Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 77sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

kat roman kostrzewskiazq m

vaderazq m

doroplakatze m

nightwishposterz m

opethposterz m

epicaposterz m

helicon metal festival iiidoz m

helloween nowadata m

laibachposterz m

mystic festivalzz m

kiss poster m

steelpanther poster m

evanescenceposterz m

vandenberg poster m

van der graaf generator m

deeppurple 2021 posterb1mn m

fish posterb1 2021 v2ze m

tarja 2021 posterb1 m

 

"Nikt z nikim się nie goni" - rozmowa z Grzegorzem Kupczykiem i Tomaszem Targoszem (CETI)

 

Wywiad z Grzegorzem Kupczykiem i Tomaszem Targoszem był dla mnie nie małym zaskoczeniem. Oprócz okazji do pogadania na temat cholernie dobrego „Brutus Syndrome”, miałem możliwość wypytania się o wiele tematów związanych z CETI, Turbo i o moją ulubioną polską płytę rockową – "Dorosłe Dzieci". Pierwsza i zasadnicza sprawa - to chyba jedni z najmilszych muzyków jakich spotkałem. Nie tylko artyści, ale też fani. Nie było odpowiedzi w stylu: „Poproszę o inny zestaw pytań”, jak zdarzyło mi się usłyszeć od pewnego polskiego gitarzysty. Nie bali się przeszłości. Wywiad był przeprowadzony „face to face” w miłym pubie, a nie „na słuchawce” jak to zwykle bywa, przez co atmosfera samej rozmowy była zdecydowanie luźniejsza. Do tego, powiedzieli co tak naprawdę myślą o swoim albumie, współczesnej muzyce i młodych kapelach. Prawdziwie, szczerze, bez owijania w bawełnę. Zapraszam do lektury, bo wiele z tego co powiedzieli daje mocno do myślenia.

HMP: Witam, na wstępie chciałbym pogratulować świetnego albumu. Pierwsze na co zwróciłem uwagę, to fakt, że ten album jest bardzo ale to bardzo ciężki. Ma ogromną moc, jest zupełnie odmienny od "Perfecto..." – nie jest przecież symfoniczny - , ale też nie jest aż tak klasyczny, jak "Ghost...". Mimo tego ma mnóstwo hard rockowych riffów. Jak byście porównali ten album do poprzednich dokonań CETI?

Grzegorz Kupczyk: Wiesz, zawsze zespoły mówią: „O moja nowa płyta jest najlepsza”, moglibyśmy więc powiedzieć, że to nasza najlepsza płyta, ale szczerze na tym to chyba polega. Zespół musi się rozwijać, powinien robić coraz lepsze rzeczy. Najgorsze to stanąć w miejscu, bo wtedy się cofamy. Jak porównamy ją do poprzednich dokonań? Ja w ogóle uważam, że ostatni okres CETI licząc od płyty "Shadow of the Angel" jest bardzo dobry. Zespół się rozwijał, rozwijał i rozwijał, doszedł do pewnego pułapu i osiągnął taki klasyczny smak. Tak jak powiedziałeś "Ghost..." był bardzo klasyczny, "Perfecto..." totalnie symfoniczne, "Akordy słów" to był totalny odjazd, bo żaden z polskich zespołów heavy metalowych nie zrobił tego co my zrobiliśmy na "Akordach..." i szczerze to prawdopodobnie nikt długo tego nie zrobi (CETI na żywo z orkiestrą symfoniczną). Natomiast ta płyta, "Brutus Syndrome" to chyba najdojrzalsza płyta z kolei. Głównie dlatego, że na tej płycie nikt z nikim się nie goni. Barti (Bartek Sadura - przyp. red.) nie gra szalonych solówek, bębniarz gra właściwie „po prostu”, no jedynie kto jest tam bezlitosny to w miarę Tomek (Targosz – przyp. red.). Zespół gra po prostu, nagrywa nowy materiał i pokazuje, że po tych 25 latach nie musi nic udowadniać, nie musi się z nikim ścigać, a tymczasem jak sam mówisz okazuje się, że możemy coś udowodnić. Tym samym uważam, że jest to najlepszy album dla zespołu CETI.

W pewnym momencie powiedziałeś, że ten album będzie porównaniem "Czarnej róży" i "Ghost...". W jakiej formie i dlaczego tak to postrzegasz?

Grzegorz Kupczyk: Z "Czarnej róży" jest dużo melodyki, w refrenach oraz gramy ten album w zamkniętym stroju. "Czarna róża" jest w zamkniętym stroju. Natomiast "Ghost...", ponieważ udało nam się zachować ciężar płyty taki jak na "Ghost...". Jest to te porównanie tych skrajnych albumów na przestrzeni lat.

 

Kto jest głównym kompozytorem albumu i jakie wydarzenia wpłynęły na całokształt płyty?
Grzegorz Kupczyk: Wszystko komponowaliśmy razem, aranżowaliśmy razem. Powiedział bym, że to jest płyta mocno konsolidacyjna.

Tomasz Targosz: Można tak powiedzieć.

Grzegorz Kupczyk: Duży wpływ jednak, taki radosny, pozytywny jak my to mówimy to miał Tomek, miał mnóstwo nieszablonowych pomysłów.

Tomasz Targosz: Wydaje mi się, że duży wpływ na to może mieć to jakiej my sami muzyki słuchamy. Staramy się przenieść to co nas inspiruje, w mniejszym lub większym stopniu. Kocham lata 70-te i 80-te te wszystkie, pełnej radości riffy. I tak też właśnie chciałem, namawiałem wszystkich.

Grzegorz Kupczyk: No namawiał to prawda (śmiech])

Tomasz Targosz: Podsyłałem różnego rodzaju artystów, tak żeby też w sobie znaleźli inspiracje na tę płytę. Zależało mi, żeby było bardziej durowo, a że zawsze byłem i nadal jestem fanem Turbo i wiem, w którym momencie Grzegorz najlepiej brzmi – moim zdaniem –, starałem się skomponować w kooperacji z chłopakami utwory, które będą nie tyle co nawiązywały, ale będą w mniej więcej tych samych rejestrach, żeby pokazać że można zrobić naprawdę kawał dobrego materiału.

Chciałem nawiązać do twojego wokalu, jesteś w świetnej formie. Jak czytamy wywiady z wieloma muzykami, mówią oni, że chcieli osiągnąć czyjś pułap. Na zasadzie „o mocno inspirowaliśmy się Zeppelinami, Stonesami”, cokolwiek. Ty czasami bardzo podobnie – może nawet nie tyle podobnie – co czuć taką manierę Iana Gillana. Czy to wyszło jakoś intuicyjnie?

Grzegorz Kupczyk: Tak słyszałem już o tym. Powiem ci, że wyszło to właśnie intuicyjnie, nie kierowałem się nikim. Niektórzy nawet mówią, że słychać tam trochę Dickinsona.

Też, dokładnie.

Grzegorz Kupczyk: To jest zabawne (śmiech), ale dużą zasługą, a nastąpiło to już przy "Shadow of the Angel" - jest wbrew pozorom - Wojtek Hoffmann i Marysia, nasza Marihuana (Wietrzykowska – przyp. red.). Dlaczego? Był taki okres w moim życiu, zresztą chyba u każdego, że chciałem być kimś. To chciałem naśladować, chciałem śpiewać jak ten, czy jak tamten, a tym się inspirowałem. W każdym bądź razie, w pewnym momencie powiedzieli mi „Przestań. Zacznij śpiewać po swojemu, nikogo nie udawaj, tak jak na "Dorosłych Dzieciach". I sobie to wziąłem do serca, zacząłem śpiewać po swojemu, nie wcielając się w nikogo. No i na przestrzeni tych płyt, doszedłem do tego gdzie jestem teraz. Do tej formy wokalnej. A to, co śpiewam z kolei tak wysoko, to że ten wokal jest taki a nie inny, to jest efekt wielu wyrzeczeń i prowadzenia naprawdę dobrego, zdrowego trybu życia. Nie przebywanie w towarzystwie osób palących, w pomieszczeniach, gdzie się kopci, nie palenia, nie upijania się, nie prowadzenia jakiegoś maksymalnie rock ‘n rollowego trybu życia. Jestem zmuszony niestety do czasem spartańskiego życia, a powiem szczerze, że brakuje mi tego, żeby gdzieś wyjść, coś zrobić z chłopakami po koncercie. Gdy mamy jeden koncert, to jeszcze zrobimy coś takiego, że posiedzimy, popijemy, tak jak w Malborku. Ale gdybym wiedział, że następnego dnia mam koncert, na bank byłbym grzeczny w łóżeczku. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego co się chce osiągnąć. Był taki moment w moim życiu, jeszcze w poprzednim zespole, gdzie musiałem wybrać „śpiewać” czy „rock n roll”? I wybrałem to pierwsze.

Teraz chciałem zapytać się o teksty utworów. Ja traktuję je jako integralną część muzyki, nie potrafię przejść obok nich obojętnie. Nie mam jeszcze dostępu do tekstów i chciałem się zapytać jak one się mają w stosunku do muzyki? Jest to bardziej koncept album?

Grzegorz Kupczyk: Nie to nie jest koncept album. Trudno byłoby go nazwać koncept albumem, ale na pewno teksty krążą wokół tematyki zdrady, obłudy. Tak jak ostatnio z Tomkiem wspominaliśmy, że wszyscy jesteśmy tymi synami Brutusa, popełniamy ten sam grzech zdrady, kłamstwa, wbijania noża w plecy przez przyjaciela. Teraz teksty były pisane pod dyktando tytułów. To nie jest tak, że tytuł powstaje do tekstu, zupełnie nie. Najpierw powstałą okładka, potem powstał tytuł i do tego namówiliśmy naszego tekściarza, z którym współpracujemy już od ducha – Tomka Staszczyka, żeby trzymał się pewnej konwencji.

Tomasz Targosz: Wyszliśmy też z założenia, że dobry tekst to wiadomo diabeł, bicie, zabijanie ale też wątki mitologiczne czy historyczne czy też właśnie Brutus. Gdy tekst jest dobry, odbiorca zwraca na niego większą uwagę. Mamy takie "Highway to Hell", które komukolwiek puszczone zostanie zauważone przez każdego szarego obywatela, nawet jeśli nie słucha muzyki. I właśnie w podobny sposób chcieliśmy podejść do tego tematu. Też stricte marketingowo, wiadomo, że to też biznes (śmiech).

Gdzie dokładnie album był nagrywany? Tak jak mówiłem wcześniej, jestem pod ogromnym wrażeniem brzmienia, które po prostu urywa nogi. Dawno nie słyszałem żadnego polskiego albumu tak brzmiącego.

 

Grzegorz Kupczyk: Bardzo się cieszę, że tak uważasz. Ja zawsze przykładałem ogromną uwagę do brzmienia.  Czasem mi to wyszło, czasem nie, częściej tak. Udało mi się natomiast poznać i zaprzyjaźnić z facetem, który się nazywa Mariusz Piętka. Zaprzyjaźniłem się z nim podczas nagrywania płyty "Memories", zespołu Kruk, no a potem podczas płyty "Ghost of the Universe". Kiedy zastanawialiśmy się, gdzie tą płytę nagrać, wszyscy zgodziliśmy się jednogłośnie, że zrobimy to u Mariusza Piętki w MP Studio w Częstochowie. Mariusz ma taki zwyczaj, że kiedy mamy u niego nagrywać, on oczekuje wysłania mu takich urywek z próby. Nagranych czy telefonem, czy jakimś tam rejestratorem. Ja byłem tak zaaferowany podczas tworzenia tego materiału, że zapomniałem mu tego wysłać. Powiedziałem mu tylko o co chodzi i wysłałem mu tylko dwie rybki. I on troszkę improwizował. Ale kiedy usłyszał, co żeśmy zaczęli grać, kiedy usłyszał bębny, mówi, że już wie o co chodzi. I kiedy Mucek tam pojechał trochę wcześniej, ustawiać bębny, to już nawet bębny był ustawione w odpowiedni sposób. Tam była historia taka, której nie będziemy zdradzać, bo to nasza tajemnica, ale bębny były nagrywane w tak klasyczny sposób, że efekt jest taki jak słychać, dla mnie jaja urywają, to jest coś nieprawdopodobnego. Zresztą trzeba powiedzieć, że Mucek ma jeden z najlepszych instrumentów perkusyjnych w Polsce, zrobionych zresztą według własnego projektu. I one tak brzmią bez żadnej obróbki, same z siebie. I nawet podczas nagrań były eksperymenty z gitarami, na jakich gitarach ma grać Barti, wziął wszystkie swoje gitary, po czym okazało się, że i tak zagrał na zupełnie innej, bo chcieliśmy uzyskać dół z "Ghosta...", a wysokość z "Róży...", to było bardzo trudne do zrobienia, ale okazało się, że się dało, i Mariusz jako realizator, jako producent nagrań, przeszedł samego siebie, ja cały czas to powtarzam. Zresztą jak pierwsze nagranie usłyszałem, nie wytrzymałem i musiałem podzielić się swoją opinią na Facebooku, że podobnej płyty z podobnym brzmieniem jeszcze nigdy nie nagrałem i Mariusz przeszedł samego siebie.

Teraz chciałem poruszyć temat okładki. Moim zdaniem jest świetna, ale szczerze bardzo przynosi na myśl wiele okładek amerykańskich kapel death metalowych. Mocno mi się skojarzyła z ostatnią okładką Malevolent Creation. Kto jest autorem okładki?

Grzegorz Kupczyk: Autorem okładki jest Piotr Szafraniec. Został nam polecony przez inną firmę fonograficzną, z którą mieliśmy pierwotnie współpracować. Piotr dostał od nas całkowitą swobodę działania. On nie dostał od nas kompletnie niczego. Pytał się nawet o teksty, ale my mu powiedzieliśmy, że nie ma tekstów. Dostał od nas zupełną swobodę. Powiedzieliśmy mu, żeby zrobił nam fajną, ładną, kolorową, komercyjną okładkę. Dostał od nas później tytuł. Mieliśmy trzy tytuły, a on chciał coś, żeby wpisać na okładkę, więc je dostał, i jak jeden z nich wpisał, tak już zostało. Tak więc zaczęliśmy to robić od tyłu strony. Ale efekt jest naprawdę, całkiem pozytywny.

Teraz pytanie do ciebie Tomku. Rok temu przyszedłeś, zastąpiłeś Bartka Urbaniaka, jest to najświeższa zmiana w składzie. Słychać to na płycie. Bas jest śmiercionośnie ukręcony i teraz moje pytanie. Dlaczego zmiana w składzie i jak teraz wygląda współpraca wewnątrz zespołu?

Grzegorz Kupczyk: Bartek odszedł ze względu na stan zdrowia. Nie był w stanie dalej funkcjonować, z różnych powodów. To są sprawy zarówno rock ‘n rollowe jak i typowo zdrowotne. A jak wygląda teraz współpraca? Ja mam wrażenie, że gram z Tomkiem 14 lat. A dalej niech już Tomek mówi.

Tomasz Targosz: (Śmiech) Przytoczę teraz historię, która przypomniała mi się, jak jechaliśmy tutaj do Warszawy. Pamiętam jak Turbo miało swoją trasę z "Awatar", to było jakieś 14, 15 lat temu i grali w Katowicach, bo stamtąd pochodzę, to razem z bratem byliśmy wtedy na tym koncercie. Była to fantastyczna sztuka, bo do dzisiaj ją pamiętam. I jak Kupczyk wchodził na scenę, bo Mega Club był kiedyś bardzo specyficznym miejscem. Nie było takiego typowego backstage, tylko jak się wchodziło i schodziło ze sceny trzeba było przejść obok ludzi, i jak cała kapela wchodziła na scenę, Hoffman, Kupczyk i cała reszta, to byli otoczeni przez takich czterech wielkich miśków i jakimś tam cudem, udało nam się przybić pionę z Kupczykiem. I powiedziałem wtedy do brata: „Wiesz, to jest taki wokalista, z którym chciałbym kiedyś grać”. Przypomniała mi się ta historia i jakimś zrządzeniem losu się udało. I ogólnie cała współpraca z najlepszym wokalistą, bezkonkurencyjnym jeśli chodzi o hard rocka, może nawet nie hard rocka, bo słyszałem wiele gatunków muzycznych wykonywanych przez Pana Kupczyka, zwanego często przeze mnie „Szeryfa” naszego. (śmiech). Wiesz, Vader ma swojego generała, my mamy swojego szeryfa. I jestem pod wrażeniem, bo jakikolwiek zagrasz numer, w jakiejkolwiek kombinacji, jakichkolwiek interwałów, to on zawsze znajdzie coś do czego może „podjechać”. Czy będą to numery Stonesów to i tak zrobi to na swoją modłę. Czy będziemy się wygłupiali i zagramy coś bardziej bluesowego, nie raz zdarzyło nam się pojamować do Zeppelinów, to wszystko świetnie grało. "Memories" zagrane z Krukiem jest tego chociażby świetnym przykładem. Dla mnie gra w CETI jest swego rodzaju spełnieniem marzeń. Zawsze byłem fanem Turbo i pierwszych dokonań tego zespołu, i sam sposób nagrania tego albumu, jest niesamowicie wyjątkowy. Były różne sytuacje, gdzie spinaliśmy się delikatnie, że ten utwór w ten sposób, ten może tak, tutaj trochę szybciej, tutaj trochę wolniej, może ten akord w tym miejscu a nie w tym, to może trochę za słodkie, trochę za wesołe, za dużo ameryki, a la Van Halen. A jednak się udało, jak w małżeństwie, dobry kompromis i udało się uzyskać naprawdę dobrą, solidną płytę.

A jak do tego doszło, że zacząłeś grać na instrumencie i jak do tego doszło, że zacząłeś grać w CETI?
Grzegorz Kupczyk: W CETI to jest bardzo zabawna sytuacja.

Tomasz Targosz: Oj w CETI to bardzo zabawna sytuacja. A jak zacząłem grać na instrumencie, to było to jakoś dwa-trzy lata przed tym koncertem Turbo o którym wspominałem. Zawsze marzyliśmy z bratem, żeby robić coś nietypowego. Ja jak byłem dzieciakiem, to moją największą miłością, którą uwielbiam po dziś dzień było i AC/DC, Guns‘N Roses i Rolling Stones. To była moja wielka trójca święta. I zawsze chciałem być kimś takim jak Mick Jagger, dla mnie to jest największy idol, co prawda z gitarą basową on za wiele wspólnego nie ma, aczkolwiek jest całą osobowością. Jest dla mnie takim prawdziwym magnesem. To jest nie tylko muzyka, ale sposób bycia, sposób postrzegania świata, sposób wyrażania siebie jak występowanie na scenie. A z gitarą basową zaczęło się jak chyba u wielu muzyków. Kiedyś wpadło do odtwarzacza Iron Maiden i już z tego odtwarzacza nigdy więcej nie wyszło. A że brat już grał na gitarze, to nie chciałem w żaden tam sposób konkurować z nim, ale chciałem, żebyśmy mogli szybciej poskładać kapelę do kupy to stwierdziłem: „Ach, niech będzie gitara basowa”. W tym samym momencie odkryłem jakoś Cliffa Burtona i myślę sobie: „Harris, Burton, to są ludzie, którzy mogą mnie zainspirować”. Później było Mr.Big i Van Halen i Thin Lizzy i te wszystkie kapele, które wpływają na mnie po dziś dzień.

Grzegorz Kupczyk: A jak zacząłeś grać w CETI? (śmiech).

Tomasz Targosz: Jak zacząłem grać?

Grzegorz Kupczyk: No przyznaj się, przyznaj (śmiech).

Tomasz Targosz: No to pewnie przeogromny wpływ ma na to fakt, że jesteśmy rodziną. Od sześciu lat mieszkam w Poznaniu, a od pięciu jestem związany z córką Grzegorza.

Grzegorz Kupczyk: A żeby tego było mało, to się wprowadzili i mieszkają podłogę pode mną (śmiech). I kiedy były te problemy z Bartkiem, a my się zastanawialiśmy, kto mógłby z nami grać, a że Tomek zagrał już wcześniej w zastępstwie dwa koncerty, miał przygodę jako techniczny, to zespół jednogłośnie stwierdził, że: „Stary, no nie będziemy szukać ludzi z Polski, skoro masz pod podłogą basistę”. No i poprosiliśmy Tomka, żeby z nami zagrał, on później się przyznał, że tylko czekał na to, zawsze się śmieję ze swojej córy, że nam sprzedała swojego męża, ona też pilnowała tego. Zresztą podobna sytuacja przed laty była z Bartim. Żona Bartiego, sprzedała nam naszego gitarzystę. Ona pilnowała, żeby on wszedł i zagrał. No i teraz te babki mają za swoje (śmiech).

Tomasz Targosz: Taka historia od pomagiera po samą gwiazdę. Podobnie było z Bonem Scottem, który na samym początku był kierowcą AC/DC.

Jaką trasę planujecie na promocję albumu? Podczas "Ghost..." zagraliście chociażby w Szkocji, jak to będzie wyglądało podczas "Brutus Syndrome"?

Grzegorz Kupczyk: Wiesz, jeśli chodzi o Wyspy i Anglię to mamy kilka propozycji, mówię to szczerze, ale czekamy na konkrety. Wiem, że mielibyśmy zagrać w Londynie, chcą żebyśmy wrócili do Szkocji. Ale to, że oni chcą to jedno. My musimy się dowiedzieć na jakich warunkach i tak dalej, to jest wszystko w trakcie załatwiania. Natomiast nie będzie takiej trasy jak ludzie kombinują, że jedziesz na dwa, trzy tygodnie. To nie ma sensu. Nie będzie też samych koncertów po kosztach dla faktów samego grania, raz dla 30, raz dla 100, a raz dla 20 osób, bo wiem, że tak jest. Przewidujemy parę koncertów, głównie weekendowo, na razie oczywiście, na razie będzie akustyczny koncert w Szczecinie 23 listopada, ale już z nowymi numerami, do tego w styczniu jest już pierwszy oficjalny koncert promujący "Brutus Syndrome", potem wyjeżdżamy do Niemiec i wracając z Niemiec zahaczymy o Malbork. I dalej nie pamiętam. Management informuje nas na bieżąco, jesteśmy informowani o koncertach już zabukowanych, czy wiadomo, że one będą, że spełniają warunki zespołu, co jemy, gdzie śpimy i tak dalej. Tak to wygląda. Wiesz, może bym wyjechał na tydzień dwa tygodnie, ale to nie było by to samo, bylibyśmy zmęczeni, każdy kolejny koncert nie miałby tej klasy. W Anglii byliśmy na przykład dwa tygodnie i mieliśmy koncert – dzień przerwy, koncert – dwa dni przerwy. Nie dosyć, że żeśmy pozwiedzali mogliśmy sobie odpocząć, posiedzieć, pogadać i napić z naszymi gospodarzami bo mieszkaliśmy w przepięknym pensjonacie, posiedzieć, pograć sobie na gitarze, pomuzykować. Mieliśmy na wszystko czas, to było naprawdę fantastyczne. Ale jakbyśmy grali jak takie woły codziennie to co to za radocha? To była by robota, a my się chcemy cieszyć swoją pracą.
Tomasz Targosz: Znaczy, no na pewno byśmy nie odmówili, gdyby nadarzyła się okazja wyjechania gdzieś na zachód, mieszkania w nightlinerze i zwiedzenia np.: dwudziestu największych europejskich miast, chociażby dzień po dniu albo z jednym małym okienkiem w środku, to było by cool, ale jeżeli bierzemy pod uwagę polskie realia i zaliczanie koncertu w Katowicach i jechanie kolejnego dnia do Krakowa, a później powrót do Rybnika, może być słabym pomysłem, dlatego biorąc pod uwagę nasz piękny polski kraj – i nie mówię tego z ironią – to stawiamy raczej na jakość, a nie na ilość, póki co prawda.

Ale raczej będą to pojedyncze koncerty, czy udział w jakiś festach rockowych?

Grzegorz Kupczyk: Te festy są też możliwe, dostaliśmy parę takich wstępnych ofert. Być może zagramy nawet na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, bo taką ofertę dostaliśmy już, promując "Brutusa...", ale to wszystko jest jeszcze w powijakach, jest załatwiane, są oferty, są rozmowy. W zeszłym roku graliśmy parę takich większych imprez, z których taką najbardziej spektakularną był koncert na zamku w Malborku, no to było absolutne mistrzostwo świata. Było to wspaniale przygotowane, fenomenalnie nagłośnione. Zresztą mamy teraz swojego akustyka z którym jeździmy, i to był koncert, który pokazał, że zespół idzie na jakość, ponieważ koncert był tak dobrze nagłośniony, brzmiał tak doskonale, że ludzie przychodzili i sprawdzali, czy my z playbacku nie gramy. Autentycznie tak było. O to właśnie chodzi, żeby to było jakościowo, a nie ilościowo. Zobaczymy.

Tomasz Targosz: Chcemy wziąć pod uwagę popularność albumu. To jest jakby wyznacznik. Łatwo wypuścić płytę i pojechać od razu w trasę, a ludzie jeszcze nie znają płyty, nie osłuchali jej, i granie takich koncertów może być graniem dla kilku osób.

Grzegorz Kupczyk: Tym bardziej mamy teraz spore poparcie, jesteśmy w firmie, do której trafiliśmy, liczymy też na to, że Metal Mind będzie nas lokował w swoich koncertach, no bo to jakby było w ich interesie, w wspólnym interesie, więc na to czekamy.

Teraz chciałem przejść do aspektu historycznego. Jak zaczęła się wasza przygodnie, nie tyle z samą muzyką, co z metalem. Jakie były wasze najważniejsze albumy w tym, bądź co bądź docelowym gatunku. Co was w nim najbardziej poruszyło?

Grzegorz Kupczyk: Mój pierwszy album który sam kupiłem za niemałe pieniądze, jeśli mówimy o zachodnim wykonawcy, to na pewno była dwójka Zeppelinów. Na bank. Zapłaciłem za nią 800 złoty, to była masa pieniędzy, 1/3 wypłaty mojej mamy. Tak wtedy ludzie zarabiali. Z polskich, pierwszy zespół, który zrobił na mnie wrażenie, wręcz mnie zmiażdżył, to był poznański zespół Stres i potem zespół Test. No a potem to się rozwijało. Jak kupiłem Zeppelinów dwójkę, to później kupiłem trójkę, później czwórkę, później Black Sabbath i tak dalej i tak dalej. Człowiek się rozwijał. U Tomka myślę, że zaczęło się od trochę nowszych rzeczy.

Tomasz Targosz: Nowszy? Nie, nie, nie! Pierwsza płyta, którą kupiliśmy z Bratem, zrzuciliśmy się z kieszonkowego, kupiliśmy na kasecie od kolegi, który zmienił swoje preferencje, jeśli chodzi o muzykę, sprzedał nam po okazyjnych cenach "Back in Black" i "Razor’s Edge" AC/DC. Wszystko w cenie jednej kasety. I to były takie nasze pierwsze oryginalne pozycje. Później wiadomo różne rzeczy się kupowało, natomiast pierwszą płytę to pamiętam kupił mój brat, zbierał na nią cały miesiąc - bo palił papierosy mając 14 czy 15 lat – to było "Kill’Em All" Metalliki. Teraz już z poszarpaną okładką, ale pamiętam, że kupił oryginalną.

Grzegorz Kupczyk: Nie kłam, przegrywaną kupił (śmiech).

Tomasz Targosz: (Śmiech) To było już parę ładnych lat temu, więc swoje przeżyła. I chyba "Somewhere in Time", Maidenów. To był ten czas, kiedy zwróciłem uwagę na bass i to, że chcemy być gwiazdami rocka (śmiech).

Grzegorz Kupczyk: Mogę ci powiedzieć, bo to też wiem, Marysia zakochała się kiedyś bardzo w zespole Whitesnake, bardzo lubi Iron Maiden bo uważa, że jest tam wiele radości grania. Ona z kolei gustuje w takich nagraniach jak Masterplan, Stratovarius. Lubi takie klimaty. Mucek to jest maidenowiec.

Tomasz Targosz: Tak, AC/DC i Maiden.

Grzegorz Kupczyk: A Barti? Chyba też klasyka. Purple, Maiden bardzo.

Tomasz Targosz: Ostatnio mu podrzuciłem nowy Kiss, Lynch Mob to kupił to.

Grzegorz Kupczyk: Podoba mi się strasznie u Bartiego, że on w tych klasycznych rzeczach ciągle coś nowego wynajduje. Tomek mu podrzuca niejednokrotnie nowsze rzeczy, no czasami inne gatunkowo, a ja mu daje totalne tuzy hard rockowe. Jest totalnie otwarty na takie rzeczy i czasami potrafimy siedzieć, a on się cieszy z tego, co na mnie już wrażenia nie robi. Po czym jeszcze raz sobie tego przesłucham. Jest taki fajnie zakręcony. Bardzo pozytywny facet.

Brałeś udział w bardzo wielu kapelach. Turbo, to wiadomo, ale też Last Warrior, Panzer X czy inne. Jak w takim ogromnym skrócie można porównać współpracę w tych wszystkich kapelach. Wiadomo CETI jest najlepsze, bo w CETI obecnie grasz. Jak było w poprzednich?

Grzegorz Kupczyk: Tak jak powiedziałeś, zacznijmy od końca. W CETI było najlepiej. Fantastycznie pracowało mi się podczas nagrań Panzer X. Kapitalnymi ludźmi, niezwykle pozytywnie nastawionymi do życia byli panowie z Esqarial. To były po prostu wakacje. Non Iron fajnie ale mogło być lepiej, natomiast w Turbo nigdy nie było jakiejś specjalnej przyjaźni. No może nie nigdy. Był taki moment przełomowy w zespole, gdzie razem jedliśmy suchą kiełbasę, spaliśmy w tych samych hotelach, piliśmy te same jabole. Ale to było tylko i wyłącznie podczas nagrań do "Kawalerii Szatana". Przedtem było tak sobie, a potem było tylko z górki. Nawet Wojtek Hoffman często mówi, że w zespole Turbo nigdy nie było przyjaźni. Tak trzeba mieć dużo zdrowia, albo być tak samo zakręconym, żeby w tym zespole być. Ja już dłużej nie wytrzymałem. Też gwoli ścisłości, my mamy z tymi ludźmi cały czas kontakt, przyjaźnimy się, jest super, naprawdę, nie ma żadnych niestrawności, po prostu nasze drogi muzyczne się rozbiegły, te tryby nie współpracowały, nie byliśmy jak klocki hamulcowe i tarcza.

Była sytuacja, że na koncercie Turbo krzyczeli „Nie ma Turbo bez Kupczyka”...

Grzegorz Kupczyk: Tak to było na 30-leciu zespołu. Wielka afera z tego była. Ale to samo czasami się zdarza na naszych koncertach, podchodzą ludzie i pytają się cały czas o to. Wiesz, ani jedna ani druga strona nie ma parcia na to. Jakby było tak jak na Zachodzie, że proponowali by jakieś kolosalne honoraria za to, to może byśmy się zastanowili wszyscy, ale tak to nie ma sensu.

Tomasz Targosz: Powiedzmy, że jeśli Hagar wróci do Van Halen, to Kupczyk wróci do Turbo (śmiech).

Widzę, że nie jestem jedynym który woli Hagara w Van Halen. Teraz chciałem zapytać się o płytę "Epidemie" Turbo. Jest jedyną płytą, na której jesteś razem z Litzą. No Litza jest osobą, która pociągnęła Turbo w stronę tego technicznego, miejscami nawet death metalowego grania, jak wtedy wyglądała współpraca między wami? No bo przed, wiadomo "Kawaleria Szatana", która jest dla mnie ikoną polskiego speed metalu, a przez zachodnich metalowców jest absolutnie kultywowana i traktowana jako świętość, natomiast po tym było "Dead End", gdzie ta muzyka poszła w tą stronę znacznie cięższą. Dlaczego tak się stało, że muzyka zmieniła tak swój kierunek?

Grzegorz Kupczyk: Turbo to było zawsze gonienie za modą. I mówienie tak jak Wojtek, że on chciałby, żeby zespół się rozwijał, to jest mówienie o niczym. Absolutnie to nie jest złe, taką ma politykę Wojtek i to on ten zespół prowadził. Natomiast jeśli chodzi o płytę "Epidemie", to nie tak do końca Litza stał za tym. Owszem, on miał duży wpływ, ale to była tak naprawdę gonitwa za zespołem Anthrax i Flotsam and Jetsam. Wtedy one były na fali i Wojtek koniecznie chciał tak grać. Natomiast jak się pracowało z Litzą? Ja uważam do dzisiaj, że Litza był implantem w Turbo, to nie był ktoś dla nas. Fajnie, koleś w porządku i do szklanki i do panny ale to nie był koleś z tej samej bajki. Kiedy powstała płyta "Epidemie", to pamiętam, że poszedłem do Marysi i powiedziałem, że ja nie wiem jak długo pociągnę, bo nie wiem co się dzieje w tym zespole. Nie rozumiem tej muzyki, nie kumam jej w ogóle. To nie była moja bajka kompletnie. Potem gdzieś się okazało, że coś się wydarzyło jak mnie nie było, że Wojtka Hoffmanna też wyrzucono, Turbo grało bez Hoffmana, no jakieś straszne rzeczy się wydarzyły. Mogę po latach słuchać tej płyty, ale nie mogę jej słuchać jako płytę Turbo. Wtedy jest to sytuacja dla mnie akceptowalna.

Chciałem się teraz odnieść do książki „Jaskinia Hałasu”. Jest to książka, w której wypowiadają się fani i muzycy wielu małych, undergroundowych kapel, które zagrały na jakiś S’Thrash’ydłach i innych Thrash Campach i w sumie poza to nie wyszły. Zawsze jak jest tam poruszany temat Turbo to „Turbo to inna bajka, bo byli jak chorągiewka na wietrze”. Jak Ty się odnosisz do tych słów?

Grzegorz Kupczyk: No niestety zgadzam się z tym. Pamiętam jak materiały były tworzone, pamiętam, teraz to się mówi „inspiracje”, ale to była taka moda. Ja zawsze to powtarzałem i nadal tak twierdzę. Płyta „Dorosłe Dzieci” to jest zrzynka z Iron Maiden, płyta „Kawaleria Szatana” – mimo, iż jest doskonała – to tam jest Iron Maiden z Metallicą, powiedzmy to szczerze, niestety tak było. To była chorągiewka. Nawet jak robiliśmy płytę „Awatar”, to między nami dochodziło do ogromnych spięć, bo twierdziłem że nie należy grać takiego materiału, że należy wrócić do korzeni, czyli do „Dorosłych Dzieci”, bo takiego materiału ludzie oczekują, połączenia „Dzieci...” z „Kawalerią...”. Ale nie, my w zamian usłyszałem, że my musimy pokazać że jesteśmy twardzi, czyli znowu było gonienie za jakąś modą. Potem jak rozmawiałem z Darkiem Świtałą, to stwierdził, że płyta "Tożsamość" powinna powstać najpierw, później "Awatar". No coś w tym jest. Turbo zawsze było chorągiewką i nadal coś w tym jest. Nie ma w tym złośliwości, ale takie są fakty.

Tomasz Dziubiński. Jest chyba najbardziej znienawidzoną osobą w tej książce. Mimo, iż miał pod sobą masę niezłych kapel jak Turbo, Wilczy Pająk, Kat, Hammer, to był goniony przez wiele mniejszych bandów jak Exorcist i traktowany jako ktoś, kto niszczył polskie metalowe podziemie. Jak to wyglądało z twojej perspektywy i jak to naprawdę było?

Grzegorz Kupczyk: Wiesz, nie było różowo, ale trzeba sobie odpowiedzieć, czego te zespoły oczekiwały i jaki był wkład tych zespołów w to co się działo. Bo to nie jest tak do końca, że Tomek wszystko rozpieprzał czy wszystkich kantował. Tylko młode zespoły wyobrażały sobie, że wydadzą demo czy płytkę i to już jest koniec. Nie pogadasz z nimi. Mają już wymagania, to są gwiazdy, mają lepszy sprzęt niż zespoły kiedyś. To tak nie jest. Moim zdaniem problem polegał na tym, że te zespoły po prostu za dużo sobie wyobrażały i zderzenie z rzeczywistością było dla nich bardzo bolesne.

Tak jakby nie mogli przejść przez tę początkową drogę.

Grzegorz Kupczyk: Dokładnie, tutaj płyta, koncert, Ameryka, autografy a tu jeb i nie ma.

Tomasz Targosz: Tak jak było z kilkoma kapelami, nie wiem czy to Dragon czy Hammer. Bardzo krótkie epizody.

Grzegorz Kupczyk: Za dużo sobie wyobrażali. To jest tak, jak młody człowiek wchodzi w dorosłe życie. I nagle wydaje mu się, że cały świat należy do niego. O będę miał pracę, zarabiam, kupię samochód, będę miał piękną żonę, pojadę na Hawaje i nagle jeb! Małżeństwo jeb! Dziecko, wszystko się rozpada, pieprzy, nie ma pracy, rozwody, Jezus Maria. Dokładnie to samo. To jest proza życia.

Chciałem się teraz zapytać jak wygląda twój kontakt z członkami Turbo obecnymi i byłymi. Są jakieś niedokończone sprawy?

Grzegorz Kupczyk: Raczej nie, z Wojtkiem mamy bardzo przyjemny kontakt, rozmawiamy z Tomkiem Struszczykiem, z perkusistą mamy bardzo bliski kontakt, jakoś tam się trzyma. Może nie jest to coś niesamowitego ale jest okej.

Tomasz Targosz: My się jakoś nigdy nie wypowiadaliśmy na temat ostatniego krążka Turbo – "Piąty żywioł" –, natomiast Wojtek sam powiedział nam i osobiście na "fejsie", że jest pod wielkim wrażeniem tego utworu, który wypuściliśmy jako singiel promujący "Brutusa...", więc było nam niezmiernie miło.

A jaka jest wasza opinia o ostatniej płycie Turbo?

Tomasz Targosz: Ja naprawdę lubię tę kapelę, bo dla mnie jest to jedna z nielicznych polskich kapel, które są wartościowe. Lubię "Dorosłe Dzieci", "Smak ciszy" no i "Kawalerię..." która jest dla mnie takim magnum opus jeśli chodzi o metal. Zawsze wolałem bardziej Turbo niż Kata, bo był dla mnie trochę za bardzo przereklamowany jeśli chodzi o tego diabła. Lubię diabła, diabeł jest spoko, ale tam było go aż za dużo. To tak jak chcielibyśmy grać heavy metal ciągle w jednej tonacji. To stało by się niestrawne. Aczkolwiek szacun wielki, bo miałem czas gdy pierwsze płyty Kata czy "Bastard" słuchałem bardzo dużo, aczkolwiek Turbo zawsze było numerem jeden, no i pierwsze dokonania Acidów czyli "Are You A Rebel" i "Dirty Money Dirty Tricks". Późniejsze płyty Turbo natomiast to trochę za dużo thrashu. Wiesz ja kocham piękne melodie. A ostatnie płyty Turbo? "Strażnik Światła" mi się nie podoba ze względu na wokal. Wykonany jest naprawdę przyzwoicie, technicznie okej, no ale... A "Piąty żywioł"? Jest dla mnie strasznie płaski. Po przesłuchaniu pierwszego, drugiego, czwartego kawałka odniosłem wrażenie jakbym słuchał "Kawalerii Szatana". Kopiowanie samego siebie jest okej, ale patrząc na zachodnich artystów, AC/DC nie kopiuje siebie ale trzyma swój styl. Natomiast tutaj tak jakbym słyszał coś z "Kawalerii Szatana", nawet w tej samej tonacji. No i wiadomo, ze istotą każdej kapeli jest porządny frontman. Jeżeli wokal jest dobry to muzyka może napierdalać nawet obok, a wszystko będzie grało, a tam tego nie ma. Jak pojawiłby się dobry wokal to bym posłuchał, ale tak po kilku numerach musiałem wyłączyć. Próbowałem po czasie, spróbować podejść, ale jak pojawiał się wokal musiałem wyłączyć. No wybacz Tomek, ale to zupełnie nie moja bajka. Wiesz, Van Halen jest cudowny jak jest z Lee Rothem ale ten gość jest bardziej showmanem. Jak natomiast przychodzi Hagar i odpalam "5150" to absolutnie kocham. Czy "Balance" czy "F.U.C.K.". To frontman powoduje, że kochamy takie kapele.

Grzegorz Kupczyk: Mi natomiast trudno się wypowiadać na ten temat, mogę powiedzieć, że zgadzam się z Tomkiem, ale jako wokaliście trudno się wypowiadać. Cokolwiek powiem to wiesz jak to będzie odbierane. Musiałbym powiedzieć „zajebiście!” wtedy wszyscy by mnie kochali.

Tomasz Targosz: Dobra i tak mnie już znienawidzą (śmiech).

Grzegorz Kupczyk: (Śmiech). Ja zawsze byłem pod wrażeniem gry Wojtka Hoffmanna, jestem jego fanem, przyjaźnimy się, zawsze oceniałem go bardzo wysoko, zawsze uważałem, że jest jednym z najlepszych gitarzystów w Europie, bardzo niedoceniony i tutaj zawsze będę mu kibicował, słuchał jego płyt solowych itd. itd.

Jak wygląda sprawa z Panzer X i Last Warrior. Istnieją jeszcze te zespoły?

Grzegorz Kupczyk: Last Warrior istnieje, nie napinamy się, jak jest coś do zagrania to sobie zagramy, na luzie. Panzer też jest projektem, fajnie było by nagrać jakiś materiał, jakieś koncerty, ale Piotr jest bardzo zajęty, ja jestem bardzo zajęty. Jedyny koncert jaki odbył się to z okazji mojego trzydziestolecia, mamy z tego DVD i to niedługo zostanie wydane, jednak nie należy liczyć na jakieś super powroty tych bandów.

Może nie będę teraz oryginalny w tym co powiem, ale moim ulubionym albumem Turbo są "Dorosłe Dzieci". Jest to pierwszy album Turbo, za który się zabrałem i no już od ponad 30 lat – owszem wiele zespołów nagrało równie dobre albumy –, ale żaden zespół nie nagrał równie szczerego w przekazie albumu jak "Dorosłe Dzieci".

Tomasz Targosz: I nie było albumu z tak mocno brzmiącym basem (śmiech).

To prawda, chociaż "Brutus Syndrome" konkuruje. (śmiech) Jak wtedy on powstawał, ja wyglądały wasze relacje, byliście jeszcze wściekli i co sprawiło, że powstał de facto najszczerszy album w historii polskiej muzyki.

Grzegorz Kupczyk: (Śmiech). Wiesz dużo muzyki dawał Wojtek, bardzo dużo. To był wtedy taki okres, że zaczęliśmy się poznawać. Ja zafascynowany Coverdalem, Wojtek Purplami z Coverdalem, Piotr Przybylski miał fioła na punkcie Iron Maiden, w ogóle dzięki niemu poznaliśmy Iron Maiden, Andrzej był taki purplowiec trochę, Anioła to był taki Bonham troszkę. Nagrywanie było przezabawne bo my na tą płytę zrobiliśmy bardzo dużo utworów. Było wiele utworów, które nigdy nie zostały nagrane, a szkoda, bo były to kapitalne kawałki. Na przykład utwór "Kiepski finał", który znalazł się jako bonus na "Dorosłych Dzieciach" z koncertu. To jest utwór który bardzo przypominał okres Purpli z "Come and Taste the Band". Ja ci powiem, gdzie jest szczerość tego wszystkiego. Nie było żadnej chemii w tych nagraniach. Wojtek włączał Gibsona SG, kabel, wzmacniasz 50 Marshalla. Nie było żadnych distortion, pierdół, kaczek, Wojtek nawet nie miał wajchy w gitarze, on to robił kluczem. Wszystko to była taka samoróba. Bębny, które tam są to są Ever Playe, Anioł grał na Ever Playach, bass to jest gitara, bas jest czeski, więc wyobraź sobie z jakich instrumentów mogliśmy wycisnąć takie rzeczy. Grupa młodych ludzi. Piotr Przybylski miał 16 lat! Ta energia poszła do przodu, na tym to polega.

Masz nadal kontakt z Piotrkiem Przybylskim i Wojtkiem Aniołem?

Grzegorz Kupczyk: Z Wojtkiem Aniołem tak, bo jest chrzestnym mojego syna, z Piotrkiem Przybylskim zupełnie nie, wiem tylko że waży 170 kg, jest obwieszony złotem i ma jakiś biznes obuwniczy. Tyle tylko wiem, ale kontaktu nie mam kompletnie. Ale chyba nikt z nim nie ma kontaktu, na 30-lecie miał być zapraszany ale nie można było do niego dotrzeć.

Śledzicie nową scenę rockową i metalową? Jakie młode, świeże kapele was zainteresowały, czy to z Polski czy z Zachodu?

Tomasz Targosz: Nie jestem aż takim fanem muzyki metalowej, lubie Maiden, Saxon czy pierwsze Running Wild, ale jest kilka kapel rockowych, które może nie są aż tak młode. Amerykański Rival Sons, mają w sobie wiele Zeppelinów i trochę psychodelii Doorsów. W tym roku wypuścili czwarty album i grają wybitnie dobrze, bardzo mi się podoba. Jest też świetna brytyjska kapela Heaven Basement, łupią takiego klasycznego hard rocka. Przejechali całą Europę z Bon Jovi. Świetna jest też irlandzki The Answer. Fajny jest jeszcze szkocki, ale bardziej bluesa grają The Temperence Movement, widziałem ich na koncercie w Poznaniu w małym klubie, ale niesamowita energia, nie było niewiadomo nie wiadomo jakiej promocji, ale przy 80 osobach w klubie zagrali niesamowicie, zero gwiazdorzenia. Telecastery, fender jazzbass i po prostu zagrali. Z taką miłością do rock'n'rolla, że gdyby to było AC/DC to bym płakał. Jest jeszcze brytyjska kapela The Treatment, ale to bardziej amerykańskie granie. Ale brakuje im tego brytyjskiego pazura. Amerykanie mają to do siebie, że czasami za bardzo chcieli kopiować to co wyszło z Wielkiej Brytanii. Kocham The Who, Stonesów, Zeppelinów, Free, Bad Company te wszystkie bandy one były jakieś. Ameryka natomiast serwowała mix tego wszystkiego w ładnym plastikowym opakowaniu. Brytyjczycy mieli heavy metal, amerykanie chcieli być lepsi i zrobili thrash. Ale to właśnie Wielka Brytania jest takim sercem jeśli chodzi o muzykę.

Grzegorz Kupczyk: Ja natomiast mam do czynienia z Polską sceną muzyczną, dostaje bardzo wiele płyt, bardzo wiele produkcji, niektórych znakomitych. Często zasiadam w różnych jury, czy wysyłają mi materiały, żebym powiedział co sądzę. Problemem jednak wielu kapel jest to samo co przed laty. Ludzie myślą, że jak nagrają płytę to jest już koniec świata. Chwycili pana boga za nogi. A ja zawsze powtarzam, że to przedproże dalszego przedpokoju. Jeszcze przed nimi długa droga. Co z tego że się nagra płytę, demo, wyda ją bóg wie jak niesamowicie, będzie niesamowicie brzmieć. I co z tego? Byłem ostatnio na przeglądzie, w Wesołej, koło Warszawy. To samo było na przeglądzie JP w Warszawie. Odnieśliśmy wrażenie w jury, że część z tych zespołów wychodzi za karę. Nie ma: „ja pierdzielę, idziemy zagrać, tak!, wychodzimy, gramy, raz, dwa, trzy, cztery”. Jakaś totalna jazda. Brakuje im pasji, nie ma przekazu energii. Jeśli chodzi o zagraniczną muzykę to tkwię szczelnie w swojej kochanej hard rockowej muzyce. Dostaję różne nowości, niektóre mi się podobają, niektóre nie, niektóre mam w swoim samochodzie, bo zrobiły na mnie wrażenie, a niektóre nie. Ale jestem twardy w swoim postanowieniach. Whitesnake, Zeppelini, Purple, Sabbaci itd. Ich nowe pozycje nabywam, słucham i dobrze się z tym czuję.

Tomasz Targosz: Jeszcze nie mógłbym wspomnieć o nowych kapelach bez The Winery Dogs. Doskonałe trio. Sheehan, Kotzen i Portnoy. To jest moment od którego polubiłem Portnoya.

Grzegorz Kupczyk: Świetne jest też jeśli chodzi o połączenie staroci z nowością California Breed.

Tomasz Targosz: Tak dokładnie! Dużo bardziej mi się podoba, aniżeli Black Country Communion. Jest więcej funky, więcej swobody. Nie ma tej takiej chirurgii jaka jest u Bonamassy. Nie ma odegranego wszystkiego od a do z, tylko ten młodzik Andy gra właśnie tak brudno, ciekawie, w stylu lat 70-tych.

Jak z perspektywy muzyków ocenicie przemysł muzyczny na przestrzeni tych dwudziestu lat. Kiedy ludzie kupowali płyty, ale teraz jest Internet i łatwiej jest do ludzi dotrzeć. Dwa odmienne bieguny, gdzie są zarówno zwolennicy jednego jak i drugiego.

Grzegorz Kupczyk: Rzeczywiście pod tym względem za komuny było lepiej. Ludzie łaknęli tej muzyki, kupowali płyty, z tym nie było żadnego problemu. Internet troszkę pomógł a troszkę zabił, to o to chodzi. Ale mi najbardziej brakuje tego co jest w Stanach, co jest w Anglii. Owszem ludzie ściągają muzykę z netu, ale kupują płyty, chodzą na koncerty. Dla mnie to jest niepojętne co się dzieje w Polsce. Albo się powinno zamknąć Polakom muzykę na rok, żeby zaczęli tęsknić, być głodni tej muzy, albo w jakiś inny sposób. Bo ja nie jestem w stanie pojąć tego, że jesteśmy w Szkocji, gramy w klubie jakimś tam, obok nas jest sześć innych klubów, gdzie w każdym jest koncert i każdy jest zapełniony. Przy czym u nas bilet był najdroższy, bo kosztował 8 funciaków. Ale wszędzie są ludzie, chodzą tu i tam. Aczkolwiek często muzycy strzelają sobie w kolano, bo tak jak mówiliśmy, grają za byle ile i na byle jakich warunkach. I to nawet klasycy polskiego rocka. Bo chcą zagrać koncerty za wszelką cenę. Nie ma sumy gwarantowanej a powinna być. Dzielenie się zyskami to jedno, ale opłacanie hotelu i transportu, żebyśmy mogli tam zagrać. Bo za chwilę znajdziemy się w sytuacji, że zespoły nie będą na przykład przyjeżdżać do Rudeboya, bo im się nie będzie opłacać i Rudeboy będzie stał pusty. Albo będą grać tylko lokalne zespoły. Bo kogo będzie stać, żeby jechać z Poznania czy Gdańska, wydać 2000 złoty, żeby zagrać za darmo.

Tomasz Targosz: Nie ma właśnie tego managementu, który był w latach 70-tych i 80-tych, który by o to zadbał. Nie ma nikogo, kto przypilnowałby, żeby w tym miejscu było tyle i tyle plakatów. Tej podstawowej promocji, czy nawet już sam komfort grania koncertów. Czy kapele, które sprzedają prawa do swojej muzy pierwszej lepszej wytwórni, a później chcą grać na koncerty przychodzi 15, 20 osób. Teraz jest cała masa kapel, ale jest bardzo mało perełek, którym też nie ma kto pomagać. Muszą się same przebijać. To takie trochę szambo. Wiesz, też nikogo nie neguję, każdy może grać gdzie chce, ale nie możesz mieć 15 kawiarni na jednej ulicy. Tak jak w dużych miastach. Jednego dnia masz 15 różnych koncertów a i tak kończy się, że dzieciaki siedzą na domówce z kumplami i odpalają muzykę z YouTube.

Może teraz na sam koncert rada od weteranów, od legend, ale przede wszystkim autorów nowej i świetnej płyty dla kapel. Co mają robić, żeby mieć szansę?

Grzegorz Kupczyk: Przede wszystkim należy położyć nacisk na warsztat. Wiesz, zespoły naprawdę fajnie grają i naprawdę dobrze, ale przydało by im się trochę więcej pokory. Ale myślenie o sobie: „Nagrałem płytę jestem wielki, gram świetnie na gitarze i wypiję sobie butelkę wina przed koncertem” to jest potworny błąd. Im prędzej to zrozumieją tym lepiej. Sam musiałem to zrozumieć – to normalne. Sam leżałem pod ścianą i wlewano mi wódkę z butelki do ust. To normalne. Ale w pewnym momencie musiałem wybrać. Nie byłem alkoholikiem, ale wiedziałem, że takim tempem mi ten głos prędzej czy później wysiądzie. U nas w zespole prawie nikt nie pali. Pijemy też tylko jak mamy czas. Nie to, że jesteśmy dziadkami, ale wiemy po co my wyjeżdżamy na koncerty. Jak mamy jeden to sobie pozwolimy. Ale jak są dwa czy trzy to nie ma takiej możliwości. Wiemy jaka jest sytuacja. I ja bym to radził młodym zespołom, żeby wzięły to pod uwagę. Więcej pokory, mniej samouwielbienia i będzie cool.
Tomasz Targosz: Dokładnie, to są podstawowe wartości. Wystarczy spojrzeć na amerykańską scenę hair metalową. Które kapele przetrwały, które padły i jaki był tego wszystkiego koszt. Uważam, że bardzo ważne to być ambitnym i nie porzucać swoich marzeń. Bo faktycznie można dojść bardzo daleko, tylko trzeba konsekwentnie realizować swoje marzenia. Można kupić gitarę i stwierdzić, że będziemy gwiazdorami, ale jak gitara stoi w koncie, a my się spotykamy z kumplami na granie raz w miesiącu, to lepiej sprzedać gitarę, kupić zestaw kulturystyczny, bo prędzej wyrobimy sobie muskuły niż nauczymy się na tym grać (śmiech). No i bardzo ważna jest konsekwencja. Im bardziej człowiek jest zdeterminowany, tym ma większą szansę odnieść sukces.

Grzegorz Kupczyk: Teraz apel do wokalistów. To, że ktoś dobrze śpiewa nie znaczy, że jest dobrym wokalistą. Bo jak ja go wypuszczę na trasę trzydziestu koncertów, a on nie jest przygotowany to po czterech koncertach nie będzie mógł mówić. I nie mówię o graniu co trzeci dzień, tylko ciągle, dzień po dniu. Niedawno miałem sytuację, że oglądałem telewizje i słyszę: „dziewczyna zachwyciła jury the Voice of Poland”. I się zacząłem zastanawiać… o co chodzi? Wpieranie wokaliście, że jest świetny jest ogromną pomyłką. Mnie zamykano w piwnicy, żebym ćwiczył.

Tomasz Targosz: Osoby, które grają na instrumentach muszą pamiętać, że najlepiej gra się z kimś lepszym od siebie, bo człowiek się wtedy rozwija. No i dobry frontman to podstawa. To ktoś kto elektryzuje sam zespół i publikę. Stonesi mają Jaggera i Richardsa, Queen miał Freddiego. Kapele muszą wiedzieć co chcą osiągnąć.

Dziękuję uprzejmie za wywiad.

Grzegorz Kupczyk i Tomasz Targosz: My również dziękujemy.

Mateusz Borończyk

131_ot1020.gif 129_evangelist_banner158x600px.jpg 121_axe_crazy_baner.gif 120_slider_ot.gif

Goście

3557958
DzisiajDzisiaj467
WczorajWczoraj661
Ten tydzieńTen tydzień2931
Ten miesiącTen miesiąc9220
WszystkieWszystkie3557958
3.237.205.144