Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 71sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

lion shepherd plakat m 

ultra violence invicta tour m

turboplakat m

vicious rumorseurope2019c m

kit 2019k m

visigoth plakatc m

the iron maidens plakatk m

anthrax plakatz m

godsmack 2019 poster m

king crimson 2019 ebiuletyn m

mystic festivalk m

wehrmacht plakat m

queensryche plakat m

wacken2019

black silesia open air festival iv m

prog in park iii m

„Amerykański sen” (White Highway)

Melodyjny hard 'n' heavy na amerykańską modłę nie jest, ani też nigdy zresztą nie był, zbyt popularny w Polsce. Dlatego rodzimi fani rocka znacznie bardziej cenią hardrockowy /bluesowy etap twórczości Whitesnake od tego naznaczonego ogromnym sukcesem komercyjnym, unikają też wielu innych świetnych płyt z tego gatunku. Są jednak ludzie z powodzeniem przenoszący na nasz muzyczny grunt takie wzorce, a debiutancki album  „Hittin' The Road” warszawskiego White Highway potwierdza, że u nas też można nagrać i wydać porywający materiał w stylu 80's.:

        
HMP: Pamiętam jak gdzieś w połowie 1992 roku kupiłem CD „When The Blackbird Sings” amerykańskiej grupy Saraya i do dziś jest to jedna z moich ulubionych płyt z takim graniem – wygląda na to, że wasza również, skoro tytuł pochodzącego z niej utworu „White Highway” dał nazwę waszemu zespołowi?

Kasia Bieńkowska: Tak, to prawda. Pomysłodawcą nazwy zespołu był Piotrek Dudkowski - nasz były gitarzysta, jeszcze za czasów pierwotnego line-up'u. I w zasadzie to on był takim naszym dobrym duchem, który przynosił na próbę te wszystkie wspaniałe zespoły z przełomu lat 80. i 90., których dźwięki, brzmienie i klimat dawały nam inspiracje do tworzenia muzyki White Highway. Ja osobiście się w nich zakochałam i od tamtej pory siedzę muzycznie w tamtych latach i odszukuję stare, zapomniane kapele - to ekscytująca przygoda. Tak jakby odkrywasz nowy świat, taki fajny, ejtisowy, amerykański sen. Chcieliśmy do tego wrócić i oddać hołd tym wielkim, ale niedocenionym artystom - stąd nazwa White Highway.

Przy okazji możemy tu pokusić się o refleksję, jak muzyczne trendy zmiatają z rynku wszystko co niemodne, bo przecież Saraya grała konkretne, nierzadko inspirowane bluesem, hard 'n' heavy, tyle, że  na początku lat 90. okazała się, tak jak wiele innych grup tego typu, całkowicie passé i nie miała szans w starciu z grunge czy alternatywnym rockiem...

Niestety, takie mamy czasy... Wydaje mi się, że nawet grunge nie jest już tak popularny jak kiedyś. Rock umarł na kilka lat, ale teraz się odradza i wydaje mi się, że jest coraz lepiej. Ale do pełnego renesansu jeszcze daleka droga...

Musicie naprawdę uwielbiać takie granie, skoro zdecydowaliście się założyć zespół poruszający się w takiej stylistyce, bo jednak w Polsce nigdy nie była ona szczególnie popularna, nawet w latach 80.?

Gdybyśmy tego nie kochali to byśmy tego nie robili. Zdajemy sobie sprawę, że melodyjny hard rock nigdy nie był w Polsce popularny. To muzyka Ameryki, wielkich autostrad, natapirowanych nastolatków i czerwonych Cadillac'ów, ale nas to strasznie pociąga. Poza tym, tak naprawdę w Polsce są popularne tylko dwa, może trzy nurty muzyki rockowej - granie progresywne, wszelkiego rodzaju alternatywa i hardcore typu Behemoth. Reszta to disco polo i radiowy pop, a większość słuchaczy tego typu nawet nie wie co to Whitesnake. Wiemy, że wybraliśmy trudną ścieżkę, a o tym świadczy fakt, że gdy zaczynaliśmy to oprócz nas grało w Polsce jeszcze z 15 kapel w tym stylu. Teraz możesz je zliczyć na palcach jednej ręki, bo większość się rozpadła... To przykre.

Teraz zmieniło się to o tyle, że słuchacze są bardziej otwarci, poza tym macie szansę dotrzeć do bardzo różnorodnej publiczności, słuchającej też chociażby melodyjnego rocka?

Zgadzam się. Media społecznościowe to wielka siła. Dzięki temu docieramy do naszej niszy słuchaczy, którym może się takie granie spodobać - ale trzeba to jasno podkreślić - niemal 80% to obywatele Stanów, Anglii i Europy Zachodniej, ale są też inne kraje anglojęzyczne. Nawet ostatnio  w sylwestra wysyłaliśmy płytę do Nowej Zelandii.  Ciekawe jest, że u nich Nowy Rok przyszedł 8 godzin wcześniej niż u nas... (śmiech).

Nie jest to wszystko takie proste, bo po dwóch latach istnienia rozpadliście się, by jednak powrócić po roku przerwy – miłość do heavy rocka okazała się silniejsza od rozsądku?

Wiesz... W ogóle miłość do muzyki jest silniejsza od rozsądku... (śmiech). Mając na uwadze to, ile musisz poświęcić czasu i pieniędzy na swój własny muzyczno-wokalny rozwój albo nagranie płyty czy organizację trasy koncertowej to z biznesowego punktu widzenia się kompletnie nie opłaca. Ale jeśli ma się pasję i cel, do którego się dąży, to życie ma jakiś sens. Nie potrafię sobie wyobrazić egzystowania bez muzyki, bez koncertów, bez śpiewania. To z czasem staje się twoim kosmicznym paliwem i jest niemal tak samo ważne jak rodzina. Nie da się tego opisać słowami, zrozumieją to tylko ludzie, którzy mają pasję. Taką prawdziwą.

Ciągłe zmiany personalne też pewnie podcinały wam skrzydła, ale wygląda na to, że w końcu doczekaliście się stabilnego składu?

Tak... Nie było łatwo. W zasadzie dopiero od jakichś sześciu miesięcy mamy stabilny skład. Tomek jest fantastycznym perkusistą i świetnym człowiekiem. W takiej obsadzie naprawdę można poruszyć góry.
Mimo tych zawirowań działaliście całkiem efektywnie i co istotne, bardzo konsekwentnie: demo, singel, MCD, teraz debiutancki album, do tego kilka teledysków, sporo koncertów – chcieć to móc, to tylko kwestia odpowiedniego zaangażowania czy determinacji?

Myślę, że i zaangażowania i determinacji. My naprawdę chcemy pracować na to, aby ta muzyka stawała się coraz popularniejsza, nawet w Polsce. Wydaję mi się, że każdy z nas ma wewnętrzną misję - chcemy pokazać, że w naszym kraju też można tak grać. Dlatego ciężko pracujemy, abyśmy z roku na rok stawali się coraz lepsi indywidualnie, ale przede wszystkim jako zespół.

Lynx Music to wytwórnia znana z wieloletniego promowania rocka progresywnego – jak doszło do tego, że zainteresowaliście Ryszarda Kramarskiego swym materiałem i zdecydował się wydać „Hittin' The Road”?

W zasadzie to znajomy mojego taty, strasznie „zajarany” takim graniem, podrzucił nam listę polskich wytwórni, którą uzyskał od jakiejś tam mainstreamowej menagerki. Na tej liście było chyba z piętnaście polskich wydawnictw, które mogłyby się nami zainteresować - było tam też Lynx Music. Posłaliśmy EP-ki i Rysiu odpowiedział jako pierwszy - stwierdził, że sam lubi takie granie i z chęcią wyda naszą płytę długogrającą. My uznaliśmy, że stosunkowo nieduża wytwórnia i bardzo fajne warunki kontraktu to dla nas dobry początek, jeśli chodzi o debiutancką płytę.

Plusem tej sytuacji było też chyba to, że mogliście nagrywać w firmowym studio, co przełożyło się na jakość tej płyty?

Tak, wszystkie instrumenty zostały nagrane w studio Lynx Music w Krakowie. Wokale nagrywałam w Warszawie podczas gorących letnich wieczorów w sierpniu. (śmiech)

Udział sesyjnego perkusisty Grzegorza Bauera też był związany z miejscem nagrań i Lynx, bo akurat wtedy znowu nie mieliście kompletnego składu?

To była dość dziwna sytuacja, bo tydzień przed nagraniami zakończyliśmy współpracę z naszym ówczesnym bębniarzem - Cyrilem Fedorovem. W zasadzie zostaliśmy postawieni pod ścianą. Rysiu zaproponował, że Grzesiek może nam wbić bębny sesyjnie - wiedzieliśmy, że to zawodowiec, więc wystarczył mu jeden dzień, aby nagrać tracki do wszystkich numerów.

„Hittin' The Road” łączy najnowsze i najstarsze utwory White Highway, bo mamy tu choćby „Here I Am” z debiutanckiego demo czy też tytułowy utwór EP-ki „City Lights”?

Tak, ale wszystkie numery zostały nagrane na nowo i nieco „odświeżone”. (śmiech)

Zadbaliście jednak o znaczne zmiany, bo w nowej wersji „Here I Am” jest znacznie dłuższy, wzbogacony o fortepianową kodę, a w dodatku gościnnie udziela się w nim skrzypek Michał Jelonek. Prawdziwe skrzypce, szczególnie w rękach takiego mistrza, czynią ogromną różnicę – żadne sample nie mogą się z nimi równać, stąd to zaproszenie?

Dokładnie tak, jak mówisz. Jelonek to wymiatacz, wiedzieliśmy, że zrobi nam to świetny klimat w tej instrumentalnej części „Here I Am” i chyba się udało. Można się tam nieźle rozmarzyć. Poza tym, znamy się z Michałem już trochę, wystąpił też podczas II edycji „Still Of The Night”. Ogromnie się cieszyliśmy, że zgodził się nagrać dla nas kawałeczek magii.

Uwagę zwraca też komiksowa okładka – skoro preferujecie muzyczne klimaty z USA rodem, to cover też do nich dopasowaliście?

Oczywiście. Poza tym, okładka jest kontynuacją historii narysowanej na okładce  EP-ki „City Lights” - mamy ten sam samochód, to samo miasto w tle i góry.  Tam w samochodzie umieściliśmy bohaterów z tytułowej piosenki EP - para wjeżdża do miasta snów, aby uciec od męczącej codzienności. Na albumie postawiliśmy na rysunkowe wersje nas samych, ponieważ sam tytuł „Hittin' The Road” sugeruje, że tą płytą ruszamy w drogę, w naszą drogę. Nasze komiksowe postacie są już za miastem na autostradzie, przygotowane do podróży. Myślę, że ten motyw będzie się przewijał przez okładki kolejnych płyt, które planujemy nagrać.

Wasz najnowszy teledysk to „Monkey-Spirit”, nieco wcześniej udostępniliście zaś koncertowy „Show That Feelin'”, zarejestrowany podczas festiwalu na Ukrainie?

Tak, materiał do teledysku „Show That Feelin'” został nagrany w Kijowie podczas naszej pierwszej zagranicznej trasy. Występowaliśmy tam w ramach „Daily Metal Female Fronted Festival”. Zacna impreza! Zaś sam numer to typowy przedstawiciel naszego gatunku - „Van Halen'owe” klawisze i dużo melodii pomieszanej z ogromną ilością wielogłosów. Co do „Monkey” - do tej piosenki napisałam mocny, nawet miejscami obraźliwy tekst, który dotyczy niestety większości naszego społeczeństwa, które tworzy sztuczne i chore standardy. Zainspirował mnie do tego główny riff. Forma wyrazu artystycznego miała być jak najbardziej krzykliwa i szokująca - instrumentalnie, wokalnie i wizualnie. Czyli głośno, „krzycząco”, miejscami niedbale lub zabawnie, ale z potężną wiadomością, wręcz „buntowniczą”. O to nam właśnie chodziło.

Sami też zorganizowaliście dwie edycje własnego festiwalu „Still Of The Night”, bierzecie aktywny udział w memoriale Ronniego Jamesa Dio – tego typu imprezy dają większe szanse dotarcia do większej liczby fanów niż pojedyncze, klubowe koncerty?

„Still Of The Night” to - nieskromnie powiem - dobry pomysł na propagowanie melodyjnego hard 'n' heavy w Polsce. Na tego typu imprezy przychodzą ludzie - starzy „wyjadacze” gatunku, którzy chcą posłuchać innych wersji utworów napisanych przez mistrzów.  Ale każdy taki „wyjadacz” może zabrać ze sobą znajomych i grono się powiększa. Poza tym, ludzie lubią, to, co już znają i chętnie śpiewają z nami podczas koncertów. Wtedy tworzy się magia. Co do memoriału Dio - jest to naprawdę świetna inicjatywa chłopaków ze Scream Maker - te koncerty zbierają fanów gitarowego grania z całej Polski. Daje to nie tylko możliwość pokazania się szerszej publiczności, ale także zmierzenia się z repertuarem Dio, który jest piekielnie trudny. To takie przekraczanie własnych barier i dobra lekcja pokory dla każdego wokalisty. Uważam, że dopóki są w Polsce takie wydarzenia - ta muzyka nie zginie. Tak nieoficjalnie powiem - w tym roku w październiku odbędzie się III edycja „Still'a”, datę podamy na dniach na naszej stronie na Facebooku. Gorąco zapraszam!

Dążycie też pewnie do tego, aby koncertów promujących „Hittin' The Road” poza granicami Polski było stopniowo coraz więcej, bo jednak tutaj takie granie to jednak nisza, gdy na Zachodzie macie nieporównywalnie większe szanse – stąd zresztą anglojęzyczne teksty?

Tak, pracujemy teraz nad trasą zagraniczną. Na pewno wrócimy na Ukrainę, ale dostaliśmy też propozycję trasy w Stanach. Uważamy, że jest to dla nas spora szansa na dotarcie do ludzi, którzy cały czas siedzą w tym klimacie. Zobaczymy, co nam z tego wyjdzie. Jeśli chodzi o angielski - mamy teraz jedną wielką globalną wioskę. Nie chcę, aby tylko 40 milionów ludzi w Polsce rozumiało o czym śpiewam (śmiech)

Oj, jest nas chyba znacznie mniej... Macie więc świadomość, że „Hittin' The Road” może okazać się dla was czymś więcej niż tylko długogrającym debiutem, bo przepustką do większej kariery – teraz trzeba tylko wykorzystać wszystkie szanse i możliwości, jakie daje wam ta płyta?

Szczerze, nie wiem co da nam ta płyta. Na razie odbiór jest bardzo dobry i lekko przeszedł nasze oczekiwania, bo my jesteśmy z natury sceptyczni i bardzo krytyczni w stosunku do siebie. Oczywiście - wiele rzeczy mogło pójść lepiej, ale wydaje mi się, że debiut rządzi się swoimi prawami. Niech ludzie oceniają, my już wykonaliśmy swoją robotę. Jedyne, co nam teraz zostało, to ruszyć w drogę i grać! (śmiech)

Wojciech Chamryk

128_enforcer_158x600px_eu.gif 127_grandmagus_158x600px_eu.gif 120_anthrax_banner_2.png

Goście

1959443
DzisiajDzisiaj153
WczorajWczoraj1748
Ten tydzieńTen tydzień8027
Ten miesiącTen miesiąc70008
WszystkieWszystkie1959443
3.90.56.90

protector plakat m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m