzie stałem była bardzo czytelna, ale jednocześnie cięższa niż na płytach. Na sali praktycznie nie było przypadkowych osób. Lekko przechylając głowę każdy mógł dostrzec co najmniej kilka śpiewających osób. Część nie mając pamięci do tekstu ograniczała się do słów czy wersów, ale widziałem osoby, które bez problemu idealnie śpiewały całe utwory.

Siłą koncertów nie festiwalowych jest właśnie brak przypadkowości. Dawno wyprzedany zgromadził oddanych fanów. Nie tyle śpiewy, ale hipnotyczne falowanie tłumu, wznoszenie dłoni nie przez garstkę z przodu, ale również przez tych najbardziej oddalonych dawało siłę muzykom. Pomimo gorąca, potu płynącego strumieniami oni cały czas z uśmiechem grali najpiękniej jak tylko potrafią. W tym miejscu mogę jeszcze wspomnieć o bardzo dobrej organizacji, która zapewniała rozdawanie dużej ilości wody. Sporadyczne kilka łyków ratowało przed omdleniami.

To był pierwszy nie festiwalowy koncert Savatage w Europie od 2002. Na pewno usłyszałem w całości lub we fragmentach 24 utwory. Na razie nie liczę "Temptation Revelation", ponieważ nie mam pewności czy naprawdę był. Podczas trasy "Poets and Madmen" (niestety pominięta płyta) zespół grał w całości 25 utworów, ale wszyscy byli młodsi o 23 lata. Zabrakło mi również "When the Crowds Are Gone", "The Dungeons Are Calling" oraz więcej utworów ze Streets. Tym razem jednak wiedziałem, że nie grają ich w tym roku nie czekałem na nie, a każda niespodzianka była już wielką radością. Troszkę ponad 120 minut obcowania z idolami było w zupełności wystarczające. Nie umiałbym wskazać, który z numerów mógłby zostać wymieniony na inny.

Zespół w wywiadach wspominał, że przed trasą zrobi sobie przerwę od innych aktywności na odpoczynek oraz próby. Śledząc social media można było dowiedzieć się, że wszyscy przylecieli do Europy tydzień przed pierwszym koncertem. Pierwsze parę dni poświęcone na aklimatyzację i pozostałe na ostatnie ogranie materiału zostały świetnie wykorzystane. Udało im się osiągnąć piękną formę oraz ułożyć angażujący publiczność set. Co oczywiste zespół składu "Dead Winter Dead"/"The Wake of Magellan" oparł większość setu o swoje utwory, ale oddał należy hołd prawie całemu okresu twórczości. Pomieszanie wszystkich etapów działalności nie pozwoliło się nudzić, oferując w industrialnej scenerii wyjątkowe przedstawienie. Wypełniona sala o wysoko umieszczonym suficie pozwoliła pięknie rysować dźwiękiem. Uczestnicy razem stojący ramię w ramię działali jak naturalny dyfuzor eliminując odbicia dźwięków. Nie wiem czy to to kwestia siły zespołu, ale nie byłem do tej pory na koncercie, gdzie z taką łatwością mogłem tak selektywnie wyłapywać wszystkie niuanse. Budynek nie był budowany jako sala koncertowa, ale adaptacja została przeprowadzona perfekcyjnie. Dodatkowo bardzo dobrą rolę odegrali animator i oświetleniowiec. Dzięki nim muzyka miała taką oprawę na jaką zasługiwała.

Łukasz Ragnus

 
uriah_heep_heavy_metal_pages_158x600.png glenn_hughes_heavy_metal_pages_158x600.png ronnie_romero_gusg_heavy_metal_pages_158x600.png mayhem_heavy_metal_pages_158x600.png drowning_pool_heavy_metal_pages_158x600.png

Goście

6816271
DzisiajDzisiaj3521
WczorajWczoraj4145
Ten tydzieńTen tydzień3521
Ten miesiącTen miesiąc35374
WszystkieWszystkie6816271
18.97.14.82