Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 69sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

internal quiet 2018 tour poster new m 

diamond head plakat m

striker plakatzzz m

xmsf poster poland m

xdragonhammer plakat m

impaled nazarene plakata m

solstafir-kwadrat-b

nightwish plakatz m

annihilator nowy plakat m

slayer plakatz m

exodusreklama logotypy rgb m

xkreator plakat m

xmerry christless plakat m

batushka plakatz m

xhaken plakat m

ivar einar2 m

„Własna szufladka” (Symptom Izera)

Ten wrocławski zespól zadebiutował właśnie bardzo udanym albumem „Come With Me”, utrzymanym w stylistyce szeroko rozumianego metalu progresywnego. O kulisach powstania zespołu, przeszłości tworzących go muzyków oraz o tym, dlaczego chcieliby zagrać na festiwalu Eurowizji, rozmawiamy z perkusistą Sebastianem Sroką i gitarzystą Emilem Madalińskim:

     
HMP:Jako Symptom Izera jesteście debiutantami, nie znaczy to jednak, że nowicjuszami w świecie muzyki, bo zaczynaliście grać jeszcze w połowie lat 90., choćby w częstochowskim Odium?

Sebastian: Tak, to prawda. Każdy z nas ma swoje doświadczenia na scenie muzycznej. Ja z Emilem graliśmy w Odium. Tomek z Waldkiem grali w Amokh, a dodatkowo ja z Przemkiem grałem potem w Hellride. Pojedynczo graliśmy jeszcze w innych zespołach, więc każdy z nas poznał już w swoim życiu trochę rokendrola, a powiązania mamy niczym w brazylijskim serialu. (śmiech)

Pamiętam ten zespół doskonale, ale rozpadł się po płycie „Phantasmagoria”. Nigdy nie myśleliście o jego reaktywacji, rozpoczęcie wszystkiego na nowo, bez balastu  nazwy typowo metalowej grupy, była bardziej kusząca?

Emil: To wyszło w sumie samo i bardzo naturalnie. Grałem w Odium do samego końca i byłem świadkiem jego rozpadu. Chyba zaczęło się od tego, że po nagraniu „Phantasmagorii” dużo graliśmy, dużo słuchaliśmy innej muzyki, a co za tym idzie rozwijając się zmienialiśmy swoje  fascynacje muzyczne w bardzo różnych kierunkach. Pojawiały się nowe pomysły, które komuś nie do końca się podobały i efektem były zmiany składu, i co za tym idzie zmiana muzyki. I w końcu doszliśmy chyba do ściany i stwierdziliśmy, że ta formuła jako „Odium” się wyczerpała.  Dlatego też nie pojawił się potem pomysł reaktywacji. Poza tym wszyscy rozjechali się po różnych miastach i krajach, straciliśmy ze sobą kontakt i nikt za bardzo do tego już nie wracał.

Sebastian: Rozpoczęcie wszystkiego na nowo stało się w sumie w takich okolicznościach, że naturalnym było, że nie wracamy do starych rzeczy. Chociaż jakieś tam pomysły zaaranżowania od nowa jakiegoś numeru czy to Odium, czy innych kapel z naszych historii muzycznych gdzieś tam się nieśmiało pojawiały.
Spotkanie po tylu latach było pewnie dla was czymś wyjątkowym. Od razu pojawiła się decyzja, że trzeba to spożytkować również w sensie muzycznym?

Sebastian: Tak. Zdecydowanie. To akurat wiedzieliśmy na pewno, jako jedną chyba z nielicznych rzeczy (śmiech). Nie wiedzieliśmy co z tego wyjdzie i nie zakładaliśmy kompletnie niczego- nawet w sumie kierunku muzycznego, ale stwierdziliśmy, że spotkamy się kilka razy i zobaczymy czy pojawi się jakaś chemia. Czy wróci to, co było przed laty i będziemy mieli znowu frajdę ze wspólnego grania.

Dołączyli do was muzycy z grup grających różne odmiany rocka, Hellride czy Amokh – znaliście się wcześniej, czy też była to pewna niewiadoma, czy i w ogóle zdołacie porozumieć się, zarówno od strony muzycznej, jak i tej personalnej?

Emil: To w ogóle była jedna wielka niewiadoma, bo ja nie grałem ostrej muzyki od rozpadu Odium (śmiech). Wyjechałem za granicę i grałem jazz, jazz-rock, fusion. Nagrywałem i występowałem z zespołami z takich właśnie nurtów czyli kompletnie inna bajka. Sebastian znał się już z Przemkiem.

Sebastian: Tak, ja znałem się z Przemkiem z którym grałem kilka lat w Hellride. Znałem obu panów, więc w sumie wiedziałem, że może być ciekawie. Po kilku próbach, które właściwie były wspólnym jamowaniem przeplatanym gadaniem, stwierdziliśmy, że jest OK, ale przydałby się bas.

Emil: Tak, ja wtedy dałem ogłoszenie w sieci, właściwie nie mówiąc o tym chłopakom. (śmiech)

Sebastian: I wtedy pojawił się on (śmiech). Tomek przyszedł jako pierwszy na przesłuchanie, przytargał ze sobą kupę sprzętu, zaczął grać na swoim wielkim basie, gadać, rzucać „sucharami” i w sumie to nawet nikogo innego nie sprawdzaliśmy, bo nam nie pozwolił nawet powiedzieć przysłowiowego „oddzwonimy do pana” tylko od razu przyszedł na następną próbę. (śmiech)

Emil: I w sumie to kolejny zbieg okoliczności, bo okazało się, że jest świetnym basistą i dobrze nam się pracuje. Zrobiliśmy razem chyba trzy utwory i Tomek przywiózł na próbę swojego kumpla, z którym grał wcześniej i tak już został z nami Waldek.

Czyli pierwszy rok istnienia zespołu z pełną premedytacją poświęciliście na lepsze poznanie się, bo granie prób i tworzenie bez odpowiedniej chemii byłoby nieporozumieniem?

Emil: Zdecydowanie tak. Tym bardziej, że nie robiliśmy sobie żadnego ciśnienia, nie wyznaczaliśmy kierunków. Stwierdziliśmy, że jeśli będziemy mieć z tego przyjemność, zrobimy materiał i będziemy pewni, że jesteśmy z niego zadowoleni to wtedy go zarejestrujemy.

Można więc powiedzieć, że obecnie jesteście nie tylko zespołem, ale i paczką zgranych kumpli, co miało też niebagatelny wpływ na prace nad „Come With Me”?

Sebastian: Inaczej to by się wszystko nie udało. „Come With Me” to właśnie efekt takiego naszego podejścia.
Od razu miała to być długogrająca płyta, czy też przygotowując kolejne utwory doszliście do wniosku, że nie ma co bawić się w półśrodki typu demo czy EP-ka, jak uderzyć, to z grubej rury?

Emil: Pierwsze nasze założenie to było zagrać na Eurowizji i to byłby cios (śmiech). Oczywiście żartuję, ale w sumie od początku zakładaliśmy, że robimy to co lubimy, nie zakładając żadnych ram czy konwencji. Nie chcieliśmy występować na przeglądach i konkursach a co za tym idzie nie chcieliśmy nagrywać demo. Myśleliśmy od razu o tym, że jeśli nagramy materiał, to zrobimy to najlepiej jak potrafimy i go wydamy.

Rock/metal progresywny to z jednej strony nieograniczone możliwości twórcze, z drugiej jednak pewne schematy, a nawet oczekiwania słuchaczy – z tego co słyszę na „Come With Me”  podeszliście do zagadnienia bez ograniczeń, próbując wypracować coś swojego i nieoczywistego?

Sebastian: Właściwie to nawet nie wiemy czy gramy taki rodzaj i tak się możemy klasyfikować. To najbliższe co nam przychodziło do głowy, kiedy słuchaliśmy tego co gramy. Mam świadomość, że nikt z nas nie jest obiektywny w ocenie samego siebie czy efektów swojej pracy, dlatego też jesteśmy bardzo ciekawi jak odbiorą to słuchacze.

Emil: Właśnie te schematy w muzyce, która z definicji ma być twórcza, kreatywna i odpowiadać oczekiwaniom są dla mnie kompletnymi sprzecznościami i dlatego zobaczymy do jakiej szufladki zostaniemy wsunięci. Chociaż chyba wszyscy marzymy, żeby nie było takiej szufladki i żeby udało nam się stworzyć swoją.
To progresja w nieoczywistym ujęciu: muzyka mroczna, mocna i urozmaicona, odwołująca się zarówno do klasyków sprzed lat, jak i obecnych legend ambitnej muzyki, coś od Joy Division do Toola?

Sebastian: Dziękuję, bo jako psychofan Joy Division chyba nie mogłem usłyszeć lepszego komplementu. (śmiech)

Emil: Słuchamy różnej muzyki, wychowywaliśmy się słuchając muzyki z lat 70. czy 80. Właściwie od kołyski była przy nas obecna. Jesteśmy, poza Przemkiem, facetami po 40, więc pewnie dlatego takie rzeczy słychać. A wspomniany Tool? Uwielbiam całą twórczość Maynarda. Nasza muzyka jest mocna, bo z takich kręgów się wywodzimy i to nam w duszach gra, ale szczerze mówiąc o tym, że jest mroczna dowiedzieliśmy się od ludzi, którzy słuchali nagranego materiału. W jednym z wywiadów prowadzący powiedział nam też, że okładka jest jedną z najbardziej mrocznych i tajemniczych jakie widział i też jest to bardzo interesujące i odkrywcze, bo my nie postrzegaliśmy jej w ten sposób. Może ten mrok jest dla nas tak naturalny, że go nie zauważamy? (śmiech)
Sześć utworów, pół godziny muzyki – czasy 25 minutowych suit już minęły, to nie wasza bajka?

Sebastian: Cała nasza płyta trwa niewiele ponad 30 minut, więc chyba bliżej nam w kwestii czasu do „Reign In Blood”. (śmiech)

Emil: Lubię takie rzeczy, długie, pływające dźwięki. Uwielbiam, to jest moja bajka i pewnie słuchacze to zauważą, ale podczas pracy nad materiałem okazywało się, że w każdym z utworów zaczynamy zawierać tyle różnych rzeczy i wątków, że zaczynały tracić one pierwotny charakter. Było bardzo dużo różnych tematów i zmian tempa i dlatego po wielu próbach jedne rzeczy zostawały, inne wypadały, bo nie chcieliśmy, żeby nasze fantazje zabijały spójność utworów. Stąd pewnego rodzaju skondensowanie tych suit w kilkuminutowe kompozycje.
Ale dostrzegam tu utwory wymarzone do rozwinięcia w warunkach koncertowych, choćby „I Don’t Want To Know” czy „The Golden Throne” – zdarza wam się coś takiego, czy trzymacie się ustalonych aranżacji, improwizacje zostawiając jazzmanom?

Emil: Jak wcześniej mówiłem ostatnich kilka lat grałem z jazzmanami, więc jest mi to bardzo bliskie i tak, tak właśnie robimy. Generalnie mamy zasadę taką, że gramy utwór najpierw dokładnie tak jak jest zaaranżowany, a następnie gramy go jeszcze raz i każdy ma wolną rękę, oczywiście w ramach pewnych założeń wstępnych. Wychodzą bardzo ciekawe i nowe rzeczy i  w warunkach koncertowych będziemy jednak chcieli zaskakiwać, bo na koncerty nie chodzi się przecież po to, żeby usłyszeć odegrane dokładnie to samo, co można usłyszeć na płycie.

Nagrywaliście w dwóch studiach z powodów czysto muzycznych, czy też partie perkusji zostały zarejestrowane w Rybniku ze względów logistycznych?

Sebastian: Czysto muzycznych. Uparłem się na nagrywanie u Leona w No Fear Records, ponieważ pracowałem z nim wcześniej w studiu oraz graliśmy na jednej scenie. Cenię go jako realizatora i jako perkusistę, dlatego wiedziałem, że mogę na niego liczyć i jak coś zagram beznadziejnie to Leon mi to po prostu powie i będzie wymagał powtórki. Było dokładnie tak jak zakładałem. (śmiech)

Wiele zespołów popełnia ogromny błąd, nie przywiązując wagi do odpowiedniego brzmienia bębnów, ale wy jesteście zbyt doświadczeni, by nie zdawać sobie sprawy z ich roli w całokształcie płytowego soundu?

Emil: Zawodowo zajmuję się realizacją dźwięku i dlatego mogę chyba powiedzieć, że każdy instrument musi brzmieć dobrze żeby wszystko razem grało. Zespół brzmi zawsze tak jak jego najsłabszy element, więc w pełni popierałem Seba w jego uporze co do nagrywania w Rybniku. Są we Wrocławiu bardzo dobre studia nagrań, ale jeśli była dla niego również ważna osoba realizatora, który pozwalał mu na komfort, to miał w pełni moje poparcie.

Sami wydaliście „Come With Me”. To przejaw realistycznego podejścia do sytuacji w przemyśle muzycznym, bo lepiej zatroszczyć się o wszystko samemu i mieć tylko sprawnego dystrybutora, w tym wypadku firmę Sonic?

Emil: To jest efekt naszych wspólnych rozmów i doświadczeń nas jako zespołu oraz naszego menadżera Grzegorza z Cantara Music. Mieliśmy gotowy materiał i chcieliśmy go nagrać. Tym bardziej, że pracowaliśmy już nad nowymi utworami. Tak jak wcześniej mówiliśmy, chcieliśmy zrobić to najlepiej jak potrafimy i niespecjalnie sobie wyobrażaliśmy, że przyjdzie ktoś kompletnie z zewnątrz, kto będzie ingerował w muzykę. Za dużo czasu nad tym pracowaliśmy. Nie bez znaczenia jest też to, że ze względu na moją pracę mogliśmy sobie na ten luksus pozwolić, bo tak, mamy pełną świadomość, że pozwoliliśmy sobie na odrobinę luksusu (śmiech). Mieliśmy gotowy produkt i wtedy jak zawsze w przypadku naszego zespołu nastąpił  zbieg okoliczności, pojawił się Grzegorz, nawiązaliśmy współpracę i on już wiedział co dalej należy zrobić

Płyta ukaże się w połowi maja i co dalej? Myślicie o szerszej promocji koncertowej tego wydawnictwa, czy też nie uśmiecha wam się ciągłe podróżowanie, z niewiadomą w postaci liczny potencjalnych słuchaczy – ograniczycie się więc do koncertów w okolicach Wrocławia?

Sebastian: Nie możemy się wręcz doczekać koncertów, ale chcemy je grać bardzo świadomie zarówno dla nas, jak i dla słuchaczy. Płyta wychodzi jak wspomniałeś 18 maja. Zostawimy ją słuchaczom na kilka tygodni, żeby mogli nas poznać. Potem zaczniemy grać koncerty. Na pewno nie będzie ich dużo, bo chcemy się pojawiać w miejscach, w których będziemy mogli zagrać w dobrych warunkach, żeby każdy kto przyjdzie nas usłyszeć nie czuł się zawiedziony.

Fajnie byłoby pokazać się na jakimś większym festiwalu, zagrać przed znanym zespołem, ale to już są koszty czy konieczność zakrojonych na szerszą skalę działań promocyjnych – zamierzacie je podjąć, czy też Symptom Izera z założenia miał być zespołem dla was, bez ciśnienia na tzw. karierę?

Sebastian: Ja wiem czy fajnie grać przed znanym zespołem? Wiesz jak jest. Dużo zabiegów, duże koszty, a afekt promocyjny w większości mocno dyskusyjny. Ludzie przychodzą oglądać gwiazdę i jak gra support to większość stoi w kolejce po piwo. Dochodzi czasem do takich absurdów jak na koncercie Iron Maiden . Przed nimi grał Anthrax  i jacyś goście ze sobą rozmawiali, że tego supportu to nie znają, ale może być. I zawsze tak chyba było, przykład SOAD przed Slayerem w Spodku (śmiech). Chociaż czasem się zdarza, że można napić się piwa z jakąś legendą po koncercie na jednej scenie i to już jest tego warte.

Emil: Festiwale są bardzo fajne i chętnie byśmy się na nich pojawili ale nie mamy specjalnie ciśnienia, wiadomo z wyjątkiem Eurowizji (śmiech). Poważnie mówiąc to zobaczymy co się wydarzy. Niczego nie zakładaliśmy od samego początku i dalej planujemy niczego nie planować.

Wojciech Chamryk

116_accept_158x600px_eu.gif 115_fifthangel_158x600px_eu.gif 119_hugsja_hmp002.png 118_burningwitches_158x600px_eu.gif 117_fever_singiel_obey_hmp.gif

Goście

1571606
DzisiajDzisiaj1383
WczorajWczoraj3051
Ten tydzieńTen tydzień1383
Ten miesiącTen miesiąc47121
WszystkieWszystkie1571606
54.221.75.68

the australian pink floyd show 2019 posterb1 m

hell over hammaburg flyer august m

xoverkill plakat m