Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

lion shepherd plakat m 

wehrmacht plakat m

destroyers plakat m

organek baner m

queensryche plakat m

wacken2019

black silesia open air festival iv m

prog in park iii m

ram plakatx m

psychotic waltz plakatx m

protector plakat m

mortis plakat m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

"Psycho metal i negatywne myśli" (Nonamen)

Krakowianie debiutują z rozmachem, bo ich pierwszy album „Obsession” to rzecz z najwyższej półki – płyta mroczna, niejednoznaczna i wymykająca się wszelkim kwalifikacjom czy potocznemu szufladkowaniu. O tym jak doszło do jej nagrania i jak sam zespół określa generowane przez siebie dźwięki opowiadają: wokalistka Edyta Szkołut oraz gitarzysta i lider grupy Maciek Dunin-Borkowski

HMP: Początki Nonamen były dość typowe dla młodych kapel, w związku z tym pierwsze dwa lata istnienia zespołu stały pod znakiem zmian składu oraz tworzenia własnego repertuaru?

Maciek Dunin-Borkowski: Nie było to zamierzone, ale to prawda, trochę się mieszaliśmy ze składem. Początkowo dość desperacko chcąc coś grać z perkusistą świeżo „rozpadłego” The Fallen Icon (Łukaszem Lachem) nawiązaliśmy kontakt z bodajże jedyną chętną wtedy wokalistką Anną Charczuk (bo w planach było granie gothic metalu (śmiech) i basistą Andrzejem Łyskiem. Sytuacja szybko się zmieniła (bo miesiąc później, w listopadzie) i zostaliśmy bez perkusisty... Po paru miesiącach dołączył do nas obecny perkusista Grzesiek Kozikowski i zaczęliśmy działać. Stety lub niestety sytuacja znów się zmieniła (znów w listopadzie). Patrząc na to teraz z perspektywy czasu jestem bardzo wdzięczny Andrzejowi, że zdecydował się wtedy odejść – choć nie przeczę, jest świetnym basistą – ale on zapoczątkował zmiany. Rozstaliśmy się wtedy też z ówczesną wokalistką. Zostaliśmy wtedy z Grześkiem we dwóch, ale nie poddając się zaczęliśmy poszukiwania. Mając kilka skończonych (przynajmniej wtedy nam się tak wydawało) numerów zaczęliśmy dawać ogłoszenia o poszukiwanym wokalu. Numery wysyłaliśmy w wersjach instrumentalnych i ocenialiśmy nie tylko sam śpiew ale także aranżacje. Tym razem chętnych wysyłających próbki i przychodzących na nasze „castingi” było znacznie więcej. W międzyczasie w sieci wisiały też ogłoszenia dotyczące basu oraz dodatkowego „niegitarowego” instrumentu. Całą sprawę udało się zamknąć w styczniu 2012 roku, kiedy skład uformował się w postaci w jakiej jest teraz: Edyta Szkołut na wokalu, Agnieszka Reiner na skrzypcach, Grzesiek Janiga na basie (dawny basista The Fallen Icon, namówiony przeze mnie do grania ), Grzesiek Kozikowski na perkusji, no i ja na gitarze.

Zakładając zespół od razu postanowiłeś pójść w kierunku tak niejednoznacznej, trudnej do zaszufladkowania muzyki, czy też styl Nonamen krystalizował się stopniowo, wraz z dochodzeniem kolejnych muzyków, etc.?

Maciek Dunin-Borkowski: Poza tym, że początkowo miał to być zespół gotycki, pamiętam, że wtedy mi się marzyło progresywne i skomplikowane granie (jak chyba każdemu gitarzyście – fanowi Dream Theater). W moim przypadku na marzeniach się skończyło – myślę, że styl jaki mamy, tak jak mówisz, krystalizował się z czasem. Często po samych riffach gitarowych i moim ukochanym mocno gainowym brzmieniu można by spokojnie strzelać w blackowo-grobowe klimaty, po dołożeniu skrzypiec robi się jeszcze bardziej dołowo. Jak do tego dodamy żeński wokal - niegotycki lecz z lekkim pazurem - dostajemy ciekawą i chyba nieczęsto niespotykaną mieszankę. Ale tak jak mówiłem, wszystko to było niezamierzone, każdy wnosił coś od siebie i nasze brzmienie jest efektem chyba jakichś naturalnych pokładów twórczych. Teraz przy tworzeniu nowego materiału jesteśmy już bardziej świadomi tego w którą stronę iść.


Takim momentem zwrotnym był chyba dla was rok 2012, kiedy to spotkaliście się w istniejącym do dziś składzie. Edyta Szkołut zastąpiła poprzednią wokalistkę, ale nowością w instrumentarium grupy było pojawienie się skrzypiec i grającej na nich Agnieszki Reiner – skąd taki pomysł?

Maciek Dunin-Borkowski: Tak to prawda. Dotknąłem trochę tej kwestii przy okazji pierwszego pytania, ale w sumie racja – skąd ten pomysł? Otóż jest parę prostych powodów. Chcieliśmy kolejny instrument, żeby poszerzyć nasze możliwości. Naturalnym wydawałoby się dobranie kolejnego gitarzysty do takiej muzyki, ale ja jako gitarzysta nie lubiłem wtedy drugich gitarzystów. Nie wiem dlaczego, chyba gitarzyści już tam mają, dziś z perspektywy czasu wydaje mi się to głupie, ale wtedy chciałem sam odpowiadać za wszystkie riffy, ewentualne mniej lub bardziej udane solówki itp. Ale dlaczego akurat skrzypce? Otóż skrzypce, bo akurat zgłosiła się Agnieszka-skrzypaczka. W ogłoszeniu nie precyzowaliśmy, jakiego instrumentu poszukujemy. Otrzymywaliśmy odpowiedzi od muzyków grających na wiolonczelach, fletach, saksofonach.. Ja osobiście bardzo cieszę się, że wyszło jak wyszło, bo uwielbiam to smutne smyczkowe brzmienie.

Nie obawialiście się zderzenia dwóch muzycznych światów: kapeli metalowej i klasycznie wykształconej skrzypaczki, grającej nie tylko muzykę poważną, ale też współczesną?

Maciek Dunin-Borkowski: Wiesz, chyba nie wyobrażaliśmy sobie wtedy, że będzie to takie zderzenie. Z czasem okazało się, że świat muzycznych samouków nieznających nut i grających „na czuja” jest tak samo zagmatwany dla wykształconego muzyka jak jego świat dla nas. Pamiętam, że na początku Agnieszka grająca całe życie z nut nie dowierzała jak mogliśmy w ogóle pisać utwory nie znając nut. Przyznam, bardzo ciekawe i budujące doświadczenie. Myślę że wiele się od siebie nauczyliśmy.

Fakt faktem, że brzmienie zespołu na pewno na tym zyskało, pewnie dlatego też zrezygnowaliście z instrumentów klawiszowych, w sumie dość sztampowych i często wręcz nadużywanych w rocku czy w metalu?
Maciek Dunin-Borkowski: Na samym początku razem z Grześkiem Kozikowskim bardzo chcieliśmy mieć klawisze, ale pierwsza wokalistka pomysł zawetowała. Później po rozpadzie składu i szukaniu nowości wyszło jakoś tak, że pominęliśmy klawisze w poszukiwaniach. A czy są nadużywane – sam nie wiem, myślę że wpisały się dość mocno w muzykę dzięki mnogości brzmień jakimi dysponują. Stąd agresywne piłokształtne przebiegi w progmetalu, symfoniczne brzmienia w gotyku etc. Sporo zespołów, nawet nie mając osoby odpowiedzialnej za ten instrument, chętnie sięga po niego w studiu aby dopełnić brzmienia. To odpuściliśmy celowo, nie chcąc wprowadzać zbyt dużych różnic między tym, co pokazujemy na żywo i nie wprowadzać też konieczności korzystania z playbacku.

Pozytywne przyjęcie debiutanckiej EP-ki „Permission” utwierdziło was pewnie w przekonaniu, że podążacie w dobrym kierunku i jedynym możliwym rozwiązaniem jest dalsze udoskonalanie tego, co zaproponowaliście w tych trzech utworach?

Maciek Dunin-Borkowski: EP-ka sama w sobie jest dość śmiesznym tworem. Powstała bardzo szybko na podstawie kawałków, które uchowały się jeszcze z czasów pierwszej wokalistki Anny. Później tworząc nowe utwory już w nowym składzie okazało się, że zaczynamy lekko ewoluować i jak to ktoś kiedyś powiedział „mrocznieć”. Na pewno EP-ka utwierdziła nas w przekonaniu, że możemy coś sami zdziałać i dała nam sporo pokładów energii do tego.

Jednak waszym fanom przyszło czekać ponad dwa lata na pierwszy album Nonamen – to cena niezależności, bo przecież trzeba było zebrać środki na nagranie i profesjonalne wydanie tej płyty?
Maciek Dunin-Borkowski: W naszym przypadku nie była to kwestia gromadzenia środków, bo będąc na naszym etapie i grając koncerty środków raczej ubywa niż przybywa. Trzeba przecież dojechać, niejednokrotnie zrzucić się na wynajem sali, sprzętu, bądź usługi realizatora dźwięku, promocję wydarzenia. Ludzie niechętnie chodzą na koncerty to i kluby niechętnie chcą płacić zespołom (szczególnie małym). Smutne ale prawdziwe, takie mamy dziś realia. Nasza niezależność wydawnicza to po prostu wynik braku interesujących ofert od wydawców. Myślę, że też trochę czekaliśmy na jakąś gwiazdkę z nieba, która się nie pojawiła.

Ten czas oczekiwania miał też chyba jednak dobre strony o tyle, że mogliście spokojnie dopracowywać nowe utwory na próbach oraz wykonywać je na koncertach, sprawdzając jak wypadają w konfrontacji z publicznością?

Maciek Dunin-Borkowski: Tak, te dwa lata to czas kiedy stopniowo i bez pośpiechu dopracowywaliśmy materiał, docieraliśmy się wzajemnie na koncertach i poznawaliśmy swoje możliwości. Z części utworów postanowiliśmy całkiem zrezygnować, inne przechodziły gruntowne zmiany. Zależało nam, aby płyta była mniej-więcej spójna.

Zdarzały się sytuacje, że rezygnowaliście z czegoś bo nie sprawdzało się na żywo, bądź też w nowych utworach pojawiały się partie zmodyfikowane czy nawet wymyślone w czasie koncertów?

Maciek Dunin-Borkowski: Raczej nie. Zrezygnowaliśmy z trzech starych utworów, które powstały niedługo po EP-ce, jeszcze na materiale z pierwszego składu. Zaczynały za bardzo odstawać od nowotworzonego materiału. W trakcie koncertów raczej nie wymyślamy i nie modyfikujemy materiału, no chyba, że jakichś solowych popisów, które są improwizowane. Sprawdzenie materiału na żywo pomaga nam w późniejszym układaniu kolejności utworów i ich doborze do danej publiki.

Nagrywanie i miksowanie „Obsession” zajęło wam dużo czasu, czy też mając przećwiczone utwory uwinęliście się z tym szybko?

Maciek Dunin-Borkowski: Zajęło nam to więcej czasu niż się spodziewaliśmy, ale przyczyną tego może być też fakt, że się po prostu nie spieszyliśmy. W studiu zmienialiśmy i dopracowywaliśmy też niektóre rzeczy, które na żywo wydawały się fajne, po nagraniu zaś brzmiały średnio. Swoisty luz w trakcie pracy w studio na pewno pozytywnie wpłynął na ten cały proces.

Sami zajęliście się też masteringiem gotowego materiału, do spółki z Kubą Morawskim z Lacrimy. Wychodzi więc na to, że lepiej powierzyć takie zadanie komuś, kto jest właściwie osobą z zewnątrz, więc może spojrzeć na wszystko z dystansem, ale jest jednocześnie zorientowany w tajnikach brzmienia zespołu?

Maciek Dunin-Borkowski: Tak, płytę nagraliśmy sami w małym krakowskim studiu nagraniowym, w którym pracuję (Studio Katolik), później zaś przy miksie i masteringu siedliśmy razem z Kubą. Jego pomoc jako człowieka z zewnątrz i jednocześnie przyjaciela znającego nas od podszewki okazała się kluczowa do sfinalizowania całego procesu. Świeże i obiektywne spojrzenie daje bardzo dużo, tym bardziej wykonywane doświadczonym okiem (lub może powinienem powiedzieć „uchem”). Warto też nadmienić, że z Kubą dzielimy naszego perkusistę Grześka, który bębni także w Lacrimie. Praca nad brzmieniem nie była łatwa, ale przyznam że jesteśmy zadowoleni z efektu. Osiągnęliśmy to co chcieliśmy.

Sami jakoś określacie to co gracie, czy też unikacie szufladek i etykietek, ograniczając się do wieloznacznego: metal progresywny?

Maciek Dunin-Borkowski: Sami się nie szufladkujemy, ale patrząc po sieci często dowiadujemy się różnych ciekawostek o sobie: heavy metal, gothic, power metal, nawet doom. Najciekawsze było porównanie „siódma woda po Nightwishu”. Często wygodnie jest schować się w szufladce z napisem „metal progresywny”, ale tak jak mówisz, jest ona wieloznaczna i niewiele mówi o tym czego się można spodziewać w środku. Nasz basista Grześ Janiga wymyślił kiedyś na nas określenie „psycho metal”, może coś w tym jest?

Nie da się jednak ukryć że o sile Nonamen stanowi wasza skrzypaczka, co zresztą chyba też podkreśliliście w aranżacjach poszczególnych utworów, uwypuklając w nich skrzypce, a gitary przesuwając na dalszy plan?

Maciek Dunin-Borkowski: Nie robiliśmy takich zabiegów. Myślę że często wynika to po prostu z charakterystyki instrumentu. Skrzypce mają dość wąskie pasmo przez co średnio nadają się do grania podkładów dla gitar. Takie a nie inne aranżacje wyniknęły same z siebie – przy solówkach jednak staramy się grać je wymiennie, aby każdy mógł się poczuć przez chwilę bohaterem swojego instrumentu (śmiech).

To bardzo mroczny album, zarówno muzycznie jak i tekstowo – najpierw był ogólny pomysł czy zarys tekstów, może tytułowy „Obsession”, który stał się punktem wyjścia do słów traktujących o owej obsesji, czy szerzej szaleństwie?

Edyta Szkołut: Zdaje się że, nadszedł moment, gdzie powinnam zabrać głos. Nie ukrywam iż zależało mi na tym żeby „Obsession” nie było złożone z wesołych melodii, a teksty nie oscylowały wokół pięknych wspomnień z wakacji czy zachwytu nad wschodem słońca, więc cieszę się że padło tu słowo „mroczny”. Teksty piszę ja, bo przecież dobrze wiedzieć o czym się śpiewa, prawda? Generalnie mogę powiedzieć iż każdy tekst powstawał w swoim czasie i w swoim tempie. Raczej nie było tu ogólnego planu, a na pytanie, który numer powstał pierwszy nie jestem w stanie odpowiedzieć, ale na pewno nie było to „Obsession”. Wiem o czym chcę śpiewać i takie też piszę teksty. Każdy jest o czymś innym ale mają wspólny element – dotyczą tego co dzieje się w naszej głowie. Wybieram te negatywne myśli.

Wymowę płyty podkreśla też okładka – kiedyś była taka popowa piosnka „Każdy swego pana ma” i zdaje się, że jest to dobra charakterystyka tej ilustracji?

Edyta Szkołut: Nie była tylko jest – muzyka nie umiera. Czy to dobra charakterystyka? Przy powierzchownej ocenie z pewnością. Jeśli już mam się bawić w tego typu porównania to mogę powiedzieć, że słowa wyżej wymienionego utworu niosą ze sobą także nadzieję. Nadzieję że, w końcu wszyscy będziemy wolni i nikt nikomu nie będzie mówił co ma robić. Moje teksty to raczej pogodzenie się z tym co robi z nami system i co robimy sobie sami świadomie i nieświadomie. Tu nie chodziło o to, że każdy swojego pana ma, tylko o taką lawinową kontrolę, która jeszcze dodatkowo zamyka się w krąg. Myślisz, że ty coś kontrolujesz, masz pełną władzę, a równolegle sam jesteś kontrolowany i tu wcale nie musi chodzić o to, że ktoś pociąga za te twoje sznurki. To może być także coś.

„Obsession” jest waszą w pełni autorską produkcją również jeśli chodzi o oprawę graficzną płyty – nie daliście zarobić i tutaj nikomu z zewnątrz? (śmiech)

Edyta Szkołut: Tak się składa, że nie daliśmy. Jesteśmy bardzo skąpym zespołem (śmiech). Nie widzieliśmy sensu w szukaniu kogoś skoro ja się tym zajmuję.

Są niewątpliwie na tej płycie utwory, które przy odpowiedniej promocji mogłyby się stać sporymi przebojami, jak dynamiczny „Sleepingfall” czy balladowy „Shall I Go?” – będziecie je promować w jakiś dodatkowy sposób, np. teledyskami?

Maciek Dunin-Borkowski: Przy „Sleepingfall” raczej pozostaniemy przy wypuszczonym lyric video, a jeśli chodzi o bardziej „fabularne” teledyski to myśleliśmy o tytułowym „Obsession” i rzeczywiście o „Shall I Go?”.

Dobrą okazją ku temu będą też pewnie kolejne koncerty?

Maciek Dunin-Borkowski: Myślę, że koncerty przyczyniają się nie tyle do promocji i kreowania, jak to nazwałeś „przebojów”, ale bardziej zespołowi jako całości. Zespół pokazuje się z dobrej strony grając na żywo, ludzie zaczynają kojarzyć nazwę widzianą gdzieś na plakacie lub w sieci z realnymi ludźmi. Z pojedynczymi utworami jest raczej odwrotnie - jeśli jakiś utwór jest wypromowany odpowiednio w sieci, wtedy na koncertach daje się odczuć, że ludzie go znają. A co do koncertów jako takich mamy pewne plany na 2015 rok – wszystko będzie ogłaszane w swoim czasie.

Z waszego punktu widzenia lepsze są te, na których poprzedzacie gwiazdy jak Jelonek, Kat, Turbo czy Blaze Bayley, czy też te bardziej podziemne, z mniej znanymi zespołami, ale publicznością, która przychodzi tylko dla nich?

Maciek Dunin-Borkowski: Myślę, że nie ma tu lepszych lub gorszych. W przypadku większych koncertów mamy okazję pokazania się publiczności, która nigdy o nas nie słyszała i sama z siebie raczej nigdy nie przyszła by na nasz koncert. Zazwyczaj dochodzi do tego fakt, że jest to duża publika w fajnie nagłośnionym i oświetlonym miejscu. Takie koncerty to sama przyjemność! Granie w podziemiu ma luźniejsze reguły, pozwala zazwyczaj na większy kontakt publicznością, dłuższe setlisty etc. Oczywiście stałe podziemne granie bez wystawiania nosa „w świat” blokuje zespół, bo po paru koncertach okazuje się, że z kolejnym nikt nowy nie przyjdzie nas zobaczyć. Jest sporo takich zespołów, które boją się zainwestować w wyjazd poza swoje miasto, ale pokazywanie się komuś nowemu jest potrzebne.

Chyba czymś szczególnie ważnym był dla was niedawny występ przed Tarją Turunen w Krakowie?
Maciek Dunin-Borkowski: Tak, z wielu względów. Po pierwsze była to premiera naszej pierwszej płyty, niesamowicie złożyło się to w czasie. Ciekawostką jest, że mieliśmy mieć łączoną premierę płyty z najnowszym wydawnictwem Lacrimy... całe szczęście, że nie zdążyliśmy! (śmiech). Po drugie był to największy zagrany przez nas koncert do tej pory. To ciepłe przyjęcie nas przez blisko tysiąca osób zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Dla takich chwil chce się grać!

Czyli będąc niezależnym, młodym zespołem też można coś osiągnąć, to wszystko kwestia determinacji, konsekwencji w działaniu i może odrobiny szczęścia?

Maciek Dunin-Borkowski: „Coś” zawsze można osiągnąć. Zależy czego się oczekuje po swoim graniu. Jeśli oczekuje się wiele, można się łatwo rozczarować. Zaczynającym zespołom się wydaje, że później wszystko przychodzi łatwo. My traktujemy nasze granie jako poważne hobby. Jak to przy hobby liczymy się z tym, że musimy poświęcić bardzo dużo czasu na ćwiczenia, liczymy się inwestowaniem w sprzęt, nagrania, wyjazdy. Bez odpowiedniej determinacji i cierpliwości nie byłoby szans na powodzenie. Co do szczęścia – jasne, jest potrzebne, jak do wszystkiego. Nie można jednak się poddawać, trzeba wytrwale pracować, robić swoje i czekać na nie. U nas na przykład przełomem okazało się nawiązanie współpracy z naszym managementem Iron Realm Productions, dzięki któremu zagraliśmy wiele świetnych koncertów, a myślę że to dopiero początek!

Wojciech Chamryk

 

132_deathangel_158x600px_eu.gif 131_sabaton_158x600px_eu.gif 120_baner.gif

Goście

2231390
DzisiajDzisiaj996
WczorajWczoraj3495
Ten tydzieńTen tydzień996
Ten miesiącTen miesiąc74499
WszystkieWszystkie2231390
107.23.37.199