Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

lion shepherd plakat m 

queensryche plakat m

retrospective trasa pl m

ram plakatx m

psychotic waltz plakatx m

protector plakat m

mortis plakat m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

hammerfall posterb1 m

„Akustyczny rock” (Inner Rival)

Dianoya – przynajmniej na jakiś czas – zawiesiła działalność, ale muzycy tej interesującej grupy nie zrezygnowali z grania. Inner Rival na pewno zaskoczy tych wszystkich, którzy słyszeli Dianoyę, bo to dynamiczne, ale akustyczne granie, czerpiące przede wszystkim z estetyki lat 90. O procesie, którego efektem jest debiutancki, wyśmienity album „Inner Rival” rozmawiamy z wokalistą oraz gitarzystą formacji:
         
HMP: Przyznacie, że to nietypowa sytuacja, kiedy muzycy znani z progresywnych zespołów zakładają kolejny, grający coś zupełnie odmiennego – domyślam się, że to efekt waszej fascynacji akustyczną muzyką?

Filip Zieliński: Mam wrażenie, że w Polsce każdy zespół grający trochę mniej banalną muzykę, z ciekawymi harmoniami i dłuższymi utworami niż te puszczane w radiu, jest wrzucany do worka szeroko zwanego „progrockiem”. My nigdy nie czuliśmy się w 100% zespołem progresywnym, tym bardziej, że nasze fascynacje muzyczne zakorzenione są w muzyce rockowej. Muzyce lat 90. A co do muzyki w wydaniu akustycznym to zgadza się, że zawsze z Jankiem uwielbialiśmy koncerty z serii „MTV Unplugged” i chcieliśmy coś takiego kiedyś popełnić.

Ta idea dojrzewała w was stopniowo, czy też powstanie Inner Rival zawdzięczamy jakiemuś impulsowi?

F.Z.: Szczerze to pamiętam tylko, że był to rok 2013, a czy był to impuls, czy dłuższe przemyślenie tego nie jestem w stanie sobie przypomnieć.

W dodatku nie jest to poboczny projekt muzyków grupy Dianoya, bo wygląda na to, że ten zespół to już przeszłość, przynajmniej w najbliższym czasie, bo skoncentrowaliście się na Inner Rival?
F.Z.: Dianoya jest zawieszona – Inner Rival wręcz odwrotnie. (śmiech)

Nazwa wewnętrzny rywal może być interpretowana bardzo różnie – właśnie ta niejednoznaczność zdecydowała o jej wyborze?

F.Z.: Nazwa powstała koło 2013 roku, bo i w tym czasie pojawił się w głowie pomysł na zrobienie w przyszłości projektu, który będzie energicznym, akustycznym graniem. W czasie kiedy powstała idea Inner Rival sporo się działo i miałem sporo wewnętrznych rywali... także tego. (śmiech)

Można też odnieść ją do waszego przejścia od złożonego, progresywnego grania do korzennych, akustycznych dźwięków?

F.Z.: Inner Rival to rockowe granie, może w nieco bardziej przystępnej formie niż Dianoya, ale pamiętajmy, że materiał skomponowany był w ogromnej mierze przez te same osoby więc myślę, że znajdziemy tu charakterystyczne dla nas melodie i harmonie.

Zawartość „Inner Rival” potwierdza, że czujecie się w tej stylistyce wybornie, chociaż nie inspirowaliście się chyba folk rockiem czy psychodelią przełomu lat 60. i 70., ale raczej muzyką lat 90.?

F.Z.: Na tym jesteśmy wychowani. Kolektywnie uważamy, że wszystko co najlepsze powstało w latach 90. (śmiech)

Nie bez znaczenie był tu chyba fakt, że grunge też czerpał z przeszłości, dlatego w żadnym razie nie ma tu jakiegoś stylistycznego dysonansu, wszystko zazębia się idealnie?

F.Z.: Muzyczna historia zawsze zatacza krąg. Lata 90. łamały prawa obowiązujące w latach 80., ale czerpały z agresji i brudu lat 70... Tworząc materiał nie myśleliśmy za bardzo o zazębianiu się wątków muzyczno-historycznych. Chcieliśmy spójnego i energetycznego grania z ciekawym brzmieniem i równie ciekawymi tekstami... Ot cała historia (śmiech)

Zespół powstał w roku 2017, tak więc szybko przygotowaliście ten długogrający materiał – nie chcieliście marnować energii na demówki, EP-ki i takie tam, od razu miało być całościowe, albumowe uderzenie?

Jan Niedzielski: Wychowywaliśmy się w czasach, kiedy albumów słuchało się w całości. Od pierwszego utworu do ostatniego. W ten sposób słuchamy muzyki i chcieliśmy,  aby nasi słuchacze mieli szansę na odbiór tej płyty całościowo. Mieliśmy bardzo dużo pomysłów, nie dało się tego wszystkiego zamknąć w formie EP-ki.

Wybranie na miejsce nagrań studia Serakos Magdy i Roberta Srzednickich też nie było przypadkiem, bo znaliście się wcześniej, a na jakości brzmienia nie zamierzaliście oszczędzać?

J.N.: Powiem krótko. Współpracujemy tylko i wyłącznie z profesjonalistami.

Początkowo było was dwóch, ale skład dopełnił perkusista Votum Adam Łukaszek – też chciał sprawdzić się w lżejszym, akustycznym graniu?

F.Z.: Z Adamem znamy się już 10 lat. Zagraliśmy razem parę tras i utrzymujemy prywatny kontakt. Bardzo naturalne wydało nam się, aby zaprosić go do tego projektu w momencie kiedy stwierdziliśmy, że będziemy potrzebować dobrego bębniarza. A czy granie jest lżejsze?... sądząc po „kraterach” na naciągach – nie sądzę. (śmiech)

Do udziału w sesji zaprosiliście też dodatkową perkusistkę i wiolonczelistę, wykorzystaliście też choćby banjo, instrument powszechnie kojarzony z tradycyjnym jazzem czy miejskim folkiem – zależało wam na jak najbardziej urozmaiconych aranżacjach?

F.Z.: Nie było planu, aby wrzucić jak najwięcej ciekawych instrumentów aby na siłę urozmaicić materiał. Raczej myśleliśmy co zabrzmiałoby fajnie w danym utworze. Z Patrycją Betley (instrumenty perkusyjne) znam się od jakiegoś czasu, więc kiedy powstał pomysł na wykorzystanie wszelakich perkusjonaliów wybór był prosty. Karola Wachnika (wiolonczela)  poznaliśmy na sesji nagraniowej, współpraca choć krótka, była bardzo owocna i inspirująca.

Mnóstwo tu potencjalnych przebojów, choćby pierwszy singel „A Lot!” – liczycie, że zdołacie przebić się z nimi do rozgłośni radiowych, etc., kiedy w dzisiejszych czasach za wszystko trzeba płacić, albo mieć odpowiednie znajomości?

J.N.: Nie mamy żadnych znajomości i na nic nie liczymy. Mamy po prostu nadzieję, że utwory które skomponowaliśmy same się obronią, bez stwarzania sztucznej otoczki, bez budowania jakiegoś dziwnego mitu. Jak do tej pory, mamy bardzo fajny odzew od normalnych ludzi, bez wmawiania nam jacy to jesteśmy zajebiści itd.  

Pytam o to, bo jesteście przecież zespołem niezależnym, a CD „Inner Rival” wydaliście sami. To tylko pierwszy etap, z opcją, że uda wam się zainteresować tym materiałem jakiegoś wydawcę?

J.N.: Będzie co ma być. Muzyka musi obronić się sama.

Planujecie też ponoć wydanie LP – zauważyliście, że ten nośnik jest obecnie znowu modny, czy też czarne płyty były z wami już wcześniej i uznaliście, że ten materiał zabrzmi właściwie dopiero z tego nośnika?

F.Z.: Faktycznie nośnik ten przeżywa renesans. Chcieliśmy dać coś ekstra, nie tylko w sferze audio ale coś także miłego dla oka. To jest bardzo ładny przedmiot w dodatku z małymi bonusami w środku. (śmiech)

Wiele zespołów nie dba o jakość dźwięku winylowych edycji swych płyt, zapominając o konieczności wykonania oddzielnego masteringu na potrzeby takiego wydania – wy nie zapomnieliście, ten longplay nie zabrzmi jak płyta CD?

F.Z.: O techniczną stronę materiału nagranego czy to na CD, czy na winylu zadbali Magda i Robert Srzedniccy, więc jesteśmy spokojni.

Planujecie też pewnie koncerty po premierze „Inner Rival”, ale dostrzegam tu dwa problemy: nie macie w składzie basisty, a płyta trwa niewiele ponad 40 minut, więc to trochę mało materiału na koncert. Macie w zapasie jakieś niepublikowane utwory autorskie, czy będziecie wspomagać się coverami?

J.N.: Na koncertach będą nas wspomagali profesjonalni muzycy, tak więc wszystko zabrzmi jak powinno. O to się w ogóle nie martwimy. Mamy pomysły na kilka coverów, a zatem nie ma obaw, że koncert będzie za krótki.

Granie/nagrywanie oklepanych utworów to chyba coś najgorszego nie tylko dla muzyków, ale i dla słuchaczy – choćby wczoraj słyszałem „Smoke On The Water” w wersji podanej kompletnie bez ognia, mimo słyszalnego potencjału zespołu – trzeba szukać czegoś nieoczywistego, co będzie można zagrać po swojemu i dopełni własny materiał?

J.N.: Nie ma nic złego w odegraniu coveru 1:1. Często ludzie tego właśnie oczekują. My zrobimy to  zapewne po swojemu, aby utrzymać klimat znany z naszej płyty. Należy zachować poziom, niezależnie od tego czy gramy swój autorski materiał, czy posiłkujemy się coverami. Na tym gruncie też czujemy się pewnie i z przyjemnością zagramy kilka mniej oczywistych utworów.

Wojciech Chamryk

132_deathangel_158x600px_eu.gif 125_twilightforce_158x600px_eu.gif 125_destruction_158x600px_eu.gif 120_baner.gif

Goście

2332054
DzisiajDzisiaj1950
WczorajWczoraj3952
Ten tydzieńTen tydzień5902
Ten miesiącTen miesiąc65966
WszystkieWszystkie2332054
3.81.28.94