Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 78sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

accept posterb1yyy m

helloween i hammerfallzzz m

 

„(Nie)SCHEMAtyczność doom metalu” (Schema)

           

Od daty premiery debiutanckiej EP -ki „Miasto nierzeczywiste” Schemy minęło kilka lat, ale warto było czekać na długogrający materiał warszawskiej formacji. „Pierwsze zauroczenie” jest bowiem perfekcyjnym zaakcentowaniem, że doom metal wcale nie musi być nudny, rozwleczony i oczywisty – nie tylko dlatego, że zespół wziął na warsztat i odczytał na nowo ponadczasowy utwór „Nim wstanie dzień”  Agnieszki Osieckiej i Krzysztofa Komedy z filmu „Prawo i pięść”.

                     

HMP: Dość długo musieliśmy czekać na to wasze albumowe „Pierwsze zauroczenie”, zważywszy, że zespołowi „stuknęło” właśnie 20 lat?

Qba: Prawda jest taka, że przez te wszystkie lata grania (i niegrania), nigdy priorytetem nie było nagrywanie. Zawsze najważniejszy był sam akt grania i tworzenia. Pierwsza myśl o nagraniu pojawiła się, co ciekawe, kiedy przestaliśmy grać. Kiedy dopadła nas rzeczywistość i każdy zajął się swoim życiem, a część graniem w innych projektach, stwierdziłem na jednej z imprez, gdzie się spotkaliśmy, że chciałbym mieć te utwory na starość i może je nagrajmy. Panowie przyklasnęli i tak zabraliśmy się za nagranie EP-ki „Miasto nierzeczywiste”. W miarę szykowania się do tego nagrania, znowu spotkaliśmy się na próbach i znowu muzyka zaczęła z nas wypływać. Szybko okazało się że EPka to za mało…

Filip: Nigdy nie traktowałem Schemy jako przedsięwzięcia, które ma się zamknąć w jakiś określonych ramach czasowych. Zawsze też na pierwszym miejscu stawiałem satysfakcję czerpaną z samego procesu zespołowego grania: próby, spotykanie się, towarzyszący temu klimat. To było istotne dopełnienie mojego codziennego życia, nie czułem, że muszę coś komuś udowadniać. Oczywiście z czasem materiał był tak dojrzały, że trzeba było zamknąć ten etap, żeby w ogóle myśleć o pójściu dalej. W ten sposób w roku 2016 powstało „Miasto nierzeczywiste”. „Pierwsze zauroczenie” miało pojawić się dość szybko po nim, ale życie zdecydowało inaczej. I oto jesteśmy w roku 2021 – może nieco później niż było planowane, ale za to zadowoleni z efektu.

Nie było jednak tak, że byliście aktywni przez cały ten okres, bo zdarzały się wam nawet kilkuletnie przerwy, ale chęć grania w końcu zwyciężyła i znowu zaczęliście regularne próby?

Qba: Zaczynaliśmy jako dzieciaki, które po prostu jarały się graniem wspólnie muzyki. Wraz z naszym dorastaniem dorastała muzyka, ale nadal nie przenosiło się to na granie koncertów czy nagrywanie. Zwyczajnie nikt nie odczuwał potrzeby. To jednak doprowadziło do tego, że z czasem ważniejsze stały się inne sprawy w życiu. A to nie odbyła się próba, bo ktoś musiał gdzieś jechać, albo zostać w pracy dłużej itp. Wszystko w końcu rozmyło się naturalnie. Do grania wróciliśmy przez dwa bodźce. Z jednej strony wspomniana przeze mnie chęć dokończenia i zamknięcia wszystkiego w formie nagrania naszych kompozycji. Z drugiej Filip pewnego razu napisał tekst do „Latarnika”, którym się z nami podzielił, i który od razu zainspirował naszego basistę Kubę do napisania muzyki. Najpierw chłopaki we dwóch spotykali się akustycznie w mieszkaniu Kuby i z czasem każdy tam po kolei dołączał. Kiedy ja przyjechałem do mieszkania, to jasne się stało, że na meblach nie mogę długo grać.

Filip: Nawet kiedy nie graliśmy prób, spotykaliśmy się towarzysko i zawsze rozmowy prędzej czy później schodziły na granie. W ten sposób temat nigdy nie został porzucony i w sprzyjającym momencie okazało się, że dawne przeszkody (kto spamiętałby dziś, jakie?) zniknęły i wszyscy znów są gotowi grać. Domowe próby u Kuby zebrały trzon zespołu, do którego – już w salach prób – czasowo powrócił znakomity (choć bardzo skromny) gitarzysta, Szymon. W tym składzie nagraliśmy „Miasto nierzeczywiste”. Potem dzięki konsekwentnym i niestrudzonym poszukiwaniom Kuby miejsce Szymona zajął Tomek, którego drugie imię to solidna firma. Dzięki niemu, mimo odejścia nieodżałowanego Miłosza, mogliśmy nagrać „Pierwsze zauroczenie”.  

Wydanie EP-ki „Miasto nierzeczywiste” zmotywowało was do bardziej wytężonego działania, właśnie wtedy pojawiła się myśl, że waszym kolejnym krokiem powinien być album?

Qba: Wydanie EP-ki pierwotnie miało być zakończeniem wszystkiego. Stworzyliśmy te kilka utworów przez lata i chcieliśmy je po prostu nagrać, żeby mieć coś dla siebie na starość. Ale tak jak mówisz, kiedy zaczęliśmy znowu grać, to wstąpił w nas nowy duch. Pojawił się zarys nowego utworu „Latarnik”, do tego „Katedralny pył”, który tak naprawdę powinien był znaleźć się na EP-ce, tak ewoluował, że nagle przestał do niej pasować. Znowu wciągnęło nas granie i komponowanie, zwłaszcza kiedy w zespole pojawił się gitarzysta Tomek i jego świeże pomysły. Płyta skrystalizowała się sama, kiedy podliczyliśmy ile minut materiału już mamy.

Filip: Idea Schemy jest we mnie tak głęboko zakorzeniona, że nigdy nie myślałem na poważnie (choć głośno mogłem to rozważać) o jej zakończeniu. Byłem raczej gotowy na jej przekształcenia lub okresy nieaktywności – i czas pokazał, że miałem rację. Jeśli idea jest wystarczająco mocna i wyraźna, to w końcu nadchodzi stosowna konfiguracja czasu i ludzi, żeby ją realizować. Pomijając trudności, które zawsze towarzyszą wszelkim twórczym przedsięwzięciom, mogę śmiało powiedzieć, że począwszy od przygotowań do „Miasta...”, aż do dziś zespół konsekwentnie realizował kolejne wynikające z siebie cele. Widzę to jako proces.
Długo pracowaliście nad tym materiałem, bo mamy tu przecież i starsze utwory, to jest „Katedralny pył” i „Latarnik”, samo nagrywanie też chyba nie przebiegało bezproblemowo i trwało długo, ale w końcu dopięliście swego?

Qba: Sam proces nagrywania płyty to trzy lata, ale tak jak mówisz niektóre utwory sięgają pamięcią do początków istnienia zespołu. Nagrywanie trwało tyle, bo po prostu przerywało nam życie. Nikt z nas nie zajmuje się muzyką profesjonalnie. W czasie nagrywania np. naszemu basiście urodziło się dziecko, co z oczywistych powodów było większym priorytetem, a ja z Tomkiem w tym samym czasie nagraliśmy płytę z zespołem Pale Mannequin. Jednocześnie fakt, że nie mamy wydawcy ani jakichś terminów sprawiał, że woleliśmy zrobić to wolno, ale dobrze. Mimo że kiedy to się działo, to szlak mnie trafiał, to teraz kiedy na to patrzę, myślę że to zrobiło nam to dobrze. Dopieściliśmy tą płytę i to słychać. Naprawdę jestem zadowolony z rezultatu, a przyznam że rzadko mi się to zdarza. (śmiech)

Filip: Zawsze mówimy, że gdybyśmy nagrali to szybko, to nie byłby to doom metal (śmiech). Okazało się, że to najkrótszy czas, w jakim byliśmy w stanie to zrobić, tak chcieli bogowie. A jeśli chodzi o łączenie starego z nowym, to tworzenie jest też swego rodzaju medytacją nad tym, skąd się wyszło, bo u początków zawsze kryje się podstawowy nerw, który zdecydował o ogólnym kierunku i charakterze podjętej twórczości. Środki wyrazu mogą się zmieniać, ale nerw pozostaje ten sam i wciąż definiuje twórczą osobowość.

„Pierwsze zauroczenie” pokazuje z jednej strony waszą fascynację doom metalem, ale jest też dowodem na to, że chcecie zerwać ze schematycznością i pewną przewidywalnością tej stylistyki?

Qba: (śmiech) SCHEMAtyczność... Nie skłamię, kiedy powiem, że cześć z nas nie słucha już doom metalu na co dzień. Ja osobiście siedzę w muzyce afro-amerykańskiej z funkiem na czele, a nasz gitarzysta Tomek to maniak prog-rocka. To wszystko wpływa na nasze brzmienie. Podstawą jest doom, smutek i ciężar, bo od tego wyszliśmy i ta muzyka nadal sprawia nam ogromną frajdę, ale na koniec każdy chce przekazać coś swojego, indywidualnego, coś co trafia do niego. Kiedyś poszedłem z naszym wokalistą Filipem na koncert symfoniczny gdzie grali „Symfonię pieśni żałosnych” Góreckiego i ten porażający utwór zdecydowanie miał na nas jakiś wpływ. Schema na pewno nie chce być schematyczna!

Filip: Nie myślałem tak chyba o tym od samego początku, ale szybko dostrzegłem, że nazwa zespołu ma przekorny wydźwięk i bardzo mi się to spodobało. Schema, mimo pozornego sugerowania swą nazwą powielania schematów, zawsze była miejscem spotkania muzycznych osobowości, które nigdy nie grały pod dyktando. Nie było narzucania jakiejkolwiek dyscypliny, każdy rozumiał doom metal po swojemu, w naszej muzyce nie istniały rzeczy nie do pomyślenia. Zresztą programową nieschematyczność Schemy można dostrzec lepiej wtedy, kiedy pozna się inspirację dla nazwy zespołu. Schema (σχῆμα) to starogreckie słowo oznaczające „zewnętrzny kształt, postać”. Św. Paweł używa go w swoim słynnym (i bardzo doomowym!) zdaniu „Przemija postać (= schema) tego świata”. W Schemie nigdy nie traktowaliśmy muzycznych form jako czegoś niezmiennego i nienaruszalnego.

Doom, hard rock, a czasem nawet coś z jazzu – utwór ma być spójny i do tego ciekawy, bez ograniczania jego formy do najbardziej typowych rozwiązań, przerabianych wcześniej przez inne zespoły setki czy tysiące razy?

Qba: W zasadzie już wszystko powiedziałeś (śmiech). Nie istnieje coś takiego jak ustalona forma dla mnie. Wszystko jest zależne jedynie od emocji, które chce przekazać. Oczywiście poruszamy się w pewnej konwencji, gdzie raczej na pewno można się spodziewać przesterowanych gitar, ale to nie znaczy, że mają one być zawsze.

Filip: W zasadzie odpowiedziałem na to pytanie przy okazji pytania poprzedniego. Mogę jeszcze dodać, że różnorodność, a szczególnie zasada kontrastu, pozwala na głębszy dialog emocjonalny – zarówno twórcy ze sobą, jak i z jego odbiorcą. Wiedział to już Kochanowski, który siedząc pod swoją lipą skonstatował, że wie się, co to zdrowie dopiero, kiedy się zachoruje (śmiech). Żeby poczuć, jak przytłaczający jest muzyczny ciężar, trzeba też momentów ukojenia, liryzmu czy wręcz ciszy. Nie jesteśmy w tym Kolumbami, ale zastosowanie tak rozumianego kontrastu wyszło nam, moim zdaniem, na nowym albumie całkiem nieźle.

Przyznam, że kiedy zobaczyłem na okładce pięć tytułów, pomyślałem, że to kolejny, krótszy materiał. Szybko okazało się, że niekoniecznie, bo aż trzy z tych utworów trwają ponad 10 minut, a całość to ponad trzy kwadranse muzyki – to przypadek, czy takie było założenie?

Qba: To nie przypadek. Powiem nawet, że zdziwiony jestem, że mamy na tej płycie utwory poniżej 10 minut (śmiech). To jest muzyka w pewnym stopniu medytacyjna, taka która wymaga chwili skupienia i raczej nie odniesie zamierzonego skutku, kiedy słucha się jej w biegu. W dzisiejszym świecie, gdzie utwory powyżej 4 minut to już rzadkość, a zawarte w nich emocje są mocno powierzchowne, my chcemy przekazać te głębsze. Każdy utwór jest przygodą, na którą zabieramy słuchaczy i jeżeli z nami wyruszą, to się nie zawiodą.

Filip: No dobra, przyłapałeś mnie wreszcie na schematyczności (śmiech). Ogłaszam wszem i wobec, że z mojego punktu widzenia im utwór doom metalowy dłuższy, tym lepszy. I podpisuję się obiema rękami pod tym, co Kuba powiedział właśnie o medytacyjności naszej muzyki. Jeśli ktoś szuka refleksji nad życiem, niech siada (choć do biegów długodystansowych też może się nadać) i słucha.

Wybranie na singiel znanego utworu to zwykle dobre rozwiązanie. Jednak w waszym przypadku nie dość, że „Nim wstanie dzień” trwa blisko 11 minut, to jeszcze z oryginalnej muzyki Krzysztofa Komedy praktycznie nic nie zostało – to bardziej wasz utwór do tekstu Agnieszki Osieckiej niż cover?

Qba: Tak, coverem tego nie można nazwać, bo zupełnie nie pracowaliśmy z oryginalną muzyką Komedy. Wzięliśmy na warsztat sam tekst Osieckiej, który jest przejmujący. Wykonanie Edmunda Fettinga jest wspaniałe, ale bynajmniej nie wykorzystuje w pełni potencjału, jaki drzemie w tych słowach. To tekst wprost stworzony do ciężkiej muzyki. I jakże cały czas aktualny…

Filip: Ten numer to poszukiwanie nowej formy dla wzruszającego wiersza Osieckiej. Konkurować z mistrzem Komedą nawet nie próbowaliśmy, lepiej od niego byśmy tego nie zrobili. Dobry tekst, taki jak Osieckiej, ma jednak to do siebie, że potrafi błyszczeć w różnych oprawach muzycznych. W świecie radiowych hitów 11-minutowy singiel to zapewne samobójstwo, ale to nie nasz świat, więc nie boli nas o to głowa. W moim odczuciu „Nim wstanie dzień” to swego rodzaju manifest naszego stylu, doskonale więc nadaje się na singiel.

Jesteście fanami filmu „Prawo i pięść” oraz oryginalnej wersji w wykonaniu Edmunda Fettinga, czy też bliższe są wam te nowsze, choćby Katarzyny Nosowskiej czy Strachów na Lachy?

Qba: Ja osobiście lubię wersje koncertową Bassa Astrala i Igo. Oni bliżej są monumentalności, jaką ten tekst ma dla mnie.

Filip: I Nosowska i Strachy zmierzyli się z Komedą, którego zwyczajnie trudno przewyższyć. Oryginał podoba mi się znacznie bardziej, jest w swej prostocie znacznie głębszy i prawdziwszy. Irytacja brakiem nowych, nieobliczonych na komercyjny zysk, prób muzycznego odczytania świetnego tekstu Osieckiej był istotnym impulsem, który skłonił mnie do wzięcia go na warsztat. Singiel można pobrać całkowicie za darmo z naszego profilu Bandcamp.

Chyba nie przypadkiem „Nim wstanie dzień” zamyka płytę, bo po sporej dawce mroku i pesymizmu wcześniejszych utworów daje jakąś nadzieję, ma mimo wszystko pozytywną wymowę?

Qba: Na tym nam zależało, żeby pozostawić słuchacza z nadzieją. Cała płyta jest trochę takim katharsis, przez które trzeba przejść, żeby te wszystkie negatywne emocje z siebie usunąć. Wtedy doczekamy się nowego i lepszego dnia.

Filip: Kuba zaproponował taki układ i dobrze zrobił. Dodam tylko, że nie odbieram swoich tekstów jako pesymistyczne. Bardziej widzę je jako oswajanie świata, który, choć fascynujący, często jawi się też jako niezrozumiały i groźny. „Nim wstanie dzień” na pewno pozostawia słuchacza z jasnym sygnałem, że światło przenika ciemność.

Drugi singiel „From Whence Doom Comes” to wasz hołd dla Aarona Stainthorpe'a, wokalisty My Dying Bride – czyżby mieli oni aż tak duży wpływ na Schemę?

Qba: My Dying Bride miało ogromny wpływ na nas osobiście i przez to na Schemę. To jest zespół, z którym każdy z nas zetknął się za młodu, i z którym nie rozstał się do dziś. Ja osobiście przez lata czerpałem bardzo wiele z ich muzyki. To połączenie melancholii z ciężarem, ten zmieniający się wokal Aarona od growlu do melorecytacji. Znam wiele dobrych zespołów doom metalowych, ale tylko My Dying Bride przez te wszystkie lata niezmiennie pozostaje na szczycie.

Filip: W moim przypadku mieli oni wpływ decydujący. Wyczarowany przez nich świat dźwięków i obrazów odcisnął się bardzo mocno na mojej wrażliwości muzycznej. A jak już przed chwilą powiedziałem, medytacja nad korzeniami zawsze towarzyszy u mnie procesowi twórczemu. Nagranie numeru stanowiącego swego rodzaju spłatę zaciągniętego u My Dying Bride długu było jednym z moich priorytetów.

Aaron słyszał ten utwór, pochwaliliście mu się stworzeniem czegoś takiego, czy nie mieliście śmiałości? (śmiech)

Qba: Wysłaliśmy mu i napisał, że mu się podoba. Pytanie na ile to uprzejmość angielska, a na ile prawda (śmiech). Ale poprosił nas o wysłanie mu CD, więc może faktycznie nie ma wstydu.

Filip: Wymieniłem z Aaronem ładnych parę maili w tej sprawie. Wyraził zainteresowanie i wdzięczność. Chcę wierzyć, że podoba mu się to, co nagraliśmy.

Okładka miała nawiązywać do tytułu płyty, a do tego być nieoczywista, stąd wykorzystanie przez was obrazu „The Pride of Dijon” Williama Johna Hennessy'ego, tym bardziej, że ten wiktoriański klimat pasuje do doom metalu jak ulał?

Qba: Dokładnie. Jak nasz wokalista Filip podesłał nam ten obraz, to w zasadzie było przesądzone. Poza za oczywistym skojarzeniem z pierwszy zauroczeniem, to jeszcze wygląd tego jegomościa jest taki mefistofeliczny. A kiedy zaczniemy się wpatrywać głębiej w ten obraz, to się okazuje, że oni nie patrzą na siebie wcale. Do tego ich miny są raczej znudzone niż zachwycone. To wszystko tak pięknie kontrastuje z sielankowością tła. Uwielbiam, gdy w obrazie można odnaleźć takie zgrzyty, które na pierwszy rzut oka są niezauważalne.

Filip: To kolejny przykład na ożywcze działanie kontrastu. Obraz jest romantyczny, ale podszyty melancholią, zieleń ogrodu podbita jest mrokiem, postacie milczą, ale nie jest to beztroskie milczenie. Skłania do refleksji podobnie jak nasza muzyka.

Macie więc debiutancki album, pojawiają się promujące go utwory, ale co dalej? Z racji pandemii o koncertach możecie tylko pomarzyć, z kolei profesjonalny teledysk kosztuje, co dla niezależnego zespołu jest sporym obciążeniem – co planujecie, żeby „Pierwsze zauroczenie” nie przepadło w powodzi nowych płyt, odbiło się wśród słuchaczy jakimś szerszym echem?

Qba: Najbardziej zależy nam, żeby ten materiał dotarł do ludzi, którzy takiej muzyki słuchają. Nie ma się co oszukiwać, że jest to muzyka niszowa i nie dla każdego. Ale jednocześnie nieskromnie uważam, że jeżeli już ktoś słucha metalu, to jest to kawał naprawdę dobrej i autentycznej muzyki. I dobrze, żeby dowiedział się o istnieniu tej płyty. Mamy nadzieje, że takie rzeczy jak ten wywiad pomogą nam w tym. A co do koncertów, to tak jak mówisz, na te chwilę są one w sferze marzeń, ale jak świat się uspokoi i wstanie w końcu nowy dzień, to bardzo chcielibyśmy zagrać coś premierowego. Na pewno będziemy do tego dążyć!

Filip: Nowy dzień nadchodzi, choć może się to teraz wydawać bardzo odległe. A kiedy nadejdzie, sceny zadrżą pod walcem Schemy (śmiech). Nowy album to decydujący krok w historii zespołu, ale będę się upierał, że naszym debiutem było „Miasto nierzeczywiste”. Nie zaczynamy więc od podstaw, raczej konsekwentnie budujemy swoją pozycję. Tylko w ten sposób zyskuje się trwałe miejsce na scenie.

Wojciech Chamryk

131_ot1020.gif 129_evangelist_banner158x600px.jpg 121_axe_crazy_baner.gif 120_slider_ot.gif

Goście

3600770
DzisiajDzisiaj225
WczorajWczoraj456
Ten tydzieńTen tydzień1615
Ten miesiącTen miesiąc7281
WszystkieWszystkie3600770
100.24.122.117