Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Nowy numer

hmp 72sm

Szukaj na stronie

HMP Poleca

dog eat dog 2019 abk fall instastory posterzyx m

walkyrya italian metal band 111019 m-artzzz b

mh plakat b

mortis plakat m

destroyers i jaguar plakat krakow 1zzz m

praying mantis plakat m

pestilence poster oba net 1k m

hitten plakatz m

true thrash fest m

ghost plakatz m

sacred reichs m

sacred reich plakatc m

alterbridge posterb1zyx m

annihilator plakat666 b

exumer plakat m

voivod plakatzyx m

metalowa-wigilia-2019-web-posterzyx m

deeppurple-poster m

dreamtheater-poster m

rhapsodyoffire-posterb1 m

hammerfall posterb1 m

atropha plakatzzz m

lamb of god i kreator plakat m

mystic festival 2020 m

THE SHADOW THEORY – Gra cieni

The Shadow Theory to nowa kapela w rockowej „stajni”, założona przez Devona Gravesa, niespokojnego „ducha” mrocznych dźwięków. Wszystko na nowym albumie kwintetu jest otulone cieniem, słyszalny mrok brzmienia,tajemniczy klimat kinowego horroru, sugestywne, niezwykle aktorskie wokale o szerokim spektrum wyrazu - od szeptu po wrzask i „warczący”głos na granicy growlu. Czyżby twórcy nowego „kinowego” horror progmetalu”? Devon Graves, czujący muzykę duszą miał odwagę na prawdziwy mezalians, fonograficzny projekt, w którym w idealnej symbiozie istnieją po sąsiedzku folk, thrash, heavy metal i progresja. Efekt?Wystarczy poczytać i posłuchać!

HMP: Stwierdziłeś, że Deadsoul Tribe „wyczerpał swoją formułę”. Możesz te słowa uzasadnić?

Devon Graves: To nie są w ogóle moje słowa. Nie wiem, skąd się wziął ten cytat. Krótko mówiąc – po prostu nadszedł czas na zmianę. Nie mówię, że Deadsoul Tribe zakończył działalność definitywnie, ale zaczynam zajmować się teraz czymś innym i zobaczę, do czego ta zmiana mnie doprowadzi.

Czego poszukujesz w szeroko rozumianym rocku progresywnym?

Nie szukam niczego w progresywnym rocku. Pomimo, iż jestem powiązany z muzyką progresywną i z całą pewnością są w naszej twórczości elementy, które mogą być określone jako progresywne, to dla mnie nadal jest to po prostu rock. Być może rozbudowany, ale to tylko muzyka rockowa i metalowa. Właściwie to wolimy określać swój styl jako „kinowy”.

Czy w kręgu znanych Tobie osobowości sztuki muzycznej działają aktualnie osoby, których twórczość stanowi dla Ciebie inspirację?

Większość moich inspiracji pochodzi od artystów z późnych lat sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych. Od czasu do czasu ktoś nowy pojawia się i staje się dla mnie jakąś inspiracją, jednak nikt z aktualnie tworzących muzyków nie przychodzi mi teraz na myśl.

Skąd wziął się pomysł na nazwę The Shadow Theory, która budzi, przynajmniej u mnie, skojarzenia z bandem The Shadow Gallery?

Po prostu wymyśliłem tę nazwę. Powstał we mnie pomysł, który nie miał konkretnego pochodzenia, ani też dosłownego znaczenia. To po prostu nazwa, która w tajemniczy sposób pasuje do naszej muzyki. Znam Shadow Gallery tylko z nazwy. Nie mogę jasno stwierdzić, czy znajomość tej nazwy miała jakiś wpływ na mnie. Używałem symboliki „Cieni” w mojej muzyce już od bardzo długiego czasu.

Z opublikowanych informacji wynika, że prace składu The Shadow Theory nad nowym albumem trwały 4 lata? Jaki był powód tak długiego procesu tworzenia?

To nie do końca prawda. Nasz zespół formował się prawie 4 lata, aczkolwiek jakieś 3 lata temu byliśmy już prawie w komplecie. Przyczyną tak długiego oczekiwania było moje zaangażowanie w albumy Deadsoul Tribe, trasy, tak więc nie mogłem pozwolić sobie na ruszenie z Shadow Theory aż do zeszłego roku, kiedy to rzeczywiście zaczęliśmy składać nasz nowy album do kupy.

A jak w ogóle narodził się skład The Shadow Theory, spontaniczna akcja grupy przyjaciół, czy żmudne poszukiwania?

Koncepcja kapeli zrodziła się podczas tras z Deadsoul Tribe. Wtedy spotkałem wielu niesamowitych, wyróżniających się muzyków. W pewien sposób stworzyłem moją wersję „supergrupy” w mojej wyobraźni, składała się ona z moich ulubionych muzyków, jakich spotkałem po drodze. Następnym krokiem było urzeczywistnienie mojego pomysłu, co ograniczyło się właściwie do kilku e-maili.

Devon, opowiedz polskim czytelnikom, jak doszło do współpracy z Grekiem Demi Scottem. Zastanawiałeś się przecież, czy keyboardy powinny się znaleźć w składzie instrumentalnym nowej kapeli?

Bez wątpienia wiedziałem, że będzie miejsce na klawisze. Nie wiedziałem tylko, czy będę potrzebował klawiszowca. W dzisiejszych czasach, w erze sekwencerów, klawiszowiec jest potrzebny, bądź nie, w zależności od nacisku kładzionego na ten instrument. W przeszłości używałem ich zawsze bardziej jako wypełnienie tła, niż cokolwiek innego, więc po prostu nie byłem pewny. Otrzymałem pewnego razu e-mail, coś w rodzaju listu od fana – Demi’ego, który nosił się z zamiarem porzucenia muzycznego biznesu i prosił mnie o radę w tej sprawie. Poprosiłem go, by podesłał mi trochę swojej muzyki i wtedy powiem mu, co myślę. Parę dni później otrzymałem od niego CD. Wrzuciłem płytkę do odtwarzacza i dosłownie wyskoczyłem z fotela! Moją radą dla niego było przybycie do Austrii i stworzenie tej kapeli razem ze mną.

Czy lubisz łączyć w swoich kompozycjach różne, niekiedy pozornie wykluczające się stylistyki muzyki rockowej? Na albumie „Behind The Black Veil” muzyka przypomina chwilami szaleńczą jazdę rollercoasterem: progrock, thrash, symphonic metal, psychedelic rock, folk.

Tak, dobrze się czuję pośród różnorodności i kontrastu. Jednocześnie, staram się, aby cała muzyka miała jakiś wspólny mianownik. Pewien mrok, który w dużym stopniu otacza wszystko, co robię.

Wiele utworów skomponowano na zasadzie kontrastów, niekiedy ekstremalnych, utwór zaczyna się od akustycznego intro, by po kilkudziesięciu sekundach wybuchnąć kaskadą dźwięku, podnosząc dynamikę na niebotyczny poziom. Takie były początkowe założenia, czy po prostu wyszło w procesie tworzenia?

To było zamierzone. Lubię ostre zmiany w dynamice i dramaturgii, aby muzyka była poruszająca i kolorowa. W innym wypadku, nudzę się słuchając czegoś, co pozostaje rutynowe przez większość czasu. 


Z wyjątkiem openera „I Open Up My Eyes” oraz zamykającego album „A Symphony Of Shadows” pozostałe kompozycje są dosyć krótkie. Jak udało się umieścić takie multum pomysłów rytmicznych, melodycznych w strukturze poszczególnych utworów? Nie miałeś obaw przed chaosem?

Chaos i lęk nigdy nie wkradły się do mojego umysłu. Wiele z utworów było początkowo dłuższych, ale powycinałem części, które powodowały stagnację albo utratę mojego zainteresowania. Nie było nic więcej, poza moim muzycznym instynktem, który podpowiadał mi, co pozostawić, co powtórzyć, a co wyrzucić. To nie był proces intelektualny, lecz po prostu zaufałem moim uczuciom, bez zastanawiania się. 

Jest to Twój chyba pierwszy koncept-album. Co stało się inspiracją stworzenia historii, horroru, w którym spektakularnie mieszają się rzeczywistość z sennymi koszmarami?

Historia została zainspirowana brzmieniem muzyki. W zasadzie, od czasu do czasu, gdy słuchałem tych kompozycji, King Diamond przychodził mi na myśl, więc może stąd się to wzięło. A może moją fantazją jest zostać Edgarem Allanem Poe Rock & Rolla!

Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że album „Behind The Black Veil” to rockowe kino. Możesz to wyjaśnić szerzej?

Cóż, to próba stworzenia naszego własnego brzmienia i stylu. Połączenie mrocznego heavy metalu z orkiestracją filmową naprawdę skłania do opowiadania historii, a dodatkowo gatunek wydaje się być nieograniczony. Planujemy dalej iść w tym kierunku i wytyczyć jego nowe granice. Rockowe Kino to jak film w wersji audio. Jestem wielkim fanem filmów, mam więcej DVD niż CD w swojej kolekcji.

Wielkie wrażenie wywarły na mnie partie wokalne. Zachowujesz się jak aktor na scenie teatru, operując nastrojami, intonacją, szepcząc, krzycząc, przemawiając dramatycznie. Przygotowywałeś się specjalnie do tej roli?

Zajęło mi trochę czasu, aby poczuć się dobrze w tej roli. Poczuć, w jaki sposób chciałem podejść do tej muzyki od strony wokalnej. Moim zamiarem było sprawić wrażenie, że główny bohater jest otoczony i wyszydzany, gryziony i rozszarpywany przez wiele różnych istot i duchów. Kiedy już znalazłem swój sposób, myślę, że było to przy utworze „Ghostride”, wiedziałem już, czego chciałem i później stało się to dużo łatwiejsze.

Moim zdaniem, wartością samą w sobie tego albumu jest także klimat niesamowitości, tajemnicy, niepokoju, momentami strachu, klimat, jakby żywcem wyjęty z opowiadań mistrza horroru Edgara Allana Poe? Jak powstają takie efekty?

Powiedziałem to już kilka pytań temu. Cieszę się, że i Ty tak myślisz. To było bardziej podświadome niż zamierzone. Czytałem jego książki tylko w szkole średniej, ale jest on jedynym poetą, którego naprawdę polubiłem. Naprawdę wyróżniał się swoim stylem pisania i nikt nie pisał, choć trochę podobnie do niego. Opowiadał niesamowite historie, które były tak eleganckie w słowach.

Który z elementów sztuki wykonawczej preferujesz, głos, gitarę, flet, a może klawisze? Co decyduje o Twoim wyborze?

Osobiście, najwięcej mogę wydobyć z gitary, tzn. jeśli mam chociażby prostą akustyczną gitarę, jestem w stanie wykonać całą kompozycję, zagrać koncert albo napisać utwór. Oczywiście, to łączy się ze śpiewaniem, co jest moją najmocniejszą stroną. Od strony muzycznej polegam na nich po równo, by w pełni wyrazić siebie. Każdy z tych elementów ma swoje cechy, które się wzajemnie wykluczają.

Czy w Twojej nowej formacji lubisz dominować, czy najlepiej czujesz się w roli twórczego partnera, a może usunięty w cień oczekujesz na pozytywne prądy ze strony pozostałych członków zespołu?

Pozwalam aby Demi i Arne zajęli się większością procesu komponowania. Później wybieram to co mi się podoba i aranżuję to bardziej na swój sposób. W kilku miejscach zdarzyło się, że intro zostało przerobione na główny wers a środkowe sekcje stały się refrenami... Cokolwiek, co pozwoli mi skomponować moje partie wokalne najbardziej efektywnie. Więc tak, dominuję w taki sposób, że wybieram jaki materiał pozostawić i w jaki sposób zostanie on zaaranżowany. Zasadniczo, występuję w roli producenta i wokalisty. 

Skąd wzięła się Twoja fascynacja tak teoretycznie prostym i nierockowym instrumentem, jak flet. Czy impulsem stały się partie Iana Andersona na albumach Jethro Tull?

Wyłącznie! Gram na flecie, bo kocham Jethro Tull! Nigdy nie brałem żadnych lekcji. Po prostu zamknąłem się w mojej sypialni ze stertą wczesnych albumów Tull i nigdy nie oglądałem się za siebie. Myślę, że inspiracja jest dość oczywista.

Album „Behind The Black Veil” imponuje mi. Lubię takie złożone formy, które wymagają do słuchacza czasu, aby wychwycić wszystkie detale. Nie obawiasz się, że dla części rockowej publiczności zarejestrowana muzyka jest zbyt wymagająca?

Owszem, może się tak zdarzyć, ale ja tworzę, by zaspokoić własną potrzebę muzyki. Tylko, kiedy mnie się podoba to, co tworzę, mogę oczekiwać, że innym się to również spodoba. To prawda, że moja muzyka wymaga wielu przesłuchań, aby zrozumieć, o co w niej chodzi. I bez wątpienia to „kosztuje mnie” wielu fanów, którzy po pierwszym przesłuchaniu nie wrócą do tej płyty, gdyż nie zrozumieją jej od razu. Z drugiej strony, ta „rosnąca” jakość dała mojej muzyce długowieczność na przestrzeni lat. Ostatecznie, kto wie? Ja podążam za swoim sercem i staram się wywołać uczucia w innych. Kiedy już poczuję je w sobie, naprawdę nie potrzebuję zgadywać, co inni o tym pomyślą. Pozostawiam to w rękach losu i Bogów Rocka.

W licznych fragmentach wprowadziłeś orkiestracje i aranżacje chóru. Chciałeś wzbogacić brzmienie, czy miałeś inny cel?

Właściwie to wiele z tych struktur stanowiło szkielet aranżacji. Wiele z utworów zostało skomponowanych przez Demi’ego Scott’a w jego keyboardowym programie komputerowym i ja po prostu wziąłem je takimi, jakimi były. Nie miałem świadomych intencji, by dodawać orkiestracji już później, poza jednym czy dwoma wyjątkami, kiedy pracowałem ze smyczkami i rożkami, by zbudować wers lub refren.  

Jak powstają koncepcje kapitalnych motywów melodycznych? Czy tylko Ty jesteś ich autorem?

Demi i Arne zrobili większość, jeśli chodzi o komponowanie instrumentów. Ja zajmuję się później większością aranżacji (bądź re-aranżacji, jeśli były potrzebne) i potem, już na samym końcu, tworzę moje partie wokalne.

To Twój trzeci profesjonalny band, po Psychotic Waltz i Deadsoul Tribe nadszedł czas The Shadow Theory. Co powoduje, że artysta rockowy porzuca jedną kapelę, zakłada następną? Twórcze wypalenie w jednym składzie? Brak chemii między członkami zespołu? Różnice artystyczne?

Różne przyczyny, w różnych przypadkach. Zawsze z powodu chęci zmiany. Żadna z tych decyzji nie jest permanentna. Jestem raczej spontaniczny i zagłębiam się w coś, bo jestem tym aktualnie zafascynowany. To prowadzi do zmian i podążania w nowych kierunkach, ale ja wciąż czuję się częścią moich poprzednich prac i jest dość prawdopodobne, że do nich powrócę. Właściwie, w niektórych przypadkach bardzo prawdopodobne!

Zdecydowanie nie ma już powrotu do Psychotic Waltz czy Deadsoul Tribe?

Rozwinę to, o czym powiedziałem wcześniej. Wróciłem wraz z Psychotic Waltz i ruszamy w trasę koncertową w lutym-marcu 2011. Mamy zamiar nagrać nowy album gdzieś około 2012 roku. Na razie jednak, będę kontynuował pracę z Shadow Theory. W zasadzie to piszemy już materiał na nasz następny album i mamy bardzo jasną wizję przyszłości. Deadsoul na razie idzie w odstawkę, lecz jeśli w przyszłości będzie potrzeba, aby Deadsoul Tribe powrócił to z radością się dostosuję.

Aktualnie czujesz się i jesteś Wiedeńczykiem, czy obywatelem świata?

Nie lubię definiować siebie za pomocą politycznych granic. Nie należę, ani też nie godzę się z żadnym z rządów. Postrzegam siebie jako dziecko wszechświata. Jeśli wszystkie rządy zostaną obalone pewnego dnia, ja nadal pozostanę taki sam. Może trochę szczęśliwszy z racji tego faktu.

Gratuluję udanego dzieła. Czy w związku z tą studyjną publikacją planujesz już koncerty?

Dziękuję bardzo! Mam nadzieję, że uda się zrealizować trasę koncertową z Shadow Theory. Jak na razie to nie są konkretne plany, ale wraz z zaistnieniem na rynku albumów mam nadzieję, że te drzwi się szeroko otworzą.

Twoje miasto to Wiedeń, a może przy okazji następnego wywiadu porozmawiamy po niemiecku?

Nie ma mowy! Mój Niemiecki jest żałosny. Moje dwu-, sześcio- i ośmioletnie dzieci mówią po niemiecku dużo lepiej niż ja sam. Uczę się, ale idzie mi to bardzo wolno.

 

Włodzimierz Kucharek

Tłumaczenie Mikołaj Mucha

125_mantiz_pion.jpg 126_bulletraid_baner2.gif 124_italian_metal.png 129_exhorder_158x600px_eu.gif 127_velesar_maly_baner_reklama_hmp2.png

Goście

2540329
DzisiajDzisiaj2508
WczorajWczoraj3238
Ten tydzieńTen tydzień8856
Ten miesiącTen miesiąc57792
WszystkieWszystkie2540329
3.228.24.192