Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 89sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

pandemic m

"Anvil to moja jedyna nadzieja w piekle" - wywiad z Steve'em “Lips'em” Kudlow'em (Anvil)

 
Anvil sprawia wrażenie zespołu, którego losy toczą się w równoległym wszechświecie, w którym czas zatrzymał się w 1983 roku. Steve Kudlow sam przyznaje, że heavy metal wciąż jest oczkiem w jego głowie i wypełnia całe jego życie. Poniższy wywiad przeprowadziliśmy jeszcze przed koncertami w naszym kraju. Nie ma pytania, czego Steve oczekuje po koncertach w Polsce. Już teraz jednak wiemy, że nasza publika przerosła jego oczekiwania – sam ze sceny przyznał, że na całej trasie AD 2014 nie mieli tak gorącego przyjęcia.
 
HMP: Są jakiekolwiek wywiady z Anvil po 2009 roku, w którym nie ma choć jednego pytania o film? (śmiech)
Steve “Lips” Kudlow: Nigdy! Jest jak jest i zapewne nigdy się to już nie zmieni!
 
Powiedzieliście kiedyś, że po premierze filmu nie macie ani chwili wytchnienia. Jak wygląda przeciętny dzień muzyka Anvil?
Wstajesz, idziesz do vana którymi jeździsz na gig, pomagasz go zapakować, jesz, siedzisz z kumplami, a potem grasz, idziesz pod prysznic i idziesz spać…
 
Płyty wydajecie regularnie, w zasadzie wciąż jesteście w trasie, macie czas na pozamuzyczne życie?
Nie, kiedy nie jesteśmy w trasie, robimy próby i każdego dnia piszemy nowe utwory. Anvil jest tym, co robimy i czego się trzymamy z całych sił.
 
Wiem, że pojawiliście się w jednym z odcinków „Sons of Anarchy”. Nie oglądam tego serialu, więc niestety nie widziałam tej sceny. Domyślam się, że tę malutką rolę dostaliście po sukcesie filmu?
Podczas realizacji naszego filmu spotkaliśmy w Los Angeles Kurta i Katey z tego serialu. Mieszkali naprzeciwko Saschy Gervasi, reżysera filmu Anvil. Byli pośród nielicznych osób, które wiedziały o tym filmie, uczestniczyły w zdjęciach próbnych do wielu jego fragmentów, jak również w procesach jego produkcji i filmowania. Kurt również poprosił nas do nagrania „Slip Kid” The Who z wokalem Franky'ego Pereza (do posłuchania tu https://www.youtube.com/watch?v=hojwp-CqIGw)
 
Wiele osób uważa, że Anvil tworzy bardzo podobne do siebie płyty. Ciekawe mnie, czy słysząc takie opinie, uważacie je za komplement (wierni swojemu wypracowanemu stylowi) czy afront (zjadacie swój ogon)?
Myślę, że na naszych nagraniach jest stylistyczne zróżnicowanie. Na takim „Metal on Metal” słychać wiele odniesień do tego, czym ten gatunek był i czym w rezultacie stał. Płyta zawiera sporo speed metalu, w takich kawałkach jak „Jackhammer” i „666” czy „Scenery” i „Stop Me”, które leciało w kanadyjskim radio. Kawałek „Metal on Metal” był otwieraczem tego albumu. Jest historią. Jest tam na zawsze… i oto chodzi w tej muzyce. Zdecydowanie mamy własną tożsamość.
 
Dokładnie, myślę, że nie do końca można się zgodzić z tym „zjadaniem ogona”. Szczególnie na początku Waszej kariery, chętnie sięgaliście po „nowinki” i przecieraliście szlaki dopiero rozwijającemu się heavy metalowi. Na przykład brzmienie perkusji, jakie mieliście na „Forged in Fire” w świecie metalu stało się popularne dopiero w połowie lat osiemdziesiątych.
To właśnie napędzało nas jako zespół. Chcieliśmy być unikalni, tworzyć muzykę, której nikt inny nie potrafił i nie chciał tworzyć.
 
To, że „przecieraliście ścieżki heavy metalu” potwierdzają niektóre „gwiazdy metalu”. Jak się czujecie słysząc o ważnej roli Anvil w spojrzeniu na metal u wielu znanych dziś muzyków?
Muzyczny biznes olał Anvil i wielu innych muzyków, którzy szybko zrozumieli, że ich talent ma małe szanse na jakikolwiek sukces. Wszystko było jedynie kwestią szczęścia… byciem we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Byliśmy doceniani jako muzycy na wielu płaszczyznach… byliśmy wytrwali i zdolni do adaptowania się bez względu na okoliczności.
 
Niewątpliwie tworzycie klasyczny heavy metal, niewymagający ubarwień, jednak da się zauważyć, że zdarzały Wam się drobne eksperymenty. Cięższe utwory na „Pound for Pound” toynik fascynacji świecącym ówcześnie tryumfy thrashem?
„Pound for Pound” dla mnie był bardziej agresywny, bo „Strength of Steel” był za lekki…
 
Wydaje się, że wielką zmianą było odrzucenie jednej gitary ze składu Anvil. Jak długo musiałeś się przyzwyczajać do pisania pojedynczych partii gitarowych? (śmiech)
(Śmiech) Napisałem wszystko, oprócz jednego numeru na „Hard and Heavy” napisanego przez Dave’a Allisona. Innymi słowy, pisanie i dodawanie gitar zawsze było moim dziełem i tak zostanie.
 
Spokojnie moglibyście grać nadal podwójne partie gitar w studiu, jednak gracie je tak, żeby bez kłopotu odegrać je na koncercie.
Kiedy piszesz i nagrywasz we właściwy sposób, odtwarzanie tego na żywo nie stanowi żadnego problemu.
 
Na okładce ostatniej płyty widnieje kowadło-arka Noego, a zamiast wody jest morze ognia. Jak to rozumieć?
Sądzę, że już to zrozumiałaś! Dla mnie Anvil jest moją jedyną nadzieją w piekle („Hope in Hell”, tytuł ostatniej płyty - red.)… znajduje się ponad tą planetą pełną negatywnej energii. Równie dobrze może unosić się na morzu lawy…
 
Chętnie poruszacie temat świata zdominowanego przez komputery, jak na ostatniej płycie „Mankind Machine”. Teksty odzwierciedlają Wasz lęk o przyszłość świata?
Tracimy tyle ile zyskujemy... za obopólną zgodą. Wszystko staje się elektroniczne, tracimy fizyczny kontakt...
 
Skąd pomysł na napisanie numeru o Call of Duty?
Spotkaliśmy właściciela Activision (wydawcę gry Call of Duty – przyp. red.) i to zainspirowało mnie do napisania kawałka. Obserwowałem mojego syna jak w nią gra, żeby wiedzieć o czym jest.
 
Ostatnio znów zmienił się muzyk na stanowisku basisty. Osoby, które do Was dołączają to z reguły nieznani muzycy. Mam rozumieć, że to ludzie z Waszego środowiska, przyjaciele, a nie efekty zimno kalkulowanego castingu?
Z mojego punktu widzenia tak do tego doszło: nasz basista po piętnastu latach postanowił odejść i potrzebowaliśmy kogoś na jego miejsce. Na szczęście znaliśmy gościa z Nowego Jorku, który mógł go zastąpić i być może zostać na dłużej. Pod koniec dnia pracowaliśmy w salce prób z Chrisem (Robertsonem, obecnym już basistą – przyp. red.), jak również z innym gościem mieszkającym 500 mil od nas. Niemożliwe było pracować w ten sposób, więc zrezygnowaliśmy. Chcieliśmy basisty, który będzie mieszkał w tym samym mieście i który będzie naprawdę dobry… znaleźliśmy to, czego szukaliśmy, a nawet coś więcej!
 
Często jest tak, że zespoły związane latami z wytwórniami, jak Wy ze SteamHammer czują, że kontrakt zabija im wenę twórczą, a płyty brzmią jak nagrane pod presją czasu. Od Was wciąż bije radość grania.
Wytwórnie są po to by wydawać Twój materiał. Nie powinno ich obchodzić jak i kiedy nagrywasz.
 
Jak to się stało, że „This is Thirteen” wydaliście własnym sumptem?
Podjęliśmy tę decyzję samodzielnie. To był mądry wybór.
 
Katarzyna „Strati” Mikosz
Krzysztof „Lupus" Śmiglak
rightslider_005.png rightslider_004.png rightslider_002.png rightslider_001.png rightslider_003.png

Goście

5221504
DzisiajDzisiaj406
WczorajWczoraj4357
Ten tydzieńTen tydzień11938
Ten miesiącTen miesiąc29438
WszystkieWszystkie5221504
3.238.121.7