Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 76sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

kat roman kostrzewskiazq m

vaderazq m

doroplakatze m

nightwishposterz m

opethposterz m

epicaposterz m

helicon metal festival iiidoz m

helloween nowadata m

laibachposterz m

mystic festivalzz m

kiss poster m

steelpanther poster m

evanescenceposterz m

vandenberg poster m

van der graaf generator m

deeppurple 2021 posterb1mn m

fish posterb1 2021 v2ze m

tarja 2021 posterb1 m

 

JOY MACHINE - Żyć rockiem i nie zważać na trendy

Na świecie taki melodyjny, pełen energii hard rock od pewnego czasu cieszy się rosnącą popularnością. W Polsce, jak to zwykle bywa, jest z tym różnie. Warszawski Joy Machine nie znalazł wydawcy, dlatego udostępnił swoją debiutancką płytę do bezpłatnego ściągnięcia. Mam nadzieję, że przy okazji drugiego materiału, który już powstaje, będzie to wyglądało zupełnie inaczej. Perkusista grupy - Misiek Ślusarski, przedstawia plany zespołu i kulisy nagrania „...To Be Rock And Not To Roll..."

HMP: Po kilku latach działalności, dopiero w ubiegłym roku wydaliście debiutancką płytę – „...To Be Rock And Not To Roll...". Dlaczego musieliśmy czekać na nią tak długo?

Misiek Ślusarski: Ja wiem, czy długo? Weszliśmy do studia po niecałych dwóch latach działalności. Zwróć uwagę, że w Polsce funkcjonują kapele, które biorą się za nagranie debiutu po pięciu, a nawet dziesięciu latach grania. U nas wyglądało to tak, że nagrany materiał przeleżał sporo czasu w szufladzie, czekając na zainteresowanie wytwórni. Rozesłaliśmy płyty po całym świecie i czekaliśmy na odzew. Nie wiem, czym zajmują się ludzie w wytwórniach płytowych, ale większość nawet nie raczyła napisać maila. Dostaliśmy kilka podobnych, odmownych odpowiedzi, że ludzie i tak ściągną album z sieci, że się nie kalkuluje, itp. Wtedy postanowiliśmy pokazać przysłowiowy palec i daliśmy ludziom naszą płytę za darmo. Skoro i tak mieli ją ściągnąć, niech to robią legalnie.

Czy na ten album trafiły wybrane, najlepsze utwory z całego okresu działalności zespołu, czy są to nowe kompozycje?

Jak powiedziałem wcześniej, weszliśmy do studia dość szybko od momentu powstania zespołu. Mieliśmy gotowych jedenaście kompozycji i wszystkie weszły na płytę. Nie było sytuacji, że coś z sesji poszło do kosza.

Czyli całość tego materiału mieliście już ograną i przygotowaną na długo przed sesją?

Jedenaście utworów z płyty mieliśmy dobrze przygotowanych i ogranych, zarówno w sali prób, jak i na koncertach. Nie rozumiem kapel, które piszą płyty w studiu. Nasze utwory były wcześniej pokazane ludziom i wiedzieliśmy, że będziemy rejestrować materiał, który się podoba i jest dobrze odbierany przez fanów. Dało nam to dodatkowego kopa w studiu. Mieliśmy pewność, że nagrywamy numery, które ludzie wcześniej zaakceptowali i polubili. Na płytę wszedł tylko jeden numer, którego wcześniej nie graliśmy. Mowa tu o ostatnim na krążku „No Way…”. Pod koniec nagrań bębnów Kamil przyniósł pilota gitarowego i stwierdziliśmy, że warto to nagrać. Aranżacja nastąpiła jednocześnie z rejestracją, potem napisałem tekst i tak numer ten zamyka płytę.

W związku z tym pewnie szybko uwinęliście się z nagraniami. Nie można nie zwrócić uwagi na świetne brzmienie „...To Be Rock And Not To Roll...". Gdzie nagraliście ten album i kto pełnił rolę producenta?

Wbrew pozorom, sesja nagraniowa ciągnęła się dosyć długo. Nagrywaliśmy w Sophiria Studio, jakąś godzinę drogi od Warszawy. Za całość nagrań odpowiedzialny był Daniel Szreder, z którym zrobiliśmy wcześniej trzyutworowe demo. Wybór miejsca na nagranie debiutu zdeterminowany był wcześniejszą współpracą, atmosferą i wzajemnym porozumieniem między nami, a Szrederem. Ja nagrałem całe gary w dziewięć dni. Nie było żadnego ciśnienia podczas sesji - jak chcieliśmy, to nagrywaliśmy, jak nie - to relaks (śmiech). Schody czasowe zaczęły się po nagraniu bębnów, bo każdy z chłopaków miał jakieś zajęcia w Warszawie, więc nagrywaliśmy z doskoku. Co do produkcji, to właściwie zrobiliśmy ją sami. Duży wkład miał też Szreder, szczególnie podczas rejestracji moich partii. Można powiedzieć, że na czas nagrania został piątym Joyem (śmiech). W sumie, każdy z nas dołożył coś od siebie na tej płycie - nie można powiedzieć, że jest to twór jednej osoby.

Samo brzmienie by nie wystarczyło, gdyby to była słaba płyta, ale nie ma o tym mowy, to bardzo dobry, urozmaicony, melodyjny, pełen czadu i energii album! Gdybym nie wiedział, że nagrali go Polacy, postawiłbym pewnie na to, że to zachodnia produkcja, pochodząca na przykład ze Szwecji lub USA…

Dzięki za dobre słowa. Nie ukrywam, że nagrywając debiut byliśmy pod sporym wrażeniem szwedzkich kapel, szczególnie Hardcore Superstar. Jestem jednak przekonany, że nawet najlepsze brzmienie nie czyni płyty dobrą. Dlatego słowa pochwały należą się tu Kamilowi, który odpowiada za całość kompozycji (poza „One Night”). Jako zespół włożyliśmy w ten album mnóstwo serca i pracy, tym bardziej miło mi jest usłyszeć takie słowa. A wracając do brzmienia, to duża zasługa gratów, które zwieźliśmy do studia i Szredera, który to brzmienie wykręcił. Całości dopełnił Szymon Czech, który zrobił nam mastering.

Skąd pomysł na granie takiego melodyjnego hard rocka w amerykańskim stylu?

Nasuwa mi się, że z potrzeby serca (śmiech). Ja wychowałem się na Gunsach, Irze i Oddziale Zamkniętym. Pomysł wpadł do głowy podczas warszawskiego koncertu Guns N' Roses, który przekonał mnie, że w Polsce jest zapotrzebowanie na hard rocka. W kraju, czy nawet na świecie, gdzie media serwują ci plastikową papkę trzeba odrobinę się wysilić, żeby znaleźć dobrą muzykę. Jak zobaczyłem kilka tysięcy ludzi śpiewających „Paradise City", to jak mały chłopiec zakrzyknąłem - ja też tak chcę.

Ale zdajecie sobie sprawę, że dla wielu „prawdziwych” metalowców takie dźwięki nie mają nic wspólnego z metalem?

A wiesz, gdzie to mamy (śmiech)? Akurat z Kamilem popełniliśmy kiedyś album, który został oficjalnie wydany - mowa o „Reign In Chaos" zespołu Chaosphere. Jak ktoś jest żądny „kamilowego” talentu, a Joy Machine jest dla niego za lekkie, to odsyłam do tej płyty. Zresztą Joy z założenia nie miał grać metalu. To, że słychać tam naleciałości heavy, wyszło całkiem naturalnie podczas aranżacji i rejestracji materiału. Nie napinaliśmy się, żeby sztywno utrzymać się w jakichś ramach, moim zdaniem jest to zaleta tego zespołu.

Czytałem kilka recenzji tej płyty i były pozytywne. Jednak nie udało się wam podpisać kontraktu, i ostatecznie album można pobrać z waszej strony za darmo.

Mówiłem już wcześniej o reakcjach wytwórni. Wiele zespołów zostaje zauważonych po debiucie i wydają oficjalnie dopiero drugi album. Mam nadzieję, że nas też czeka oficjalne wydawnictwo. Na razie zapraszam do ściągania, słuchania i rozpowszechniania wśród znajomych pierwszego krążka.

Jest to ostatnio bardzo spopularyzowany zabieg, niestety…

Mieliśmy dosyć czekania. Materiał przeleżał sporo czasu w szufladzie, czekając na jakiegoś łaskawcę z wytwórni. Może zrobiliśmy błąd, czekając z wypuszczeniem materiału, ale cały czas liczyliśmy na wydanie. W pewnym momencie stwierdziliśmy… jebać to, wrzucamy płytę do sieci - niech ludzie słuchają, co ma być, to będzie. Myślę, że dzięki temu sporo osób poznało nasz zespół. Zresztą powiem ci, że tydzień czy dwa po wrzuceniu albumu na stronę, płyta była już na youtube, torrentach i innych stronach. Takie są realia dzisiejszego świata....

Nie próbowaliście zainteresować swoją muzyką zachodnich wytwórni – tam taka muzyka jest znacznie bardziej popularna?

Oczywiście, że tak. Płyta poszła w świat, ale bez odzewu. Nie mieliśmy żadnych znajomości, nikomu nie wylizaliśmy dupy i może dlatego tak wyszło. Ostatnio byłem na dużym festiwalu i zapytałem gościa z supportującej kapeli, jak się dostali na scenę, odpowiedział: „Stary, znajomości...". Dla mnie sprawa jest jasna - żyjemy w kurewskim świecie. Podejrzewam, że większość płyt wysyłanych do dużych wytwórni ląduje w koszu, jeśli nikt ich nie przepchnie przez pierwszą selekcję. Z drugiej strony bardzo budująca była dla mnie informacja z wytwórni Frontiers. Podobno długo i bardzo poważnie zastanawiali się nad wydaniem naszej płyty. Nie wiem, co zaważyło na decyzji, ale skoro tak znacząca wytwórnia rozważała wzięcie nas pod skrzydła, znaczy, że jest dobrze. Mocno liczę na Frontiers w kwestii drugiego albumu.

Planujecie wydanie wersji płytowej, chociażby w minimalnym, limitowanym nakładzie dla maniakalnych fanów i kolekcjonerów?

Ja sam jestem kolekcjonerem płyt i nie wyobrażam sobie nie mieć „...To Be Rock And Not To Roll..." na krążku, z kolorową książeczką, w pudełku. Plan jest prosty - jak Joy wróci do grania koncertów, zrobimy limitowany nakład. Niestety jest to jedyna opcja i nadzieja na zwrot kosztów produkcji. Ludzie prędzej kupią krążek po koncercie, gdzie będziemy go mogli jeszcze podpisać, niż np. przez stronę internetową. Reasumując… tak!

Skoro wróciliśmy do płyty, jej tytuł, poza jedną, brakującą literą „a”, to ostatni wers zeppelinowego „Stairway To Heaven”. Przypadek czy zamierzone działanie?

W sumie jedno i drugie. Na każdego z nas ekipa Page'a i Planta miała muzyczny wpływ, podobnie, jak kilka innych wielkich kapel. Ja tłumaczę sobie ten tytuł bardzo prosto - żyj rockiem i nie zważaj na trendy, nie daj się wydymać czasom i modzie. Proste, nie?

W waszej muzyce podoba mi się to, że jako całość jest szczera i bezpretensjonalna. Owszem, słychać wpływy i inspiracje, czasem są skojarzenia, ale nie na zasadzie nachalnego kopiowania, to raczej kwestia wspomnianych inspiracji. Pod czyim wpływem zaczęliście grać w tym stylu?

Myślę, że lista może być bardzo długa. W sumie nie da się odpowiedzieć na to pytanie, ot tak. Każdy z nas słuchał od dziecka mnóstwo muzyki. Był blues, pop, black metal, ale w dużych ilościach byli też Gunsi i Skid Row. Jesteśmy otwarci na różne style muzyczne, nie zamykamy się w ramach hard & heavy i pewnie dlatego muzyka Joy jest taka, a nie inna.

Myślę, że dopiero na żywo te utwory nabierają odpowiedniej mocy i ciężaru…

To prawda. Absolutnie szczerze mogę powiedzieć, że ludzie zajebiście reagują na Joy na koncertach. W nas, tuż przed wejściem na scenę, buzuje energia, która wraz z nabiciem do pierwszego kawałka eksploduje w salę. Jeżeli jest odzew publiki, wtedy już nie ma przebacz. Nie lubię chodzić na koncerty, gdzie kapela stoi sztywno na scenie i po prostu odgrywa numery. Dlatego w Joyu przykładamy do kreacji scenicznej dużą wagę. Jak dajesz z siebie 100% to ludzie to czują i dają coś od siebie. Dla mnie nie ma nic lepszego w graniu, niż po koncercie usłyszeć: „Stary, zajebiście, nie wiedziałem, że ktoś w Polsce gra taką muzę…". Tym bardziej dziwi, że nikt w naszym kraju nie pokusił się o wydanie płyty i inwestycję w zespół, ale póki co, my się nie poddajemy.

Jednak jest pewien problem… wokalista – Łukasz „Snake” Szemraj odszedł z zespołu. Jak więc wygląda sprawa jego następcy i ewentualnych koncertów?

Sprawa wygląda tak, że cały czas szukamy wokalisty.

Snake wysoko zawiesił poprzeczkę. Kandydatom ciężko będzie mu dorównać…

Właśnie. Dawno już doszliśmy do wniosku, że nie szukamy kopii Snake'a, ale kogoś, kto podejdzie do tego materiału z własnej strony. Snake odwalił kawał dobrej roboty i do tej pory nie znalazł się nikt, kto byłby w stanie to odtworzyć. My chcemy przede wszystkim człowieka z dużą charyzmą, który dopełni nas na scenie i da ludziom solidnego, rockowego strzała prosto w nos. Nie wiem, o co chodzi, ale nawet patrząc na ogłoszenia masz do wyboru, albo screamy i growle, albo lalusiowatych, wystraszonych kolesi śpiewających pop. Sam już nie wiem. co gorsze (śmiech). Zastanawia mnie tylko, gdzie są goście z jajami i głosem, jak niegdyś Jary czy Gadzio.

Nie poddajecie się jednak, niedawno miał premierę teledysk „Dance Of Senses”, promujący nową płytę.

A czemu mamy się poddawać? To by znaczyło, że jesteśmy mięczakami (śmiech). Co do klipu, to w końcu udało nam się go ukończyć. Proces realizacji trwał grubo ponad rok, z racji pewnych wydarzeń losowych, ale efekt jest dla nas w pełni zadowalający.

Domyślam się, że nie mieliście wielkiego budżetu, jednak całość robi wrażenie i nieźle się to ogląda!

Budżetu nie mieliśmy wcale, w zasadzie pokryłem koszty produkcji z własnej kieszeni. Słowa uznania szczególnie należą się Izie Salamusze, która odwaliła całą część produkcyjną, oraz Marcinowi Szarłackiemu, który zrobił zdjęcia. No i oczywiście nieocenione dziewczęta, czyli Iza i Eliza, oraz Koza, który wcielił się w główną rolę. Montaż jest mój, więc w zasadzie całość zamknęła się w gronie przyjaciół.

Jak w takim razie wyglądają wasze plany na najbliższe miesiące, poza rzecz jasna, skompletowaniem składu?

W zasadzie ten cholerny wakat za mikrofonem trochę nas hamuje. Plany są takie, żeby ruszyć z koncertami i popromować debiut. Mogę zdradzić, że obecnie powstaje materiał na drugi krążek, w tym momencie mamy gotowe 50% płyty. Będzie to lepszy materiał niż „jedynka", już śmiało mogę to powiedzieć. Jak tylko znajdzie się godny gardłowy, ruszymy z Joy Maszyną w Polskę siać hard rockowego ducha, gdzie tylko się da.

Dziękuję za rozmowę!

Dzięki wielkie. W imieniu zespołu pozdrawiam wszystkich czytelników. Pamiętajcie, As long as you are alive, we are alive, rock 'n' roll will never die…", jak krzyczą chłopaki z Airbourne. Podpisujemy się pod tym rękami, nogami i…(śmiech).

 

Wojciech Chamryk 

121_axe_crazy_baner.gif 131_ot1020.gif 120_slider_ot.gif

Goście

3526561
DzisiajDzisiaj298
WczorajWczoraj662
Ten tydzieńTen tydzień2261
Ten miesiącTen miesiąc36708
WszystkieWszystkie3526561
3.238.190.82